Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hodowla. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hodowla. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2020

Siejemy drzewa!

Młodzież doszła do wniosku, że nadszedł najlepszy czas na pozyskanie nasion drzew i założenie własnej hodowli w doniczkach. Cóż - spróbujmy sobie wysiać dąb albo kasztanowiec! Dlaczego nie? Mamy już dobre doświadczenia z hodowlą drzew egzotycznych...

Oto nasze awokado (smaczliwka wdzięczna):

Awokado widoczne z lewej strony (z prawa-kurkuma, która nie jest drzewem, ale już przerosła awokado:)
 

Roślina ta pochodzi z Meksyku. Podobno jest to drzewo dorastające do 24 m wysokości. Ciekawe, czy jest szansa na to, że zakwitnie nam w doniczce?

Tamarynd(owiec) indyjski wbrew nazwie podobno pochodzi z Afryki wschodniej (za Wikipedią) - logiki w nazwie tu nie ma, ale sprawdza się przynajmniej informacja, że drzewo to jest wiecznie zielone - już zeszłej zimy zaobserwowaliśmy, że drzewka nie zrzucają liści na zimę. Za to wieczorową porą liście zwijają się i zwieszają w dół, jakby chciały zasnąć. Takie ruchy roślin to nyktynastie=ruchy senne. Tamarynd osiąga 20 m wysokości, ale na razie mieści się na naszym parapecie:)


Do skrzynek z ziemią włożyliśmy kasztany i żołędzie oraz jeszcze inne nasiona znalezione na spacerze (głóg, dereń, rajska jabłoń...). 

 

Tu kasztany, jeszcze w trakcie "siania". Już widzimy tę dżunglę w skrzynce oczami wyobraźni:)

Postawiliśmy je na balkonie i tam mają w założeniu pozostać do wiosny. Wyczytałam, że nasiona kasztanowców najlepiej wkładać do ziemi, gdy są jeszcze świeże, nie wolno zostawiać ich do przesuszenia w domu na zimę, bo wiosną nie zmobilizują się do wykiełkowania. Można je też przechować w chłodnym miejscu w zwilżanym regularnie piasku. Mamy jeszcze pestki ze szczególnie smacznych czereśni, ale one z kolei potrzebują być przemrożone przez co najmniej kilka dni - dlatego przed wysiewem należy je umieścić w zamrażarce

Zobaczcie, jakie przykładowe ciekawostki drzewiaste znaleźliśmy we wrocławskim Ogrodzie Botanicznym:

Parczelina trójlistkowa z Ameryki Północnej ma takie nasionka. Ładne prawda? I na dodatek przystosowane do rozsiewania z wiatrem (wiatrosiewność=anemochoria)

A to azjatycki mydleniec wiechowaty. Nasiona mieszczą się w efektownych torebkach.


środa, 12 sierpnia 2020

Łąka w doniczce

Nastała taka pora roku, w której w czasie spacerów coraz częściej można trafić na nasiona roślin. Aż kusi, żeby posiać i zobaczyć, jak i co wyrośnie, prawda? Nie powstrzymujcie się! Nam wyrósł na balkonie piękny kawałek łąki.

Miał to być spacer zasadniczo ornitologiczny.
Mieliśmy lornetki i patrzyliśmy w niebo i w ogóle w dal.
Ale widoki pod nogami też okazały się ciekawe, bo coś kwitło na kolorowo. Po pewnym czasie skonstatowałam, że to głównie kwiaty roślin motylkowatych (bobowatych), czyli kuzynów grochu i fasolki. Motylkowaty jest też łubin czy akacja (grochodrzew). Rośliny te mają ciekawą i bardzo przydatną zdolność wchodzenia w symbiozę z bakteriami brodawkowatymi, które są w stanie przyswajać azot z atmosfery - dzięki nim zostaje on w glebie w formie przyswajalnej dla innych roślin, które tej sztuki z bakteriami dokonać nie potrafią.
Jak rozpoznać roślinę motylkowatą? Kwiaty mają wygląd rzeczywiście podobny do motyla. No, tak trochę... Są dwubocznie symetryczne, u niektórych gatunków zebrane w rozmaite kwiatostany. Nie wszystkie z tych roślin są pnące, ale wszystkie wytwarzają strączki, a w nich leżą nasionka.
Polowaliśmy na strączki suche, bo mamy wtedy gwarancję, że w nich nasiona dojrzały i pleśń się ich imać nie będzie.
Chcieliśmy też ustalić, co to za gatunki i do tego przydała się bardzo fajna aplikacja na Androida "Flora incognita" - bywa ona zawodna, ale często  przydatna. Dzięki niej wiemy, co napotkaliśmy po drodze.

