Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wycieczki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2022

Noc Sów 2022

Noc Sów przed nami. Zaklinamy dobrą, wiosenną pogodę. Zamierzamy przejść o zmierzchu na niewielkiej trasie nasłuchując, czy COŚ się nie odezwie. Macie ochotę na oderwanie się od rzeczywistości? Nie przegapcie nocnego spaceru w marcu.

Zapisaliśmy się oficjalnie na Rodzinną Noc Sów na stronie: 

http://jestemnaptak.pl/aktualnosc/noc-sow-2022

Dzięki temu mamy mnóstwo informacji o tym, jakie sowy możemy usłyszeć, co robią, gdzie śpią, jak wyglądają, ile ważą:)

Przed nocną wyprawą wybraliśmy się w teren za dnia - chodzi o to, aby dobrze znać trasę, zwłaszcza, że będziemy ze sobą wiedli ludzi, którzy tu jeszcze nigdy nie byli.

Wiemy też, czego nie robić na spacerze w poszukiwaniu ptaków. Latarki można zabrać, oczywiście, ale chodzi o to, żeby ich nie nadużywać. A jeszcze lepiej: używać tylko wtedy, gdy to absolutnie konieczne. Wzrok przyzwyczaja się do ciemności i można sobie w znanym terenie iść bez latarki, która płoszyłaby ptaki. 

Niewskazany jest też telefon z głosami sów. Obcy głos na terytorium sowy może ją raczej zniechęcić. Z głosami zapoznajemy się przed wymarszem, a potem można użyć tylko aplikacji rozpoznającej głosy. 

Większa grupa płoszy ptaki, ale w większej grupie raźniej. Z humorem wspominamy nasze wyjście zeszłoroczne (dwie kobiety z szóstką dzieci zróżnicowanych wiekowo i płciowo) na dzikie ogródki działkowe. Sów nie było, za to pijany w sztok osobnik postraszył nas możliwością zarażenia wszami w tej okolicy, a potem poczęstował nas wiadomością o zwłokach odkrytych w tym miejscu poprzedniego lata. "Tu nawet policja boi się zapuszczać" - opowiadał ze smakiem. Wkrótce przybyła policja, rzeczywiście nie opuszczająca auta. Sami widzicie, że nie dało się nic usłyszeć z ptactwa...

Przydatne linki dla zainteresowanych sowami:

Stowarzyszenie Ochrony Sów z atlasem do rozpoznawania, również po głosach.

Lasy Państwowe o sowach leśnych.

Sowy Polski - pdf z dużą dawka szczegółowej wiedzy.

Mamy też przydatną książkę, której recenzję z innymi ciekawymi linkami możecie przeczytać na moim blogu we wpisie "Dla tych, którzy marzą żeby zobaczyć sowę..."

PS. Zdjęcia dokleję po powrocie:)

 

Wyruszyliśmy o zmierzchu. Było słychać sporo  ptaków układających się do snu.

Część trasy była oświetlona:


 

Nad trzcinowisko nadleciały kaczki krzyżówki, chyba szukały miejsca na nocleg:

W wycieczce wzięło udział ostatecznie 9 osób, które przeszły w Trzebnicy (woj. dolnośląskie) trasą od Winnej (Kociej) Góry do Rotundy 5 Stołów. Wycieczka była zdyscyplinowana, mimo obecności młodzieży wczesnoszkolnej i w kilku miejscach zatrzymaliśmy się na dłuższe postoje nasłuchując w ciszy. Mieliśmy ze sobą infografikę o sowach Polski, książkę "Noc sów" pana Karczewskiego (przeczytana pilnie przez niektórych przed wyjściem) oraz aplikację Birdnet w telefonie służącą do rozpoznawania ptaków po głosach. Optymistycznie liczyliśmy na puszczyka czy uszatki. Niestety nie zaobserwowaliśmy, ani nie usłyszeliśmy żadnej sowy. Inne obserwowane ptaki: kosy, sikory bogatki i modraszki, sierpówki. Wycieczkę mimo to uważamy za udaną: dzięki pięknej pogodzie obejrzeliśmy Trzebnicę z góry, zapoznaliśmy się z tablicami na ścieżce edukacyjnej dotyczącej odkrycia obozowiska człowieka wyprostowanego (Homo erectus) w tej okolicy oraz z rysem historycznym związanym z działalnością charytatywną św. Jadwigi Śląskiej w Rotundzie 5 Stołów, znaleźliśmy skrzynkę w ramach Geocatchingu. W przyszłym roku zamierzamy odbyć Noc Sów w innej okolicy - w Lesie Bukowym. Może tam coś nam zahuka? Pozdrawiamy wszystkich wielbicieli ptaków!


Niestety - żadnej sowiej sylwetki!

Później zrobiło się za ciemno na zdjęcia i większość trasy przeszliśmy w ciemności już nie fotografując, tylko pilnie nasłuchując. Nadbiegł do nas duży, czarny pies (Canis familiaris). Sów ani na lekarstwo. 

