wtorek, 14 stycznia 2020

Numizmatyka

W ramach długiego zimowego wieczoru przejrzeliśmy jurkowy zbiór monet, który zrobił się całkiem spory zupełnie niepostrzeżenie. Okazuje się, że monety mogą wiele nauczyć.



Oczywiście, gdy już Dziecko zechce je kolekcjonować fajnie jest je gdzieś trzymać. Najpierw było pudełko po czymś tam, ale teraz mamy album numizmatyczny, z przegródkami różnych rozmiarów.
To daje pole do popisu różnym własnym segregacjom, choć najlepiej monety wyjąć.
U nas prym wiodą pamiątkowe monety z zoo wrocławskiego i opolskiego, szczególnie te z kotowatymi.



Jak się okazało w wielu miejscach atrakcyjnych turystycznie można nabyć monety pamiątkowe, bez nominałów. Łączy je wspólny napis na rewersie: Polish Heritage, Collectors Coin.






Wszelako cena ich wzrosła z 5 do 8 zł za sztukę i J. nie zdecydował się ostatnio na zakup kolejnego egzemplarza w specjalnym automacie w Zamku Królewskim.
Dziecko ma również w swoich zasobach monety polskie z różnych epok oraz egzemplarze zagraniczne. Najbardziej hołubione są te z motywami przyrodniczymi: zwierzęcymi lub roślinnymi oraz oczywiście imiennik - św. Jerzy zabijający smoka.
Gdy następnego dnia udaliśmy się do Dziadka i Babci - Dziadek wydobył z szafki jeszcze ciekawsze monety (a Babcia sernik:). Tu już byliśmy w raju! Zrobiliśmy kompleksowy przegląd dziadkowych zbiorów, natykając się na niemiecką monetę ze swastyką, hiszpańską z dziurką, dolar kanadyjski z nurem (czarno- lub rdzawoszyim, którz to wie?) i inne intrygujące egzemplarze.



Był też pamiątkowy medal ze świętą Anną, pokryty zielonawym nalotem. Babcia zasugerowała grynszpan, co poszerzyło słownik młodzieży, choć pewna jej frakcja (ta, która ma ćwiczenia z logopedą) miała kłopot z wypowiedzeniem tej nazwy.
 

Monety są też przydatne do nauki czytania liczb czterocyfrowych (rok wybicia monety) oraz układania monet w szeregu od najstarszej do najnowszej. Można też na nich ćwiczyć czytanie liter oraz języki obce. Można jeszcze zapoznać się z kursem walut i ćwiczyć przeliczanie, lub uprościć sobie sprawę zadając pytanie rodzicowi: "Ile to jest w przeliczeniu na złotówki?"
Wisienką na torcie były jeszcze pieniążki papierowe:)
 


Filatelistyka w naszych czasach chyba zamiera, ale w numizmatyce widzę kolosalną przyszłość:)
P.S. Zaś poniżej jeszcze zdjęcie w powiększeniu naszych papierowych złotówek, które mają zabezpieczenia widoczne jedynie przy znacznym powiększeniu lub w ultrafiolecie (telefon taty z aparatem fot. + nakładka powiększająca, oświetlenie ultrafioletowe).



poniedziałek, 6 stycznia 2020

Najlepszy bigos wegetariański oraz kruche rożki, wspaniałe doprawdy.

Zapisuję go tu, Drodzy Czytelnicy, żeby jego cudowna receptura nie zaginęła w mrokach zapomnienia i rozkojarzenia. Nie zapomnijcie o nim w Karnawale! Dokarmcie nim dzieci i siebie na obiad lub kolację! Cieszcie się nim i delektujcie radując Wasze jelita jego boskim składem, bez obciążania ich trudnostrawnymi  szczątkami naszych braci mniejszych.