Groszek bulwiasty

Wyka ptasia
Wyka ptasia

Nostrzyk żółty
Nostrzyk żółty

Koniczyna drobnogłówkowa

Komonica zwyczajna

Koniczyna polna

Koniczyna łąkowa/czerwona



Zebraliśmy nasiona ze strączków załączonych do kwitnących jeszcze roślin, a potem J. wsypał je do doniczki z podłożem torfowym do kwiatów balkonowych.

Jest tu też trochę nasion traw, które mu się spodobały oraz ostropestu plamistego, który zrobił na nas duże wrażenie swym rozmiarem i kolcami (nie mówiąc o właściwościach prozdrowotnych)

Zaraz chciały wschodzić. I proszę, zobaczcie, co ładnego wyrosło:


Teraz nasza łąka doniczkowa jest już przesadzona na nieużytek koło babcinego domu. Stopniowo przestaje on być nieużytkiem, bo upychamy tam "nasze" rośliny (np. wierzbową altanę, dynie, rośliny zielarskie, sadzonki drzewek, wzgardzony przez Babcię krzew itpd.). Czasem przybywają tam panowie z kosiarkami wydelegowani przez Urząd Miejski, ale wtedy Babcia wypada czujnie z domu i prosi uprzejmie, żeby panowie ominęli ten kawałeczek, bo syn tu ma cenne drzewko/zioła i sam wykosi na cacy już w najbliższy weekend (i rzeczywiście trochę podkasza, żeby było schludnie). A oni nigdy Babci nie odmawiają. Z resztą przybywają coraz rzadziej, bo jednak co nieco o pożyteczności miejskich łąk i u Babci się mówi i słyszy:)


sobota, 29 czerwca 2019

Triops

Jest to niewielki skorupiak, który zamieszkał z nami. Można go kupić w postaci jajeczek np. w Smyku, albo i przez Internet. Polska nazwa: przekopnica. Poniżej kilka ciekawostek o niej.

Tutaj - już spory i wyrośnięty triops
 Wyczytaliśmy, że to stworzenia, które w wersji prawie niezmienionej przetrwały około 200 milionów lat. To znaczy, że skamieniałości tak stare zawierają triopsy bardzo podobne do dzisiejszych. Te niewielkie, słodkowodne zwierzęta wybrały sobie do życia... kałuże. Nie ma w nich ryb, larw czy innych kijanek, które mogłyby je zjeść. Za to jest inny minus tej sytuacji: kałuża może wyschnąć. Dlatego triopsy mają szybką strategię - żyją 1 do 2 miesięcy i mogą rozmnażać się m.in. dzieworodnie, czyli bez partnera przeciwnej płci (bo przecież nie ma gwarancji, że się taki trafi w tej samej kałuży). Jajeczka, które składają są bardzo odporne na zniszczenie, dlatego mogą przetrwać nawet kilka lat, do czasu, aż znowu w miejscu ich złożenia powstanie kałuża. Gdy się mieszka w Australii - to się bardzo przydaje. Na opakowaniu naszych jajeczek nie ma takiej informacji, ale te australijskie triopsy bardzo przypominają naszego.

Doszliśmy do wniosku, że przydałyby się triopsowi piaseczek i rośliny.

Zwierzątko pływa w wodzie destylowanej (kupiliśmy ją na stacji benzynowej), ale daje radę również w wodzie przegotowanej. Jest niezwykle energiczne i pływa po swoim "akwarium" bardzo szybko, wykonując zawiłe ewolucje. Dołączono do niego karmę, ale podobno wciągnie też jabłko lub marchew, czego nie próbowaliśmy.
Triops potrzebuje ok. 25 stopni Celsjusza i ok. 14 godzin światła na dobę. Dlatego zrezygnowaliśmy z hodowli zimą, bo musielibyśmy rozkręcić mocno kaloryfer i doświetlić go lampką. Dlatego zaczekaliśmy do teraz z hodowlą, choć przyniósł nam go Mikołaj.