Przynajmniej znaleźliśmy skrzynkę...




wtorek, 16 marca 2021

Krótkie wycieczki we Wrocławiu i okolicach - ciąg dalszy

Mikrowyprawy, czyli krótkie, kilkugodzinne (albo i całodniowe:) wycieczki po niedalekiej okolicy nabrały  w Covidzie nowego wymiaru. Ważne są zwłaszcza dla tych, którzy przykuci do komputerów siedzą całymi dniami w domu, w bezruchu i izolacji. Oto kolejna porcja naszych wycieczek. Oby były miłą inspiracją dla spragnionych spacerów na łonie natury z naszego regionu.

W drogę!
 

Park Złotnicki we Wrocławiu - jest niewielki, ale bardzo urozmaicony. Znajdują się tu ślady dwóch grodów z XIII-XIV wieku. Na wałach jednego z nich ujeżdżają cykliści ćwicząc swoje talenta w kierowaniu rowerem po stromiznach i zakrętach. W miejscu drugiego zmontowano pomysłowy plac zabaw nawiązujący do tematyki grodowej szeroko pojętej: jest więc kamienny krąg (wersja mini), drewniane trony dla kniazia i jego żony, drewniane sprzęty (ciekawe, czy w średniowieczu znali huśtawki?). Całość prezentuje się miło i solidnie. Drzewa wielkie i stare, Bystrzyca płynie wartko, a gdybyśmy chcieli ją przekroczyć - owszem, można przejść przez kładkę błogosławionego Czesława.

 


Dzikowiec to jeden ze szczytów Sudetów Wałbrzyskich, rzut beretem za Boguszowem-Gorcami. W sezonie zimowym oferuje nawet wyciąg narciarski tudzież stok saneczkarski i to jest pewien mankament, bo na pewno nigdy nie brakuje tu turystów. My podjęliśmy próbę wejścia od mniej uczęszczanej strony,  tak zwanym Szlakiem Weteranów. Nazwa ta nic mi nie powiedziała, a powinna:) Pierwszy odcinek szlaku nadaje się swobodnie pod koła wózka, ale za leśniczówką nabiera charakteru, tak że ostatecznie można się mocno spocić wspinając się po stromiznach. Jeśli dodamy do tego oblodzenia, sporo śniegu, mgłę i zbyt późną porę wyruszenia na szlak, to zrozumiecie, dlaczego nie osiągnęliśmy ostatecznie szczytu Dzikowca. I tak nic byśmy w tej mgle nie ujrzeli z drewnianej wieży widokowej. Mimo to wędrówka jest zacna i mam nadzieję, że tam jeszcze wrócimy.

 

Szczyt ginący we mgle.

Lasy koło Wróblowic (zachodnie opłotki miasta) nie są bardzo zaśmiecone. Piaszczyste drogi wśród iglastego i mieszanego drzewostanu prowadzą nad śródleśny staw, a właściwie zbiornik retencyjny (zakaz kąpieli). Biegnie tu też ścieżka edukacyjna, a grupy zorganizowane zapraszane są do zwiedzenia szkółki leśnej. My ją podziwialiśmy jeno przez płot. Obeszliśmy też staw dookoła, co było dość przygodowe, bo prowadzą do niego dwa cieki wodne, które chciałoby się przekroczyć suchą nogą. Można próbować przeskoków z rozpędu lub wspomóc się "mostkiem" z pnia.

Staw w zimowej szacie.


Trzebnica
- lubimy tę miejscowość bardzo. Byliśmy w Lesie Bukowym w którym znajdziecie nieco zaniedbaną drogę krzyżową. Dla osób spragnionych w Wielkim Poście modlitwy na świeżym powietrzu jest ona jak znalazł, choć nieco nadgryzł ją ząb czasu. Można też wypocząć w pustelni w śródleśnej kotlince. Do pustelni dotrzemy wózkiem, ale droga krzyżowa ciągnie się na zboczach i polecamy ją per pedes. Inną atrakcją Trzebnicy jest Winna Góra i wyeksponowane na niej stanowiska archeologiczne, gdzie znaleziono ślady bytowania przodków człowieka rozumnego, o czym informują wyczerpująco tablice. Byłam tylko zawiedziona faktem, że są na nich umieszczone stale te same teksty, tak, jakby trzeba było odbiorcy utrwalić wiadomość podaną 50 m wcześniej. Bo sklerotyk zapewne. Tak, czy siak, warto spojrzeć z Winnej Góry na całe miasto poniżej. W czasach bezkowidowych polecałabym kontemplację alabastrowego posągu nad grobowcem świętej Jadwigi i poznanie historii jej życia oraz wizytę w przepięknej bazylice. 


Szlak na Winną Górę w śniegu.

Góra Krzyżowa w Strzegomiu - można zaparkować samochód u podnóża góry i wejść na piechotkę leśną drogą, która u właściwego podnóża wzniesienia przechodzi w granitowe, jeszcze poniemieckie schody (można liczyć). Przed wojną Niemcy mieli w tym miejscu spore schronisko-hotelik z restauracją, a na lewo od schodów do dziś możecie zobaczyć początek toru saneczkowego, dość stromego (zjazd od początku jest złym pomysłem, chyba, że jesteście ekstremistami). Z placu pod schodami biegnie droga wyprowadzająca turystów na miejsce startu i wiodąca dookoła góry - nie musimy zatem wracać po własnych śladach. Sam zaś szczyt zdobny jest w wielki krzyż, spod którego roztacza się wspaniały widok na Strzegom i rozległą okolice miasta, widać stad oczywiście Ślężę, a przy dobrej widoczności - pasma Sudetów. Warto również przedsięwziąć spacer plantami, wzdłuż dawnych murów obronnych miasta, pięknie zagospodarowanych dzięki unijnym dotacjom.

