wtorek, 4 maja 2021

Pamiętniki Fenka - część 3

Ukazała się kolejna część Pamiętników Fenka. Lubię go bardzo, choć czasem  muszę się nieźle nabiedzić, żeby miał ciekawe przygody. Zaobserwowałam, że to prawda, iż najlepsze pomysły przychodzą człowiekowi do głowy, gdy wstanie od komputera i zacznie się ruszać.

 

Czasem wystarczy spacer, a przy marnej pogodzie - prysznic. A gdy już pomysł przybierze materialną formę dobrze jest usiąść z dziećmi na tapczanie i poczytać im, to, co się wymyśliło. A jak się ma pierwszaka, to może sam poczyta? Tak to jest dobrze pomyślane, że litery tu są dobrego rozmiaru, a odstępy miedzy linijkami - słuszne. 

Chcecie wiedzieć, gdzie tym razem wybiera się Fenek? Jak zwykle kursuje zygzakiem po Polsce, żeby sumarycznie mógł zajrzeć prawie wszędzie. O ile załapiecie się na wszystkie tomy... 

 

Zapraszam serdecznie do czytania, zwłaszcza  jeśli ktoś z Szanownych Czytelników nie ma jeszcze konkretnych planów  wakacyjnych. Wierzę, że z Fenkiem się skonkretyzują. Doprawdy nie warto wyruszać bardzo daleko w covidowej rzeczywistości. Nasza piękna Ojczyzna ma tak wiele do zaoferowania, że warto w nią uwierzyć. 

Na końcu KAŻDEGO rozdziału znajdziecie dodatkową niespodziankę - link do jeszcze jednej historii z Fenkiem w roli głównej oraz do ciekawego filmu, który poszerzy wiedzę Młodego Człowieka. Zapraszam do lektury i odwiedzin na fenkowej stronie internetowej.



czwartek, 22 kwietnia 2021

Sprzątanie na spacerze

Spacery po najbliższej okolicy nie wywołują w nas wielkich śmieciowych emocji. W niektórych miejscach jest po prostu czysto. W innych jest tak samo, jak zawsze, ale w chwili refleksji pomyślałam, że nie reaguję, bo się przyzwyczaiłam. Za to gdy wyjeżdża się poza miasto, na łono natury i chce się napawać pięknem przyrody - jest okropnie.

 


Właściwie od razu widać, co pijają mieszkańcy najbliższej okolicy. Zestaw butelek i puszek po rozmaitych płynach jest najobfitszy. Opakowania po słodyczach, czy innym jedzeniu są rzadsze. Osobną grupę śmieci stanowią te, które ktoś wywiózł na łono natury celowo. Opony są standardem, zdemolowana lodówka trafia się co jakiś czas (a w pobliżu gniazdo raniuszka i raniuszek - mój pierwszy w życiu na żywo!). Plastik górą, a rozkłada się 500 lat. Za to śmieci z całkiem aktualnymi datami przydatności do spożycia. Znaczy: świeżo wyrzucone. 

Ostatnio mieliśmy ze sobą rękawiczki, więc zaczęliśmy zbierać spontanicznie, choć nie mieliśmy ze sobą worków na śmieci, tylko niewielki zapas przeznaczony na zbieranie liści młodej pokrzywy. Ale jak tu zbierać pokrzywę? Tę rosnącą miedzy puszkami po piwie i oponami? Zebraliśmy chociaż trochę. W końcu gdy są tacy co śmiecą, niech będą i ci, co sprzątają

Wracaliśmy ze spaceru i każdy coś niósł. Mijaliśmy ludzi, którzy nam ładnie mówili "dzień dobry". Na pewno widzieli nasze "zbiory". Może coś im zaświta i następnym razem, tak, jak my wezmą ze sobą rękawiczki i worki. Albo przynajmniej nie zostawią butelki po mineralnej na łączce po pikniku. 

Już niedługo rośliny wypuszczą liście i śmieci nie będą się tak rzucały w oczy. Ale nich nam to nie przesłoni prawdy. One dalej tam będą. W dalszym ciągu będą stanowiły pułapki dla zwierząt. 

 


Przyjęliśmy zasadę taką: najpierw idziemy na spacer, a sprzątamy dopiero w drodze powrotnej. Segregujemy już w trakcie zbierania - osobno szklane butelki, osobno plastik z metalem. W zasadzie są miejsca, gdzie nie trzeba się tym przejmować, bo wszystko jest plastikowe. Nie pozwalam zbierać nic z ostrymi krawędziami (na strzykawki z igłą jeszcze nie trafiliśmy...). 