Światło jest w ogóle bardzo ważne dla triopsa. Ma on "trzecie oko", które reaguje na światło. Zwierzątko umieściliśmy w cieniu i Jurek zaświecił latarką tylko w jednym miejscu, a zwierzak, jak po sznureczku podpłynął do światła i w ogóle przemieszczał się za nim bardzo wytrwale.

Czego triops nie lubi?
Mętnej wody, która ma mało tlenu, a ten stan środowiska osiąga się, gdy nie zmieniamy wody zbyt długo, a za to karmimy zwierzę zbyt obficie oraz dostarczymy mu zbyt wysokiej temperatury w zbyt słoneczny i gorący dzień.

Młodszy triops, gdy woda zmętniała. Słabo go widać, prawda? Wtedy szybko trzeba zwierzakowi zmienić wodę nie zapominając, że musi być we właściwej temperaturze.

Plusy hodowli:
- dziecko uczy się dbać o zwierzę i być za nie odpowiedzialnym - musi pamiętać o stałych godzinach karmienia i zmianie wody
- wzbogacenie wiedzy przyrodniczej małolata

Minusy hodowli:
- zwierzę żyje krótko i jego odejście może być dla Młodego Człowieka trudne
- hodowla w okresie wakacyjnym, gdy się wyjeżdża naraża zwierzę na przedwczesną śmierć (nawet jeśli ma się wsparcie sąsiadów, to nie to samo, co podlewanie kwiatków) i nie daje możliwości pełnej obserwacji jego rozwoju, a przebiega on szybko - triops szybko rośnie i linieje właściwie codziennie i jest to zachwycające.

Nasz triops żył prawie miesiąc. Mamy jeszcze drugą porcję detrytu, a w nim niewidoczne gołym okiem jajeczka, z których może rozwinąć się nowy organizm. Można poczuć się niemal, jak dawca życia. I to jest dla mnie trudne.

I nie wiem sama, czy to dobra "zabawka" dla dziecka. Na pewno nie dla każdego.


czwartek, 16 marca 2017

Wiosenne porządki

Sprzątamy. Walczymy z kurzem, który nagromadził się przez zimę w rzadko odwiedzanych zakątkach. Robimy przegląd w szafie, na półkach i wszędzie, gdzie się da, usuwając rzeczy zbyteczne. Poniżej kilka ciekawostek wybranych pod kątem tematyki bloga.

Nadchodzi czas na odświeżanie roślin. Młodzi zwykle lubią zabawiać się z ziemią. Dostają łyżki stołowe do przesypywania gleby, a potem i tak wszystko robią ręcznie. Doszłam do wniosku, że wyścielanie stołu gazetami nie ma sensu, bo grunt zawsze wydostaje się poza gazety i to obficie.
Przycięłam geranium i czekam aż "góra" rośliny puści korzenie. Stary "dół" wyrzuciłam, zaś pozostałe liście zostały użyte w wannie. Naczytałam się mnóstwo o ciekawych właściwościach tej rośliny.

 
Liście wrzuciliśmy do wieczornej kąpieli (pocięte nożyczkami), jako, że mają korzystnie wpływać na skórę. Przyszłościowo będę jednak robić napar liściowy i wlewać do wanny, bo szorstkie kawałki w załomach ciałka kłują. Można też dodawać liści do herbaty. Spróbujcie!


