czwartek, 4 marca 2021

Nasze zimowe posiłki w zarazie

Ewoluujemy rodzinnie w kierunku wegetarianizmu. Na dodatek o wiele rzadziej bywamy w sklepach. To już nie są czasy ekologicznych zakupów wymagających odwiedzenia kilku miejsc tylko po to, aby uniknąć opakowań. Teraz wyjadamy wszystko do końca i dopiero potem idziemy na zakupy. W jednym tylko sklepie.

 


Zauważyliśmy, że w miarę, jak topnieją zasoby w szafkach odżywiamy się coraz zdrowiej. 

Nie ma jajek?

Upieczemy ciasteczka kruche, do nich jaj nie trzeba. 

Zabrakło cukru? Nie ma mąki na ciasteczka? Ależ jest! Reszta pszennej pełnoziarnistej, resztka żytniej, kukurydziana i ziemniaczana, otręby na dnie torebki, można zmielić płatki owsiane, słonecznik, len..., wszelkie nasiona.

Powstały ciasteczka kruche bez cukru. Wystarczyło je po wierzchu pomalować płynnym miodem (pamiętacie o jego zaletach), albo domową dziadkową galaretką z pigw ogródkowych. Te akurat mieliśmy. Tak naprawdę ciasteczka BEZ miodu i dżemu też są smaczne (masło! mieszanka mąki i nasion ma swoją własną słodycz). I do takich dobrze jest się przyzwyczaić. Wtedy ciastka sklepowe z cukrem wydadzą nam się zawsze za słodkie. 


Ciasteczka robią się z 3 szklanek mąk i kostki masła (ostatniej) oraz 3-4 łyżek śmietany (wyskrobanej z dna pojemniczka). Sieka się to wszystko na stolnicy, a potem krótko wyrabia ręcznie. Dorzuciłam dla lepszego sklejenia jajo (nieoceniony warzywniak podblokowy!), ale nie jest ono tu niezbędne. Wyszły kruche, delikatne, maślane, nawet i bez galaretki czy miodu były pyszne.

Nie ma masła? I w ogóle nie ma z czym dać dzieciom śniadania do szkoły, bo sera też nie ma, wędliny też i w ogóle wiatr hula po lodówce. Obieram zapomniane leżące w kącie orzechy włoskie (mogłyby być słonecznik, sezam, siemię lniane, pestki dyni i inne ziarna, ale nie było), mielę w młynku, mieszam z miodem i cynamonem/kardamonem i taką pastą orzechową smaruję dziatwie kanapki do szkoły. Nasiona są wysokotłuszczowe, prawie, jak masło, a przy tym bogate w wiele cennych składników odżywczych.

Co położyć na kanapkę? Czy w ogóle trzeba coś kłaść na kolacyjną kanapkę? Gdy jest masło (z podblokowego warzywniaka) - robię chleb z masłem (czosnkowym: czosnek roztarty, odrobina soli, wymieszać z masłem widelcem) i wszelkie jarzyny i można się najeść, że hej! Przykłady poniżej:

Brukselka gotowana z posypka z pestek dyni, ogórek kiszony, kawałek awokado.

Pomidory z puszki z przyprawami - na ciepło, jarmuż z cytryną, olejem i solą długo gnieciony ręcznie oraz cebula czerwona w piórach z sokiem z cytryny lub octem jabłkowym+sól

Sałatka ziemniaczana z ogórkiem kiszonym, surówka marchwiowo-selerowa, cebula j.w.)

Świeży jarmuż zmiksowany z resztką wywaru jarzynowego, żółta papryka krojona w kosteczkę, którą dorzucamy do talerza

Fasolka szparagowa z mrożonki na ciepło, surówka marchewkowo-selerowa, jajo ze śmietanką i chrzanem.