Widok z Góry Krzyżowej - latem.


niedziela, 22 marca 2020

Obserwacje przez lornetkę z dziećmi

Z konieczności lornetki przybyły do nas pocztą. Dla Jacka jednooczna:) Jurek wydał na małe, lekkie cudo kawał zaoszczędzonych pieniędzy z różnych darownizn rodzinnych. Ja mam super zbliżenie w aparacie fotograficznym. Z takim sprzętem można udać się pod wrocławski blok i na najbliższy... cmentarz ze starymi drzewami oraz oczywiście do parku.


 Najdogodniejszą porą roku do obserwacji ptaków jest wiosna, bo liści na drzewach nie ma, a ptaki są bardzo aktywne. Poszukują partnerów pięknie śpiewając, zakładają gniazda i muszą zdobyć na nie materiał oraz  miejsce.
Najlepiej byłoby wstać o świcie... Pierwsze ptasie głosy słychać, gdy jest jeszcze ciemno. Hm, hm, jeszcze takiej mocnej motywacji nasza młodzież nie ma.

Wyszliśmy do parku około ósmej. Wiem, że to już dość późno, ale chciałam mieć dzieci wyspane. Zobaczyliśmy sójki, grzywacze, trznadle (?), sroki, kaczki krzyżówki, sikory bogatki, kosy (samiec i samica), kwiczoła (?), szpaka... To naprawdę sporo.



Co jest ważne dla dziecięcych obserwacji?
- Nie kupować dziecku lornetki o dużym zbliżeniu, bo trudno mu jest odnieść obraz z lornetki do tego, co widzi gołym okiem. (dla 6-ltka mamy zbliżenie 9x, a dla starszego nieco większe)
- Zainwestować w sprzęt jak najlżejszy i niewielki.
- Pouczyć o obchodzeniu się ze sprzętem - wieszaniu na szyi, czyszczeniu szkieł specjalna szmatką, nie porzucaniu na trawę i w ogóle pilnowaniu.
- Zacząć od zauważania znanych gatunków, dość sporych i nieruchliwych, np. gołębi, kaczki. Kaczce krzyżówce można spojrzeć w oczy przez lornetkę, widać każde, piękne błyszczące pióreczko - można się od razu zachwycić!
- Zadbać o miłą atmosferę, brak pośpiechu.
- Można zabrać ze sobą przewodnik do oznaczania ptaków i gorzką czekoladę:)
 


Wbrew pozorom spacer w poszukiwaniu ptaków wymaga skupienia, koncentracji na celu, cierpliwości, nasłuchiwania...

Odgłosów wydawanych przez ptaki nauczycie się mimochodem, tym razem zaczęliśmy najszybciej rozpoznawać wrzeszczące sójki (bo gruchające gołębie znaliśmy już wcześniej).  

Byliśmy w tym roku na zimowym ptakoliczeniu, ale Noc Sów odwołana. Dla sów to pewnie lepiej, prawda?

P.S. Spotkaliśmy też dwa dorodne, żwawe kleszcze. Taki bonus:)



niedziela, 18 sierpnia 2019

Ciekawe miejsca we Wrocławiu i okolicach na 1-dniowe wycieczki

To jeszcze jedna odsłona cyklicznych wpisów na ww. temat.

Plac zabaw na Polance Zachodniej (Park Zachodni we Wrocławiu) - dla tych, którzy jeżdżą tramwajem wskazówka: należy z niego wysiąść na przystanku przy kościele św. Jadwigi i za tym kościołem wejść cienistą ścieżką w park. Plac zabaw jest fantastyczny dla osób w wieku od lat 2 do 102 bo sprzęty są dostosowane do rozmaitych rozmiarów ciała i możliwości fizycznych, co nie zmienia faktu, że można tu sobie naprawdę wyćwiczyć mięśnie. Przy tym urządzenia są niesztampowe, o przemyślanej konstrukcji, z naturalnych surowców (głównie drewno i grube sznury) i bardzo mocne (czyt. huliganoodporne). Mankament: w upalny dzień zero cienia, choć znajdziemy go wszędzie wokoło i żwirek, którym wysypano hojnie plac włazi do sandałów. Ale nie dla wszystkich to problem.