Wyrzuciłam odwieczną hodowlę kryształów soli (jaką sól "hodowaliśmy" przeczytajcie TUTAJ). Wcześniej jednak skłoniłam Ojca Rodu, żeby zrobił jej zdjęcia w powiększeniu. Wyglądają efektownie - sami zobaczcie:








Utylizacji doczekał się także podręczny zbiór nasion, które walały się po kuchni (nie, nie sadzimy ich tym razem - na parapetach panuje zbyt wielki tłok). Zapytałam wcześniej Młodych, czy pamiętają z jakich owoców pochodziły te nasiona. Okazało się, że tak całkiem wszystkiego nie wiedzieli, a myślałam, że to dla nich oczywistość. Zbiór mieliśmy taki:

A Wy, Drodzy Czytelnicy, wiecie czyje to pestki?
 Okazało się, że mamy całe mnóstwo zbędnych papierów - wrzucamy je sukcesywnie do zbiornika na makulaturę, ale z niektórymi mam problem. Na przykład zeszłoroczny kalendarz z fotografiami różnych urokliwych zakątków świata. Wymyśliłam taką rozrywkę:
Na kartkach zapisałam nazwy miejsc pokazanych na obrazkach. Dzieci mają intuicyjnie dopasować nazwy do obrazków, tak, jak im się wydaje poprawnie. Następnie należy dokonać korekty poprawności ze "ściągą" w ręku. Na końcu odszukać miejsca z obrazków w atlasie geograficznym. Można do tego celu użyć również "dziecinnej" mapy ściennej -  karteczki z nazwami położyć tam, gdzie na mapie leżą TE miejsca. Do tej zabawy ciągle się przymierzam, bo inne rzeczy nas zaprzątają.



A potem - kalendarz na makulaturę.
Bez sentymentów.

Mam jeszcze jeden kalendarz. Duże reprodukcje obrazów Vermeera.
Ale jak tu wyrzucić "Dziewczynę z perłą"?

środa, 24 sierpnia 2016

Kolekcja katusów

Co pcha ludzi do kolekcjonowania roślin, które rosną bardzo wolno i kłują? Nie wiem, ale jako dziecko nastoletnie miałam hodowlę kaktusów. Niechcący opowiedziałam o niej Hani i dziecko podchwyciło temat. A młodszy brat oczywiście naśladuje mądrzejszą starszą siostrę i on też chce kaktusa. Młodzi upłynniają na kaktusy darowizny rodzinne. No to się pochwalimy!

Nie są to stricte same kaktusy, ale również rośliny gruboszowate. Mają wielka zaletę - można zapomnieć o ich podlewaniu i przeżyją mimo to:) Są wprost idealnymi roślinami, gdy się wyjeżdża na wakacje! Do ich przesadzania zatrudnia się matkę w starej rękawiczce skórzanej, zimowej.

Ostatnio kaktusy zostały zaatakowane przez wełnowce. Niestety zabiegi mające je skasować zawiodły (jest to wymiana gleby, odszorowanie doniczki i roślin wodą z mydłem, zaniechaliśmy środków chemicznych, gdyż tych unikam).


Wełnowce to te małe, białe, owalne obiekty.
Na tym okazie kaktusa poległa również rękawiczka - jego igiełki są paskudnie wpijające sie w ciało i rękawiczkę, trudno usuwalne ze skóry, łatwo odrywalne od kaktusa. Jednym słowem: takiego nie kupujcie! jackowi trafiło sie też dotkniecie podobnego gatunku w Ogrodzie Botanicznym - wyjmowaliśmy igiełki przez dłuższą chwilę, niemiłą dodajmy.

Do zabawy z przesadzaniem używamy dużych łyżek obiadowych - do przesypywania gleby. Wyłożona gazetą podłoga i tak zawsze jest utytłana, mimo gazety. Odkurzacz jest niezbędny, trudno!

Przy okazji remanentu kaktusowego przekroiliśmy kaktusa na pół (wzdłuż i w poprzek), żeby tradycyjnie zobaczyć co jest w środku (zdjęcia zaginęły, ale był to po prostu miękisz pełen wody, biały, ze słabo widocznymi wiązkami przewodzącymi), zaś inny, wyschnięty, ukazał nam swoje zupełnie puste wnętrze. Było ono po prostu całkowicie wypełnione wodą, a ona...wyparowała!


Niestety nie znamy nazw naszych podopiecznych, z wyjątkiem aloesu. Pewnie nazwy są łacińskie, ale chciałoby się je znać i sobie zapisać na doniczkach, móc  dowiedzieć się więcej, gdzie rosną na dziko itd ale trudno. Nie można mieć wszystkiego, nie jestem wystarczająco cierpliwym "szperaczem sieciowym".