Warzywa korzeniowe duszone na maśle ze śliwką wędzoną, jarmuż z kukurydzą i twarożek z chrzanem (albo cebulką, już nie pamiętam)

Chciałoby się na śniadanie zjeść zupę mleczną z płatkami. Nie ma już mleka. Żadnych płatków nie uświadczysz. Gdy jeszcze mam owsiane (warzywniak!) robię uproszczoną wersję zupy z Gruszkowa. Udało mi się też zrobić całkiem udaną zupę ryżową na sobotnie śniadanie: ryż gotujemy do miękkości (nawet do rozklejenia) w nadmiarze wody dodając garść otrębów, resztkę rodzynek i słonecznika. Trochę masła, cynamon, kurkuma, kardamon, czy co tam nam zostało z przypraw przeciwzapalnych. Wrzuciłam jednego samotnego banana. Można zetrzeć jabłko czy marchewkę na drobnej tarce. Wszystko zależy od tego, co jeszcze macie w domu. 

Wygłodniała ręka zadrżała i dlatego zdjęcie nieostre:)
 

Nadchodzi wreszcie jednak taki dzień, w którym nie ma wyjścia, bo trzeba kupić jedzenie dla kota i masła zabrakło w warzywniaku. 

Tak, to są czasy na zakładanie podblokowych warzywniaków. Zwłaszcza jeśli mają polskie śliwki wędzone, jakich w Biedronach nie ma:) 

Inne teksty w tym temacie:

Zupa z resztek, kompot ze skórek

Unikamy plastiku - bilans styczniowy

Eko-Mikołaj


niedziela, 28 lutego 2021

Lutowe obserwacje przyrodnicze w bloku

Za oknem wirusy i smog. Czasem słychać dźwięk karetki na sygnale (niezbyt krzepiący). Chciałoby się odciąć od tego wszystkiego, choć 2/3 naszej dziatwy dzielnie chodzi do szkoły, a i do sklepu wypada wstąpić, aby nie umrzeć z głodu. Za to siedzi się w domu dużo więcej niż zwykle o tej porze. Na szczęście przyroda przybywa do nas i cieszy oko również w czterech ścianach.

Z okna kuchennego wypatrzyliśmy szczygły, a z okna pokoju po przeciwnej stronie domu - dzięciołka!

 

 


Na parapecie wyrósł nam groszek zielony. Ścięliśmy go i zjedliśmy, gdy osiągnął mniej więcej 5 cm wysokości, ale doniczka pozostała. Wysiany w niej kminek (ekologiczny, jak głosi opakowanie) nie chce kiełkować. Za to zapomniany, nie wyrwany groszek, któremu urwaliśmy całe ciało - nie poddał się i wypuścił pęd boczny z nowym wierzchołkiem wzrostu

 


Trzeba było zostawić wszystkie obcięte groszki i zebrać z nich plon powtórnie. Ciekawe jak długo groszki pozostają uparte i wypuszczają nowe wierzchołki wzrostu? Niestety nie mam wiele pola do eksperymentów, bo młodzież podjęła decyzję o dalszej uprawie doniczkowej. Groszek został podparty kijkiem. Czekamy na kwiaty:)

Kolejna hodowla parapetowa: owies ze światłem i bez światła. Zasadniczo podręcznik dla pierwszaka nakazuje hodować w ten sposób rzeżuchę, ale w naszej okolicy nasion dostać niepodobna. Owsa zaś mamy w bród, bo nasz kot go lubi i my też. 

 


Rzeczywiście różnica w wyglądzie roślin jest widoczna, ale dobę później blady owies, któremu postanowiliśmy udostępnić światło dzielnie się zazielenił i próbuje dogonić szczęśliwca oświetlonego od zarania. Uzupełniłam Młodemu podręcznik tłumacząc mu, że bez światła rośliny nie tylko kiepsko rosną (co ujawnia książka pierwszaka), ale to dlatego, że bez światła w liściach nie powstaje zielony barwnik (chlorofil), a bez niego roślina nie potrafi sobie sama wytworzyć pokarmu (w procesie fotosyntezy, ale to zataiłam).

Ponadto na spacerze nazbieraliśmy bukiet gałązek z pączkami

 


Liczymy, że w domowym cieple listki i kwiaty rozwiną się w przyspieszonym tempie. Mamy podejrzenia co do gatunków (detektywistyczne dociekania pod drzewem polegały na rozpoznaniu gatunku na podstawie zeszłorocznych liści lub owoców/nasion). Młodzież ma też nadzieję, że niektóre gałązki wypuszczą korzenie i można je będzie zasadzić. Powiedziałabym, że grozi nam pod blokiem wielogatunkowy zagajnik, gdyby nie fakt, że panowie kosiarze wynajęci przez spółdzielnię co roku wyrąbują wszystkie młode sadzonki, nawet spore sosny i świerki zabezpieczone czerwonym sznurkiem i patykowym ogrodzeniem (!!!). Doprawdy podziwiam ich upór i całkowitą nieumiejętność rozróżnienia roślin, których mieszkańcy nie chcą mieć wyciętych. Może wynajmują do koszenia osobników słabowidzących? 