Muzeum Farmacji - leży przy bocznej uliczce wrocławskiego rynku, wstęp wolny, obok Piernikarnia, gdzie można się wzbogacić w korzenne kalorie i tego nie sposób uniknąć. Gdy już jesteśmy pokrzepieni wchodzimy do muzeum, a tam kawał historii podany wyjątkowo ciekawie, bo eksponatów jest sporo i tylko żal, że nie ma przy nich bardziej wyczerpujących opisów. Przydałoby się zwiedzanie z przewodnikiem, ale muzeum organizuje też zajęcia dla zainteresowanych, więc wiele jeszcze przed nami:). Fantastyczna ekspozycja muzealna mieści się w pięknej kamienicy, która zachwyca już samą swoją architekturą, świetlikiem w dachu, kręconymi schodami... Udogodnienia dla wózków obecne i niegłupie. Ze wszech miar zacne miejsce do zwiedzania z Młodzieżą. Polecam!




Opole - jest osiągalne autostradą i bocznymi drogami, a nawet pociągiem w godzinkę z hakiem. Przeżyliśmy zachwyt tym miastem, w którym z roku na rok jest coraz piękniej i ciekawiej.



Serdecznie zachęcam do wejścia z przewodnikiem na Wieżę Piastowską, na której przygotowano zaskakujące multimedialne smaczki. Widok z góry w słoneczny dzień jest wspaniały. O ile jesteście fanami Festiwalu Piosenki - można zajrzeć i na scenę, ale my pomknęliśmy na Rynek - ukwiecony, zadbany, z pysznymi lodami i miłymi zakątkami. Nie przegapcie do zwiedzania z dziećmi Kamienicy Czynszowej w pobliżu Rynku, oddziału Muzeum Śląska Opolskiego.

Podobało nam się też bardzo w Opolskim Zoo i w Muzeum Wsi Opolskiej w Bierkowicach, ale to propozycje na osobne wypady całodniowe.

Zamek Grodno w Zagórzu Śląskim - to rzut beretem od Świdnicy. Wspinaczka pod górę nie jest zbyt długa, choć z wózkiem ryzykowna, ale da się na upartego. Za to gdy wejdziecie na górę zwróćcie uwagę na ciekawe detale architektoniczne, kota wylegującego się przy bramie głównej w słońcu, lipę sądową i widok z wieży. Mogą na nią wejść dzieci, które nie obawiają się wysokości. Tylko pierwszy i krótki odcinek wejścia na wieżę jest trudniejszy - bo ciasno i ciemno, ale potem już jest łatwiej i warto dziecko wesprzeć w tej wspinaczce. Na zamku można zjeść solidny obiad. Żałuję, że nie załapaliśmy się na zwiedzanie z przewodnikiem (zbiórka o pełnych godzinach). Gdy ktoś zmotoryzowany - warto objechać autem (rowerem?) zalew (Jezioro Bystrzyckie), który tak pięknie jest widoczny z zamkowej wieży. Można i przy nim zamieszkać i stąd zrobić sobie bazę wypadową w Góry Sowie.



poniedziałek, 22 lipca 2019

Wyżywienie w dziczy

Powyższy temat jest bardzo rozległy. Jak się jedzie na wakacje z dala od cywilizacji - trzeba zabrać dużo jedzenia ze sobą. Zaś przed wyjazdem zagłębić się między marketowe półki by wyłowić coś, co nas zanadto nie otruje i zrobić z tego zapas na cały pobyt. Poniżej informacje, jak się ogarnęliśmy z tym tematem przy pięcioosobowej rodzinie.

Cały rok gotuję w domu zdrowe obiady. Każdy, kto to robi na co dzień wie, jak wiele serca i inwencji trzeba włożyć w posiłki, żeby były gotowe na określoną porę, lepsze niż w przedszkolu, ładnie wyglądały i pachniały, były urozmaicone, smakowały wszystkim (he, he) i zawierały te wszystkie żelaza, potasy, witaminy C, błonniki itd. Dlatego w czasie wakacyjnego wyjazdu baaardzo nie chcę gotować. Od tego też należy się odpoczynek.
Nawet sporządzenie makaronu z sosem pomidorowym wzbudza mój opór, a mycie naczyń w warunkach polowych zwalam na innych.
Pierwsze zakupy jedzenia na tydzień dla 5 osób zleciłam Tatusiowi i Córce. Po przerażających zakupach sprzed dwu lat (zupy chińskie górą!) w zeszłym roku wzięłam udział w buszowaniu po półkach i było to trudne popołudnie pełne kompromisów i jęczenia.
W tym roku znowu poszli sami i wrócili z kompromisem, w którym nie musiałam brać udziału.
Poniżej zapisuję, ku pamięci wnioski z nadzieją, że za rok o tej porze najemy się jeszcze lepiej niż w tym roku w dziczy.

- ponieważ przez cały rok nigdy nie jemy chińskich zupek muszę się zgodzić na jakąś ich porcyjkę, bo Młodzież niemądrze nalega, ale unikać smaku krewetkowego i innych, na których piszą, że są ostre lub z papryką (zawsze jest ostra)

- dobrym pomysłem jest fasolka w puszce - są różne opcje, nie tylko nieśmiertelna "po bretońsku". Najbardziej smakują nam te z Bonduelle, ale nie tylko. Unikać tych z karagenem i mlekiem w proszku (bo rakotwórcze). Warto szukać fasolki w szkle zamiast w puszce (o ile nie musimy jej daleko nosić szkło jest zdrowsze do przechowywania pożywienia i słoików można użyć po umyciu na różne sposoby, zwłaszcza, że się szczelnie zakręcają).