Najtańsze kaktusy znajdują się w Castoramie: ceny zaczynają się nawet od 3 zł (w sezonie, gdy wszyscy kupują co innego, tj. wiosną). Mimo to nabywamy je też w innych miejscach, np. ostatnio w Ogrodzie Botanicznym U.Wr. Tam też szukałabym okazów podobnych do naszych, żeby dowiedzieć sie o nich czegoś więcej. Następnym razem spróbujemy!

środa, 27 kwietnia 2016

Domowe hodowle kryształów soli

Hodowla kryształów soli to standardowa atrakcja w szkole podstawowej i przedszkolu. Jak założyć hodowlę soli już pisałam na blogu "Przyroda na 6" i tam też odsyłam spragnionych instrukcji. U nas krótki fotoreportaż z wariacji hodowlanych.

Każde dziecko musi mieć swoją własną hodowlę, nie ma mowy o wspólnej, a zatem każda z nich nosi na sobie piętno działalności "właściciela".

Jurek hodował w szerokiej szklanicy, z której woda wyparowała w tydzień nanosząc na kredkę i nitkę obfity osad z bardzo drobnych kryształków solnych. Na dnie szklanicy osadziły się większe kryształki. Pracowicie zdrapane i przechowywane w pudełku po jajku-niespodziance wzbogaciły kolekcję jurkowych skarbów przyrodniczych powoli wysypujących sie już z za małej szafki.


Hania hodowała w wysokiej, wąskiej szklance i jest to taktyka lepsza dla uzyskania dużych, pięknych kryształów, ale wymagająca cierpliwości, bo parowanie zachodziło dużo wolniej, niż w jurkowej szklance i Hania miała chwile zwątpienia, czy w ogóle coś na jej nitce powstanie. Powstało, zobaczcie sami:

 



Jacek hodował w wąskiej szklance, jak Hania, ale ze względów których już nie pamiętam - nie było tu nitki powieszonej na kredce. Za to Jacek zanurzył w solance kolorową bibułę uzyskując roztwór różowy, nie pozwalając wyjąć bibuły. Na niej zatem powstały kryształy, wielce udane, choć estetyczna strona zagadnienia pozostawia wiele do życzenia.



Teraz muszę jakoś zachęcić Młodych do skasowania hodowli soli, bo czeka nas, zadana przez szkołę Hani, hodowla fasoli. Tradycyjnie już mam chęć namówić Młodzież do porównawczej hodowli grochu, ciecierzycy i innych motylkowatych, co przedsiębraliśmy już kiedyś, ale chłopcy byli za mali, żeby to pamiętać.

środa, 9 marca 2016

Chomikarium

Tak nazwałam dużą plastikową skrzynkę, w której posialiśmy rośliny, tak aby chomik na przednówku mógł się cieszyć niepryskanymi nowalijkami. Węgielek ma jednak własne wizje chomikariów i wytrwale je realizuje, o ile tylko nadarzy mu się okazja. 

Hodowla roślinna założona została precyzyjnie, z wykorzystaniem zeszłorocznych nasion, które podarował nam Dziadek. Do wyboru mieliśmy groch, cukinię, rzodkiewki, buraki, marchew, sałatę... A zatem rośliny wschodzące w różnym tempie i rozmiarze. Podzieliliśmy grządki sznurkami na poletka i zasialiśmy nasiona. Do podlewania używany jest spryskiwacz, żeby siewek nie uszkodzić i nie przemieścić nasion. A poza tym spryskiwanie to czynność, którą wszyscy uwielbiają. Poza tym pryskać mogą tylko nad wanną:)





Po pewnym czasie roślinki zaczęły wschodzić i można było zaobserwować, które z nich są najszybsze w tej czynności.



Gdy już prawie wszystkie rośliny objawiły się na powierzchni wpuściliśmy chomika. Okazało się wtedy, że woli on kopać zamiast jeść. Potem jednak zdecydował się również na konsumpcję i tu znowu była okazja do obserwacji, co wybierze. Pożarł buraczki i ściął równo wszystkie groszki, lekko skubnął rzodkiewek, a cukinię zaszczycił uwagą dopiero w kolejnym podejściu. Nie martwimy się tym wcale, bo wzgardzoną roślinę dostał nasz patyczak.