Gdy już donieśliśmy do auta ten cały śmietnik obejrzeliśmy się za siebie, a tam tabliczki:



Acha, więc to był obszar szczególnej ochrony przyrody? Monitorowany? Wziąwszy pod uwagę ten śmietnik - chyba jest za rzadko monitorowany i jakoś nie za bardzo chroniony. I to też jest bardzo smutne. Podobnie jak sygnały od znajomych, którzy zadzwonili na policję informując o hałaśliwym najeździe quadów na obszar chroniony. Zostali odesłani do straży miejskiej, a straż miejska kazała im dzwonić... na policję. A tu sezon lęgowy! Oj pojeździłabym ja takiemu stróżowi prawa pod oknem, gdy jego niemowlak zasypia. Ciekawe, jak szybko wystawiłby mi mandat? Założę się, że w dwie sekundy.

Worki do zbierania śmieci są też plastikowe, ale do czegoś zbierać trzeba. Za to ostatnio robimy zakupy w papierze. Zupełnie bezinteresownie reklamuję wrocławski sklepik "Zielona łyżeczka", w którym pakują produkty na wagę w papierowe torebki. Właściciel przywozi nam zakupy w dniu zamówienia (lub następnego dnia), bo to blisko. Już nie dźwigam kaszy, słonecznika, fasolki i rodzynek z Biedronki w plastikach. I to jest plus, prawda?

 




czwartek, 8 kwietnia 2021

Portrety gołębi

Dokarmiamy gołębie miejskie. Grzywacze widujemy na pobliskiej brzozie, ale jeszcze się nie zdobyły na to, aby zaszczycić nasz parapet, zaś sierpówki mieszkają w pewnym oddaleniu i to nielicznie. Za to miejskich ci u nas dostatek. Niektórzy stali goście mają nawet imiona...



Czarnokropek



Kubuś


Czarniuszek vel Czarek

Jak widzicie, niektóre mają już swoje imiona. Białoskrzydłek nie chce się fotografować, więc, choć rozpoznawalny, nie został utrwalony. Poza tym przybywające do nas gołębie wydają się rzeczywiście bardzo podobne do siebie nawzajem. 

Karmimy je słonecznikiem łuskanym, a gdy go zabraknie - ryżem, ostatecznie kaszą jęczmienną, którą nie za bardzo lubią. Gryczaną wręcz gardzą. Gdy nic nie ma do jedzenia na parapecie - zaglądają nam do okna i spoglądają wyczekująco, jakby chciały nas ponaglić: "No, sypnijcie coś wreszcie!" Jednak aby ukrócić rozpasanie żywieniowe ustaliłam z dziećmi, że karmią 1 raz dziennie.


piątek, 19 marca 2021

Niezłomny i jego załoga

Wiecie już, co ostatnio jemy i gdzie wędrujemy. Teraz pora na to, co czytamy, a właściwie czytam ja. Zwykle pisuję tu o własnych książeczkach, ale tym razem jest  inaczej. Dziś opowiem Wam o szaleńcach.

 


Podobno tylko biała odmiana człowieka ma w sobie tak mocny instynkt/gen(?) zdobywcy i poszukiwacza, że próżno go szukać wśród Afrykanów czy Indian. Jakoś czarnoskórzy nie skolonizowali Europy, Indianie nie zdominowali biednych Brytyjczyków, a Aborygeni nie stali się potęgą morską. Jedynie Mongołowie zapuszczali się w średniowieczu do Europy, ale ta ich wielka żądza zdobywania jakoś z biegiem wieków zmalała. To biali w dziejach ludzkości zwykle przybywali, zdobywali, niszczyli, łupili, tłamsili i zarażali chorobami. Aż wreszcie już im nic prawie nie zostało do zdobycia na naszej niewielkiej planecie. 

 


Wtedy zwrócili uwagę na Antarktydę i to był, w ich mniemaniu, strzał w dziesiątkę! Nie trzeba tu było walczyć z dzikimi plemionami, bronić się przed drapieżnikami czy tropikalnymi chorobami. Ale wyzwania i tak były, i to niemałe. Zaraz też objawili się śmiałkowie, którzy nie zawahali się walczyć z mrozem, śniegiem i lodem po to, aby dotrzeć do celu w sercu lodowej pustyni. Najpierw zapewne chodziło o eksterminację ssaków morskich, o te wszystkie fiszbiny, trany, olbroty i ambry, o mięsie i kościach nie wspominając, człowiekowi przyda się wszystko. Osobną grupę stanowili śmiałkowie, których kusiła przygoda, chęć wykazania się męstwem, zakosztowania ryzyka, sprawdzenia, czego potrafią dokonać w ekstremalnych warunkach. No i oczywiście romantyczna sława bohatera i zarobienie na tej sławie pieniędzy. Do tej grupy należał sir Ernest Shackelton i jemu podobni mężczyźni, których wybrał do załogi statku Endurance. Mieli zamiar przebyć Biały Ląd w poprzek (bo biegun już był zdobyty, a okoliczności zdobycia dramatyczne - wszak jedna z ekip pod dowództwem Scotta poniosła śmierć). Shackelton miał już pewne doświadczenie w wyprawach polarnych i można by  podejrzewać, że kompetencji w planowaniu wyprawy mu nie zabraknie. 