- unikać jednoosobowych saszetek śniadaniowych z płatków owsianych i mleka w proszku (rakotwórcze). Kupować te bez mleka w proszku, w dużej torebce, np. ok. 500 g. Szukać również innych płatków niż owsiane (w tym roku trafiły nam się jeszcze bardzo dobre jaglane) z Melvitu (Secret).

- zupy typu "gorący kubek" też wybieramy bez karagenu i mleka w proszku. W tym roku trafiliśmy na jedną, która była wzbogacona w witaminy. Co prawda nie wierzę do końca, że one (o ile są) ładnie się wchłoną, ale można im pomóc do gorącego kubka dorzucając ciemnozielone liście spotkane na szlaku np. babki, krwawnika, szczawiu i szczawiku zajęczego, mniszka, stokrotki, maliny i jeżyny - drobniutko posiekać i wrzucić do zupy tuż przed zjedzeniem.

- dobrym pomysłem jest zasilenie potrawy jajem ugotowanym na twardo.

- koniecznie trzeba zabrać czekoladę gorzką i deserową, z rodzynkami i orzechami.



- inne dobre przekąski na drogę: migdały, orzechy, duże rodzynki (wsypywane bezpośrednio do ust z torby), banan. Ciasteczka też byłyby dobrym pomysłem, o ile miałyby dobry skład. Na razie tylko ciasteczka Fit firmy Sante uważam za dobre pod tym względem, bo nie mają cukru i oleju palmowego, ale np. zawartości tłuszczów trans nie podaje się w naszym kraju na opakowaniach, więc można sobie żyć w błogim chrupaniu:)


- o ile droga wiedzie przez łąki i lasy z drobnymi owocami jagodowymi (borówki czernice i brusznice, poziomki, jeżyny, maliny, dzikie czereśnie itp.) zawsze trzeba je podjadać ile wlezie.



- w drodze można zebrać liście poziomek, jeżyn, malin, kwiatostany koniczyny różowej, macierzankę itp i zaparzyć z nich "herbatkę" lub dodać do własnej herbaty zielonej, którą się wzięło z domu.




- w schroniskach i knajpach unikamy placków ziemniaczanych i bigosów. Można śmiało postawić na pierogi, zawsze z bukietem surówek. Zupa dnia to też dobry wybór i w ogóle wszystko, co gotowane, a nie smażone, choć pułapka frytek ze smażonym serem okazała się nie do zwalczenia.
Teoria: jeśli zamawiamy wszyscy tę samą potrawę (marzenie ściętej głowy) kelner przyniesie ją szybciej niż w opcji, gdy każdy zamawia coś innego.

- najlepszą kawę dają na Orlenie (nie słodzą jej przemocą, jak nam się to trafiło w innym miejscu) i są tam zniżki dla rodzin wielodzietnych po okazaniu ogólnopolskiej Karty Dużej Rodziny. Hot dogi z parówką sojową są tam pyszne. Testy wegetariańskich burgerów z burakiem jeszcze przed nami - już się nie mogę doczekać!

- szklane butelki wody w plecaku sprawdzają się równie dobrze, jak plastik, o ile całego zapasu nie niesie jedna osoba.

- jajo gotowane na twardo w dalszym ciągu uważam za superfood na każdej trasie. Zapakowane ekologicznie, bogate w składniki odżywcze, nawet, jak się lekko pogniecie.




A jak źle wyliczycie ilość jedzenia, które mieliście ze sobą zabrać - śniadanie ostatniego poranka może wyglądać np. tak:

Dzbanek zielonej +3 grapefriuty dla 5 osób. Dr Dąbrowska też by się przyłączyła:) 


Najbardziej przytłacza fakt, że szybkiego jedzenia, takiego do zalania wrzątkiem, jest bardzo duży wybór i obfitość. To znaczy, że cała masa Polaków żywi się tym często, a nie okazjonalnie, jak my.



środa, 12 września 2018

Krótkie wycieczki we Wrocławiu i okolicach - ciąg jeszcze dalszy

Kolejna odsłona ciekawych miejsc na wycieczki rodzinne. Może się Wam przydadzą te subiektywne recenzje?

Park Pilczycki - jeśli ktoś lubi jeździć na rowerze po lesie, to coś dla niego. Spacerowanie też wchodzi w grę, bo rowerzystów nie ma zbyt wielu. Las jest wyłącznie liściasty, zaśmiecony od strony ogródków działkowych (w głębi- wcale), a wychodzi się na Odrę i Most Rędziński oraz zabytkowy Jaz Rędzin. Elementy parkowe typu ławeczki i wysypane żwirkiem ścieżki - nieznane. Dobry na krótki wypad przy ładnej pogodzie, zwłaszcza dla wielbicieli mostów.




Arboretum Wojsławice - zachwycający rozmachem ogród, o olbrzymiej powierzchni położony na terenie pagórkowatym, z sadem czereśniowym na zboczu (w czerwcu degustacja czereśni w cenie biletu). Jest fajny plac zabaw dla dzieci, jadłodajnie, sklepiki, ale przede wszystkim rośliny o jakich Wam się nie śniło, około miliona okazów. Cudowny! Niezapomniany!