Gdy chomik zdemolował całą hodowlę dosypaliśmy nową partię nasion, tym razem dość chaotycznie - za parę dni będzie miał znowu co jeść.

Węgielek w międzyczasie opanował sposób wydostawania się z pudła i gdy już mu się znudzi kopanie i skubanie roślin nie ustaje w wysiłkach, żeby opuścić pudło.

A jak już mu się uda - pędzi do chomikarium, które sam sobie obrał, a mianowicie pod regały z książkami, gdzie jest małe wejście, ciemno (a więc bezpieczniej), nie ma licznych rączek, które mogłyby go głaskać i zawracać z obranej drogi, jest za to wielka powierzchnia, po której można bezkarnie siusiać, podgryzać meble i zakładać spiżarnie.

Drugim chomikarium, które Węgielek szczególnie sobie upodobał jest nasz śmietnik. Żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia chomika śpiącego w łupinie po zjedzonym grejpfrucie, który to obrazek ujrzeliśmy pewnej niedzieli z rana.

Właściwie rozumiemy pobudki Węgielka. Czasem jego poczynania są dla nas jednak źródłem stresu. Któregoś dnia, gdy nie mogliśmy znaleźć chomika zaistniało podejrzenie, że został wyniesiony ze śmieciami. Hania już zaczęła pochlipywać, gdy odezwało się znajome skrobanie pod regałami z książkami.

Gdy ze 2 doby nie wyłaził spod nich - Hania znowu miała wizje, że się biedak odwodni albo padnie z głodu. Była bliska wtykania sałaty pod meble. Złapaliśmy zwierzaka trzeciej nocy do pułapki tatusiowej, która już wcześniej okazała się skuteczna przy chwytaniu Perełki.

Mam nadzieję, że któregoś dnia futrzak nie podgryzie kabla z Internetem, a regały książkowe nie runą z łomotem nadwątlone w wyniku wytrwałego podgryzania.

niedziela, 31 maja 2015

Rośliny owadożerne...

... kupiliśmy sobie przez Internet. Bodźcem do zakupu była wyjątkowo duża w tym roku ilość much, która nawiedziła nasze mieszkanie. Chcieliśmy się ich pozbyć, a dogonienie muchy mokrą ścierką wcale nie jest łatwe. Jurek zażyczył sobie dzbanecznika, a Hania - muchołówki.

Muchołówka z widoczną sylwetką mrówki zamkniętej w liściu

Rośliny stoją na parapecie kuchennym, a po lekturze rozmaitej literatury sprawdzamy, czy piszą w niej prawdę.

1. Mucha nie potrafi sama wyjść z liścia-pułapki dzbanecznika
Prawda. Tata wrzucił do dzbanecznika schwytaną ręcznie muchę (trochę tylko podduszoną, ale wciąż ruchliwą). Nie potrafiła wyjść, po pewnym czasie przestała próbować, do teraz spoczywa na dnie "dzbanka", bo pod światło widać jej czerniejący kształt.
Dzbanecznik z muchą na dnie liścia

2. Nie każdą ofiarę muchołówka chwyta.
Prawda. Na liściu-pułapce umieściliśmy schwytaną mszycę, która spacerowała swobodnie tam i z powrotem i liść ani drgnął. Była chyba za mała. Mniejszy z liści zamknął się na mrówce, której rozmiar stanowił prawie połowę długości listka.


Po największym liściu muchołówki spaceruje sobie bezkarnie mszyca.


3. Po strawieniu ofiary muchołówkowy liść otwiera się i można zobaczyć niestrawione przez nią resztki owada, np. jego chitynową powłokę.
Prawda. Po kilku dniach liść, który połknął mrówę - otworzył się i resztki mrówki były widoczne. Zakładam, że w naturze spłukuje je deszcz czy wywiewa wiatr i pułapka znowu jest czysta.

Muchołówka - na otwartych liściach widoczne resztki strawionych owadów

Kwestie do sprawdzenia, wymagające dalszych, dłuższych obserwacji:
- jeden liść muchołówki może zamknąć się tylko 3-4 razy, potem traci tę zdolność.
- rośliny te muszą rosnąć w stałym miejscu - nie lubią przenoszenia
- czy w liściu dzbanecznika rzeczywiście jest jakiś płyn trawiący owada?  Trzeba by go chyba rozciąć albo próbować odessać. Ale jak? Na razie roślinka jest bardzo mała i szkoda nam niszczyć cały liść.