 

sobota, 6 lutego 2021

Zimowe obserwacje przyrodnicze

Przy nastaniu zimowych chłodów naturalną potrzebą rodziców jest wleźć pod kocyk, ewentualnie upiec ciasteczka, krzepić się herbatą i innymi rozgrzewającymi napojami, zgłębiać literaturę lub otchłanie Internetu. Naturalną potrzebą młodzieży jest WYJŚCIE. Przy czym urokliwa górka ze śnieżkiem w najbliższym sąsiedztwie domu to nie to. Sanki to u nas przeżytek. 

+Należy udać się wprost na łono największego parku we wcale nie najbliższej okolicy, najlepiej o poranku i w mrozie, na szczęście przy pięknym Słońcu. Tam unikać stąpania po ścieżkach, żeby móc wypatrzeć mysikrólika, pełzacza, czy dzięcioła czarnego. Jakość zdjęć kiepska, ale zbieramy DOWODY.

Dzięcioł czarny. Tak, miał czerwoną czapeczkę.

Mysikrólik dla spostrzegawczych:)

Pełzacz wyszedł najlepiej, ale któż to wie czy on leśny czy ogrodowy...
 

+Należy wybrać się na wycieczkę samochodową w tereny górskie, we mgle i poślizgu, udając się na szlak (jego wiele mówiąca nazwa: Szlak Weteranów, nie nasunęła mi żadnych podejrzeń, a szkoda) ukryty pod śniegiem, stromy okropnie (przynajmniej matce nie było zimno). Z obiektów interesujących Młodzież zaobserwowaliśmy to:

Dla niewtajemniczonych: jest to przedstawiciel krioentomofauny, może zimień chłdolub

+Należy tkwić codziennie po zajęciach szkolnych na tyłach ogrodzenia przybytku nauki, niezależnie od pogody, bo tam nasi sąsiedzi widzieli:

- jemiołuszki

- raniuszki

- gile

- dzwońce 

niestety nie dla nas te frykasy, ale tkwimy. Powiesiliśmy na zanętę kule ze smalicu i słonecznika.

+Należy wybrać się wieczorową porą na tyły supermarketu, gdzie leżą lokalne nieużytki, a znajomi podobno słyszeli puszczyka (okres godowy sów w rozkwicie). Ze spotkanych obiektów należy odnotować:

- Homo sapiens idącego w milczeniu krokiem chwiejnym,

- Menela z rowerem i torbą z puszkami, który nas ostrzegł, że tu niebezpiecznie i można zarazić się wszami, a tak w ogóle to znaleziono tu w zeszłym roku dwa trupy i nawet policja boi się tu zapuszczać,

- policję we własnej osobie zamkniętą w samochodzie i rzeczywiście nie wychodzącą z niego (to ta policja bojąca się),

- samochód wypłoszony przez policję, jadący w kierunku przeciwnym.

Doprawdy nie wiem, jak w tym tłumie jakikolwiek puszczyk może myśleć o amorach, chyba jakiś desperat. Inna sprawa to ta, że byliśmy w grupie 8-osobowej pragnącej usłyszeć puszczyki. Desperat do kwadratu.

+No i jeszcze ta wyprawa po błocie, w okolicy domków jednorodzinnych, których właścicielom obce są wszelkie zabiegi naszego rządu mające na celu polepszenie jakości powietrza. Pływały tam nurogęsi, proszę Państwa, a to nie byle co. 

 


+Czasem trafia się naprawdę piękne miejsce, dla którego warto mieć mokro w butach. Jakże się potem miło wraca pod kocyk. 

 

Szkoła Podstawowa w Wiszni Małej, przed wojną pałac rodziny von Löbbecke

Sad pod śniegiem

 
Sina dal. Na całej połaci śnieg i lód. CUDEM w to pustkowie nadjechało inne auto, a jego pasażerowie pomogli mi pchnąć nasze.