Wrocław - Samolotowy Plac Zabaw i Kosmiczny Plac Zabaw - obydwa te niewielkie place zabaw położone są w dzielnicy Gądów Mały, w okolicy ul. Bajana i są stosunkowo nowymi nabytkami. I więksi, i mniejsi znajdą tu coś dla siebie. Sprzęty solidne, niebanalne, plastikowe, gumowa nawierzchnia na placu kosmicznym - na dodatek są tu również gumowe planety i cały Układ Słoneczny, a więc mamy walor edukacyjny. Nie zrobiłam zdjęć, bo zapomniałam aparatu, ale warto zobaczyć wcześniej w internecie, żeby wiedzieć, czego się spodziewać.

Rejs(ik) statkiem po Odrze - fajna sprawa. Umożliwia obejrzenie miasta z alternatywnej perspektywy. Dla Małolatów polecam dużą jednostkę, po której można chodzić i zwiedzać ją. Rejs trwający ok 50 min. z okolic Bulwaru Włostowica do Zoo i z powrotem wydaje mi się optymalny czasowo, choć są opcje dłuższe, nawet do Brzegu, oraz minimalnie krótsze.



Ślęża - to jedyna góra na płaskiej jak stół Nizinie Śląskiej. Właściwie jest to masyw z kilkoma szczytami i w nich pokładamy jeszcze nadzieję. Główny szczyt w niedzielę niehandlową jest okropnie zatłoczony. Wchodzi się nań, jakby się szło przez galerię handlową (sklepiki u podnóża i na szczycie, a jakże) w tłumie bliźnich idących na piechotę, z kijkami, wózkami i wjeżdżających (i zjeżdżających na łeb, na szyję) na rowerach, z wrzeszczącymi dziećmi, psami szczekającymi na siebie nawzajem, a na szczycie to całe towarzystwo rozsiada się i grilluje. Trochę to horrendum rekompensują widoki z wieży kościoła i sam kościół, zadbany, nawet podziemia do zwiedzania i nawet msza w niedzielę o 14.00. Jest to piękne miejsce, ale w weekend zadeptywane, zaśmiecane, a nazwa "rezerwat", która obejmuje szczyt z przyległościami, to czysta drwina. 



sobota, 1 września 2018

Ćwiczenie pamięci na spacerze

Mnemotechniki to metody służące polepszeniu sprawności zapamiętywania danych. Jedna z nich przypomniała mi się zupełnie przypadkiem na spacerze po wale nadodrzańskim i od razu wprowadziliśmy ją w życie. 



Wały wzdłuż Odry to piękne miejsca na spacery o każdej porze roku. Wybrałam sie z młodzieżą na taki długi spacer wzdłuż naszej rzeki w dzielnicy Kozanów. Tej tak bardzo zalanej w czasie pamiętnej powodzi, gdyż zbudowanej przez Polaków na terenach, które Niemcy w Breslau przeznaczyli pod tereny zalewowe właśnie (przewidując, że nadmierne wezbrania wód wcześniej czy później przyjdą). Po kompletnym zalaniu Kozanowa wał przeciwpowodziowy wzmocniono i poszerzono. Ciągnie się on krawędzią Parku Zachodniego, miejscami będącego raczej lasem liściastym i mieszanym. Zatem na brak spotkań ze zwierzętami nie można narzekać.

Najpierw trafił nam się kowalik.



Potem osa chciała się zaprzyjaźnić z Jackiem chrupiącym jabłko, ale zgubiliśmy ją biegnąc.

Zatrzymaliśmy się przy pniu dębu zaatakowanego przez kozioroga dębosza, ale samych dęboszy nie było widać. Nadleciał natomiast szerszeń, który w dębie mógł sobie pomieszkiwać.



Poszliśmy dalej mijając pana z psem idących na działki.

Na dachu jednej z altanek był gołębnik (z gołębiami oczywiście), a tuż za nim, na drzewie kołysała się wiewiórka.

I tak dalej.

Mniej więcej przy tej wiewiórce poprosiłam Młodych, żeby powtórzyli po kolei nazwy wszystkich zwierząt, które spotkaliśmy na trasie spaceru. Poczynając od kowalika.

Gdy spotykaliśmy kolejne zwierzęta, zaczynaliśmy od początku wymieniać nasz szereg dodając na końcu nowo spotkane zwierzątko.

Pewnym utrudnieniem było ciągłe trafianie na gołębie oraz moment, w którym mama-biolog zapomniała języka w gębie, na widok ptaszka, którego nie umiała nazwać. Poza tym nie skupialiśmy się wyłącznie na zapamiętywaniu ciągu nazw, tylko na innych kwestiach spacerowych (zbieractwo piór, kapsli, kamyczków, podziwianie widoczków, kopanie w przydrożnej piaskownicy, konsumpcja jabłek i utyskiwanie, że za długa droga). Były to kwestie rozpraszające, ale chodziło o zapamiętanie mimo rozpraszaczy.