I teraz odsyłam Was, Drodzy czytelnicy, do lektury. Musicie sami sobie wyrobić zdanie na temat Shackeltona. Pozornie tylko wydaje się to łatwe, gdy się już pozna ze szczegółami całą historie wyprawy. 

 


Kiedy Shackelton powinien był zawrócić? Przecież widział wyraźnie, jak statek z coraz to większym trudem pokonuje pak lodowy. Czy naprawdę nie zdawał sobie sprawy z tego, co będzie, gdy statek utkwi w lodzie, jak w kleszczach, na nie wiadomo, jak długo, z dala od jakiegokolwiek kontaktu z resztą ludzkości? Czy jego załoga zdawała sobie sprawę z ryzyka? Jak się czuli pasażerowie statku, gdy został zmiażdżony przez lód? A to przecież był dopiero początek, gdyż dotarcie do stałego lądu okazało się wyczynem, którego nie sposób porównać z czymkolwiek innym. Na dodatek ten stały ląd (Wyspa Słoniowa) dzielił od siedzib ludzkich ocean (bagatela - 1300 km w linii prostej) oraz kawał drogi na piechotę po terytorium Południowej Georgii, której wnętrze pozostawało całkowicie białą plamą na mapie. 

W tym całym szaleństwie sir Ernest pozostał wrażliwy na potrzeby ludzi, których wystawił na niebezpieczeństwo. W miarę możliwości dbał o komfort i nastroje ludzi w najbardziej niesprzyjających warunkach, jednocześnie wyciskając z nich maksimum wysiłku i pracy. Czuł się za nich odpowiedzialny i ryzykował życiem (nie tylko swoim) dążąc do uratowania wszystkich. 

 


Chciałabym dowiedzieć się więcej o rodzicach Shackeltona. Jak dom rodzinny wpłynął na jego decyzje życiowe? Patrzę na moich synów i zastanawiam się, kogo właściwie wychowam? W którym momencie chęć zdobycia, poznania i osiągnięcia swoich celów przesłoni im rozsądek? Wszak nie brak również współcześnie himalaistów czy nurków głębinowych, którzy w imię osiągnięcia celu giną w straszliwych okolicznościach. 

Tak czy siak pan Shackelton i jego kompani dostarczyli mi emocjonującej rozrywki przy czytaniu. Gdyby nie przymierzyli się zbiorowo do samobójstwa wśród lodów ta pasjonująca lektura by nie powstała. Doskonale o tym wiedzieli. 

Chciałoby się o tej książce powiedzieć "męska lektura", ale napisała ją kobieta i mi jako kobiecie czyta się ją wspaniale. No i ta cała niejednoznaczność głównego bohatera i trudność jego oceny, gdyż był w swym postępowaniu tak pełen sprzeczności, że niełatwo ogarnąć jego osobowość. Męczę się z tym trochę, ale o to przecież chodzi w dobrej lekturze, aby wszystko nie było podane na tacy. Ostateczną ocenę postępowania bohaterów zostawia autorka czytelnikowi i to jest bardzo dobre!

Wielkim atutem książki są wspaniałe fotografie z wyprawy w dużym wyborze. Nasze dzieci nie czytały książki, ale zdjęcia zainteresowały wszystkich i były pretekstem do dokładnego wypytania mnie o tekst. Trochę zdjęć, a nawet fragmenty filmów można zobaczyć m.in. tu: 


Domyślam się, że nie czytałoby się książki tak dobrze, gdyby nie wspaniałe tłumaczenie pana Adriana Tomczyka, który jednak skąpi czytelnikowi nieobeznanemu z morzem przypisów. Chciałoby się dowiedzieć już na początku, co to jest pak lodowy, która to nazwa przewija się przez cała lekturę. Pół biedy z pakiem, którego definicję dośpiewałam sobie z kontekstu (pominąwszy wyzwanie: "lód bardziej przypomina serak niż pak lodowy"), ale są fragmenty, które wymagają objaśnień wszystkim nie-żeglarzom ("Zrefowany grotżagiel został już podniesiony - pisał Worsley - i pomimo niewielkich rozmiarów zrefowanych kliwra i apsla postawienie ich wymagało anielskiej cierpliwości"). Za to z przypisów dowiadujemy się, że szpagat to sznurek:)

Jest to dobra lektura covidowa. Pozwala na całkowite oderwanie się od rzeczywistości. Przynajmniej człowiek przestaje obsesyjnie zastanawiać się, czy dziecko ma normalną infekcję dróg oddechowych, czy Sami-Wiecie-Jaką i kiedy objawy pojawią się u reszty rodziny.