Z czym miałam problem, jako mama małych dzieci?
Dostrzegłam go zbyt późno, bo myśl o hodowli roślin owadożernych bardzo mi się spodobała. Dopiero gdy obserwowaliśmy w napięciu mrówkę, która krzątała się po doniczce z muchołówką i czekaliśmy na moment, w którym da się złapać, a Hania powiedziała "nie mogę na to patrzeć" i uciekła. Dla niej to chyba było za mocne. Jurek i Jacek nic nie mówili, ale wytrwale przyglądali się akcji, czuło się napięcie. Co do mnie - miałam chęć popchnąć lekko mrówkę źdźbłem trawy, żeby wreszcie wlazła do tego liścia.
Czy jestem brutalna?
Wszak przyroda też taka jest.
Czy wrażliwość dziecka nie jest za duża na takie doznania? Myślę, że to kwesta indywidualna. Cóż. Hania zagląda do swojej rośliny, więc myślę, że w dalszym ciągu jej poczynania ją ciekawią i może kolejna akcja "jedzenia" nie przegoni już Hanki. Przyzwyczaiła się do myśli o tym, że ma naprawdę roślinę owadożerną we własnym domu.

P.S. Po 2 dniach od napisania powyższego: Muchy w dalszym ciągu przylatują do nas chętnie. Żadna nie wlazła do rośliny owadożernej z własnej nieprzymuszonej woli. Ja wrzucam muchołówce kolejne mszyce (tylko do małych listków). Jurek ogląda zamykanie się z zainteresowaniem, Hania - nie chce oglądać.
Przestanę wrzucać.
Może przestanę podlewać (Młodzi robią to za rzadko i gdyby nie ja, już by było po roślinach)?

poniedziałek, 12 maja 2014

Szkoła sadzenia Dziadka Leszka

Nie macie dziadka/babci z ogrodem? No to żałujcie! Bo my mamy i korzystamy, ile wlezie. Oczywiście jak ktoś nie ma, może sam swoje dziecko wyszkolić w podstawowych kwestiach ogrodniczych. Nasz Dziadek sadził z Młodymi szczawik (wersję ozdobną), ale to naprawdę wszystko jedno, co się sadzi. Ważne jak to zrobić, żeby Młodzież zachęcić, a Dziadek to zrobił fachowo.

Rzecz cała była krótka, wiec się nie nudzili
Jak najwięcej pozwolił zrobić dzieciom samodzielnie (dać do ręki narzędzia, nasionka/cebulki, pozwolić upaprać się w glebie)
Nie narzekał, że robią nierówno.
Pokazał im, gdzie i jak rosną inne rośliny i jak je paskudnie zżerają ślimaki:)
No i dostaliśmy nasiona do wsiania pod blokiem (rannik) i już nawet wsialiśmy. 

Najpierw trzeba wybrać miejsce pod uprawę i usunąć chwasty...

... potem pograbić i wyrównać.

Pokaz: tu wyrasta kiełek i tym kiełkiem do góry wsadzać do ziemi. A nie odwrotnie czy bokiem!

Sadzenie

Uklepać grabkami

Oznaczyć, żeby potem wiedzieć, gdzie co rośnie (do roślin była dołączona plastikowa etykietka) i nie zadeptać niechcący.

Tak zachęceni Hania i Jurek samorzutnie pograbili grządki pod pomidory.
Zjedli rabarbar (wkładając go uprzednio do słoika z cukrem).
Kotłowali się na kocyku, na trawce.
Karmili działkowe dzikie koty, Hania robiła im zdjęcia.
Robili "sałatkę" z błotka i roślin oraz bukiety.
Rozcierali w palcach liście pachnących roślin i wąchali.
Zażywali ruchu na świeżym powietrzu (odebrałam jednak Jurowi długiego kija...)

Taka praktyczna i wielowątkowa lekcja przyrody.
Pozwoliłam im potem pognić przed telewizorem.
A jak ładnie po tym wszystkim spali!