W sumie zapamiętaliśmy szereg gatunków zwierząt składający się z  21 nazw. Nie jest to znowu tak dużo, ale  wcale nie mało, jak na umysły rozleniwione wakacjami:)

Co pomogło w zapamiętaniu? Na pewno przypomnienie sobie trasy od samego początku. Trzeba było ją sobie zwizualizować.

A gdy chcemy przypomnieć sobie ciąg wyrazów nie związanych ze sobą? Przydatne bywają absurdalne skojarzenia ze sobą kolejnych, następujących po sobie pojęć. Np. jak zapamiętać ciąg:

królewna, rower, mucha, serce, imadło, kosiarka, chusteczka...?

Wizualizujemy sobie królewnę, jadącą na rowerze. Wpadła jej do oka mucha i królewna wystraszyła się tak, że stanęło jej serce i ścisnęło, jak w imadle. Królewna zsiadła z roweru obok porzuconej kosiarki i wyjęła chusteczkę. I tak dalej w tym stylu.

Im durniejsze tym lepiej się pamięta:)

Rok szkolny za pasem. Ciekawe jak będą Młodym wchodzić słówka angielskie?

Wreszcie wyszliśmy nad Odrę...


poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Krótkie wycieczki we Wrocławiu i okolicach - ciąg dalszy

Kolejna odsłona tego, co można podziwiać we Wrocławiu i jego najbliższych okolicach. Dla tych, którzy mieszkają w pobliżu i jeszcze nie znają.

Las Osobowicki leży w granicach miasta. Jest stosunkowo rozległy, dociera do Odry, a spacerując po nim można trafić m.in. na boisko piłkarskie, strzelnicę, miejsca biwakowe, plac zabaw, tzw. Górę Kapliczną z zabytkową kaplicą Kornów, drogą krzyżową i ciekawą legendą, którą wyczytacie na tablicy informacyjnej. Kiedyś było tu nawet grodzisko obronne, nie jedyne z resztą w okolicy. Śmieci (prawie) nie ma, droga nadaje się pod koła wózka, można dojechać i wrócić komunikacją miejską.Uwaga na rowerzystów (czasem dość licznych)! Ze względu na nich lepiej wybierać boczne drogi.



Las Rędziński  jest bardzo urozmaicony pod względem krajobrazowym - szliśmy przez las mieszany i liściasty, przez wał przeciwpowodziowy, łąki, wzdłuż cieków wodnych i zarośniętego starorzecza i to na jednej tylko, dość krótkiej wycieczce. Można dojść nad samą Odrę, a po drodze oddać się biwakowaniu (są ku temu przygotowane miejsca z zadaszonymi wiatami) i lekturze tablic informujących o tym, co tu żyje i ćwierka. Bardzo ładne miejsca, nie zaśmiecone zanadto.



Miękinia - można tutaj przedsięwziąć wycieczkę enologiczną z degustacją, gdyż w miejscowości tej znajduje sie urokliwa winnica Jaworek. Ale to raczej bez Młodych (no, chyba, że na obiad do tutejszej restauracji). Za to lasy wkoło Miękini są nader urokliwe, głównie iglaste, ze szlakami pieszymi i rowerowymi, można nawet bezboleśnie (bo niewysokie) zdobyć szczyty - Diabelską Górę i Szubieniczną Górę, albo po prostu poszwendać się po lesie wdychając świeże, żywiczne powietrze i to całkiem blisko Wrocławia.


Niedaleko Miękini leży Mrozów z pseudogotyckim, poniemieckim pałacem (obecnie zakład opiekuńczy, zamknięty, można pooglądać przez płot), a stamtąd już rzut beretem do zamku na wodzie w Wojnowicach, o których już kiedyś pisałam. Można przejść przez las na piechotę i warto to uczynić, bo Wojnowice naprawdę są piękne i ciekawe!

piątek, 4 listopada 2016

Grzybobranie z Młodymi - uwagi optymistyczne

Niestety nasza dziatwa ma trudnych rodziców.
Odbyły się spotkania rodzinne i odwiedziny na cmentarzu, ale koniecznie musieliśmy jeszcze pójść do lasu. Na grzyby. Wzięliśmy wielki kosz wiklinowy tłumacząc Młodzieży, że do plastiku się borowików nie wkłada. Zapomnieliśmy zupełnie nawet najmniejszego kozika. Kalosze okazały się za małe, albo nie do zlokalizowania. Wyruszyliśmy w czasie deszczu. 
Zwykle tak to u nas jest, ale przeważnie się udaje. Nie należy przejmować się szczegółami.





Deszcz ustał i było cieplej, niż myślałam, że będzie.

Jacek zrezygnował z upierania się przy tym, żeby ciągle iść po ścieżce i gdy tylko wszedł na groźny grunt nieoswojony znalazł był 3 podgrzybki w rządku.

Jurek znalazł jedynego borowika - króla grzybów.




Hanię nazwaliśmy królową polowania, bo znalazła najwięcej grzybów.

Na krzaczkach tkwiły jeszcze brusznice i choć młodzi stwierdzili, że gorzkie, to jednak mama i tata ciągle to skubali, wiec oni też.

Jurek znalazł intrygującą korę sosnową.