I pomyśleć, że zima w naszej rodzinie bywała zwykle okresem częstszego odwiedzania muzeów i innych przybytków kultury. W tym kontekście został nam jeszcze do dyspozycji przedwojenny, zabytkowy cmentarz żydowski we Wrocławiu, naprawdę imponujący, ale Młodzież jakoś niechętna. Dopóki nie dowiemy się, że można tam zaobserwować jemiołuszki.

wtorek, 2 lutego 2021

Jak sól działa na lód?

Zaobserwowaliśmy człowieka rozsypującego coś przed szkołą. Było za 3 ósma. Gdy odbierałam naszego pierwszaka ze szkoły, sól spoczywała w dalszym ciągu na chodniku, choć lód zniknął, bo zrobiło się ciepło.

 

Dziecko zadało pytania o lód i sól. Najpierw trochę pozrzędziłam: powinni sypać znacznie wcześniej. Ci, którzy mieli się poślizgnąć w drodze do szkoły już to z pewnością zaliczyli. Dozorca po prostu wykazał szczególną troskę o tych spóźnialskich, którzy dobiegając do szkoły w ostatniej chwili w szybkim tempie są szczególnie narażeni na lodową zasadzkę. Kto by tam sypał wcześniej...

W szkole zaś zadali wykonanie w domu eksperymentu. Tradycyjnie ubolewam, że nie można go zrobić z dziećmi w szkole. Nie chwaląc się, w czasach mojej kariery nauczycielskiej, zabierałam z domu kostki lodu w termosie i doświadczenie się robiło na lekcji. 

Jest to miły i prosty eksperyment:

Dzień wcześniej przygotujcie kostki lodu.


 

Kostkę lodu kładziemy na podłożu, układamy na niej nitkę, a następnie posypujemy całość hojnie solą (spora szczypta, ale bez przesady).

Teraz krótka chwila cierpliwości i oczekiwania, wiem, że trudna (policzmy do 15).

Bierzemy końcówkę nitki do ręki i unosimy ją w górę ciągnąc za sobą lodową kostkę.

 


Jeśli rzecz się udała - lód unosi się do góry, jakby był przyklejony do nitki. U nas cała zabawa zaraz przybiera postać współzawodnictwa: "Mamo, mi dynda dłużej niż Jackowi!" Właściwie chodzi o to, żeby w ogóle zechciało się to "skleić", bo nie zawsze się udaje. Warto mieć więcej kostek lodu i wykonać kilka prób. Można też wspomóc trochę eksperyment: posoloną nitkę mocno dociskamy do lodu z obu stron ciągnąc w dół za nitki.


Wyjaśnienie: Sól rozpuszcza lód. A dokładniej rzecz biorąc obniża temperaturę krzepnięcia wody. To zjawisko zachodzi od góry kostki lodu, którą posoliliśmy. Od dołu zaś działa w dalszym ciągu bardzo niska temperatura zamarzniętej wody. Efekt jest taki, że nitka po trosze wtapia się w lód, a po trosze do niego przymarza. Działają tu te dwa czynniki. 

W jackowym podręczniku autorzy proponują wrzucić kostkę lodu do szklanki z wodą. Nie jest to konieczne do przeprowadzenia doświadczenia. Pozwala jednak zaobserwować, że lód jest lżejszy od wody i jak niewielki fragment lodowej kostki wystaje ponad powierzchnię (podobno1/9). Pierwszaki mają też zaobserwować i opisać cechy lodu: przezroczysty, zimny, twardy, kruchy (pożądane walnięcie młotkiem w kostkę lodu, najlepiej walnąć też dla odmiany w granit. Wtedy dokładnie widać różnicę. No, chyba, że zestawimy kostkę lodu z kruchym ciasteczkiem. Nie odmawiajcie sobie tego walnięcia/tych walnięć, jeśli macie warunki. My przegapiliśmy, ale to jeszcze nic straconego). 

To proste doświadczenie może być wstępem do rozmów o górach lodowych, topnieniu lodowców i zmianach klimatu. No i warto wspomnieć, jak sypanie solą wpływa na korzenie roślin i ich ogólną kondycję (źle). Przed szkołą mogliby akurat sypać piaskiem...