Wyrwano mi aparat z ręki, bo wszystkie grzyby okazały sie piękne i nadające się do natychmiastowego sfotografowania (gdy się ciągle widzi rodziców z aparatem, to się potem samemu chce strzelać fotki).


Wcale nie było tak mokro, jak myśleliśmy, że będzie.

Zabraliśmy ze sobą czekoladę, która dodała nam trochę energii w połowie trasy. Jest to kompromis ze strony rodziców, którzy ograniczają dzieciom cukier, jak tylko się da.
Nie zakładaliśmy, że gdzieś dojdziemy - po prostu szliśmy przed siebie, klucząc to tu, to tam, od grzyba, do grzyba. W godzinkę z hakiem nie przykryliśmy nawet dna kosza. No to co?  Grzyby były! Jadalne! Mam nadzieję, że dziatwa zapamięta jak wygadają borowik szlachetny i podgrzybek brunatny, gdyż nazwy te padały z mych ust często. Oni jednak wolą prostsze nazewnictwo: "Mamo, znalazłem jadalnego!", "Ten jest niejadalny".


W którymś momencie padło pytanie: "W którą stronę do auta?" - każdy pokazał inny kierunek, a w koło, jak okiem sięgnąć roztaczała się monokultura sosnowa. Ładnie byśmy wyglądali, gdyby nie GPS w telefonie Tatusia, który ukazywał naszą poplątaną trasę. Również i ta atrakcja okazała sie spora frajdą - szliśmy do samochodu, jak poszukiwacze Pokemonów bez mała.
  

Nie przebiłam się z kwestią mchu na drzewach, bo GPS okazał się atrakcyjniejszy. No, trudno. Następnym razem.

W skrócie: nie za długo, nie za daleko, ze znaleziskami i czekoladą oraz dodatkiem techniki (aparat, GPS) - to się u nas udaje zawsze, gdziekolwiek byśmy się nie udali:). Na survival jeszcze przyjdzie czas.

Uważam, że rodzice koniecznie powinni zabierać dzieci ze sobą w miejsca, które uważają za piękne i wartościowe, choćby nawet dzieci jeszcze same tego nie wiedziały i nie czuły. I nie powinni zwracać uwagi na biadanie, zostawiać dzieci w domu, bo tak wygodnie, tylko się zaprzeć przy swoim, a w tym zaparciu iść na kompromisy. Dwoje naszych starszych dzieci wybiera się z nami wszędzie, bez szemrania (zobaczymy, jak długo:) i tylko najmłodszy jest jeszcze w fazie uczenia się tego. 

Szczerze jednak powiem, że daleka jestem od wędrówek z niemowlęciem po Tatrach lub antycznych zabytkach po drugiej stronie Europy. Wakacje z bardzo małymi dziećmi - raczej pod gruszą. Niedaleką. Z uwzględnieniem zamiłowań wypoczynkowych rodziców jednakże:)


poniedziałek, 4 lipca 2016

Tylko na jednym spacerze...

... zobaczyliśmy mnóstwo ciekawostek. Wystarczy umieć patrzyć. Nie gadać, tylko się rozglądać. Słuchać, wąchać, obserwować. To był spacer w starym, zdziczałym parku, w sąsiedztwie pałacu. Krótki spacer wkoło stawku. Takich spacerów sobie i Drogim Czytelnikom w czasie wakacji i zawsze życzę!


Rzekotka drzewna, pierwsza, którą widzieliśmy na żywo i dlatego uwieczniona. Poza tym spotkaliśmy mnóstwo żab!

Było sporo starych drzew...

... a mi najbardziej podobała sie lipa srebrzysta, która właśnie zaczyna kwitnąć i pachnieć!

Niestety grzyby okazały sie robaczywe. Ale dziatwa poszukując ich uczyła się rozpoznawać, czy to co zbiera jest jadalne i jakie dany gatunek grzyba ma cechy rozpoznawcze. Na drugim planie w tej samej dłoni: strawa dla chomika i patyczaka.
Borowik szlachetny i podgrzybek złotawy


Borowik ceglastopory zwany poćcem

Na filmiku widać, jak borowik ów efektownie ciemnieje tuż po przełamaniu:


Borowików tych było sporo. I tu ważna kwestia - zachwycona ciemnieniem grzyba Młodzież chciałaby zbierać i łamać do bólu. Jakoś przebiłam się z tłumaczeniem, że jeśli koniecznie nie musimy (a nie musimy!) nie zrywamy grzybów, bo są ładne, chcą żyć, rosnąć i inni tędy przechodzący też mają prawo je zobaczyć, nie trzeba niszczyć ich niepotrzebnie i pochopnie.
To samo mieliśmy wcześniej - tłumaczyłam Jurkowi, że musi się dobrze przyjrzeć grzybowi - jeśli to nie jest borowik ani zajączek, tylko gołąbek (bo gołąbków akurat nie zbieramy) - nie zbieramy, nie ruszamy, niech sobie rośnie. Byłam dobitna, ale wiem, że to jest kwestia, do której trzeba wracać przy każdej okazji, żeby się Młodym utrwaliła dobrze.