Na bigos bierzemy:
1 słoik Wecka pełny najlepszej kapusty kiszonej
1 główkę świeżej kapusty białej
3 duże cebule
śliwki wędzone lub suszone polskie, nie za słodkie - sporo
garść rodzynek
super, gdyby były ze dwie suszone gruszki i suszone jabłka, ale bez tego też da radę
masło, wg uznania
przyprawy:
- papryka wędzona w proszku
- papryka słodka w proszku
- pieprz czarny
- kurkuma w proszku lub świeża, odrobinę
- sól
- ziele angielskie
- liść laurowy vel bobkowy
- kminek mielony
- majeranek

Kapustę kiszoną gotujemy (w szybkowarze, ale bez niego też można oczywiście) z zielem angielskim (3-5 kulek) i liściem laurowym (ze 2) w odpowiedniej ilości wody, do miękkości. Odcedzamy ją z wody, którą należy zachować na potem.
Osobno dusimy na maśle i podlewając wodą, kapustę białą. Dodajemy do niej przyprawy i suszone owoce. Dusimy razem do miękkości.
Osobno należy zeszklić na maśle cebule pokrojone w kosteczkę.
Teraz w bardzo dużym garnku łączymy ze sobą obydwie kapusty i cebulkę, podlewamy wodą z gotowania kapusty kiszonej, dusimy razem przez kilka minut, dosmaczamy dodając jeszcze przyprawy, o ile to konieczne.
I już - gotowe.

Gwoli ścisłości należy dodać, że inspiracją dla tego przepisu był przepis z książki "Musierowicz na gwiazdkę", w której potrawa ta jest proponowana jako wigilijna. Nie ma w nim wszakże kapusty kiszonej, która jest niewątpliwym atutem naszego bigosu. Spożyliśmy go w Sylwestra w grupie Sąsiadów i Przyjaciół. A było w niej sporo dzieci w rozmaitym wieku i wierzę, że przynajmniej częściowo dzięki bigosowi zachowały siły, aby świętować nadejście Nowego Roku. Po wystrzeleniu fajerwerków (4 sztuki) na zewnątrz, w chłodzie i wietrze, w dzieci wlano barszcz czerwony klarowny po czym zaczęły powoli rozchodzić się na spoczynek wśród miłych pożegnań i żartów.



Warto tu odnotować, że Wrocław również w tym roku był miastem bez fajerwerków wyrzucanych w niebo na Rynku. Na drzwiach do klatki schodowej wywieszono też apel do petardowiczów, aby nie strzelali między 20.00 a 21.00 i pozwolili czworonogom w spokoju odbyć wieczorny spacer z właścicielami. Nasze 4 fajerwerki nie wpisują się w ten szczytny trend, ale mieliśmy wśród nas męską frakcję, która bardzo musiała COŚ wystrzelić. Może gdyby nie zbawczy wpływ bigosu nie poprzestaliby na czterech?:)

A jeśli został Wam jeszcze jakiś niedopity szampan można go użyć do zrobienia kruchych rożków - delikatnych i chrupkich, w sam raz do popołudniowej, zielonej herbaty. Potrzebne są:
2 szklanki mąki
1 kostka masła
szczypta soli
pół szklanki szampana (w oryginalnym przepisie - piwa, ale nie mieliśmy)
nadzienie: marmoladka, kapuściane, grzybowe czy inne. U nas babciny dżemik z czarnej porzeczki.

Na stolnicy trza wysypać mąkę i zetrzeć masło na tarce z dużymi oczkami. Potem siekamy całość krótko nożem, dodając szczyptę soli, a następnie dolewając szampana. Z ciasta wałkujemy okrągły placek (grubość ok. 3 mm), który kroimy "na gwiazdkę" otrzymując trójkąty. W nie wkładamy nadzienie i zwijamy na kształt rogalika, rulonika czy czego tam sobie chcecie (w sumie wszystko jedno). Wkładamy do piekarnika ogrzanego do 175 stopni i pieczemy do zrumienienia.

Trudności:
- dzieci chcą próbować szampana
- trzeba obronić dżem w słoiku przed wyjedzeniem do cna
- niektórzy chcą na siłę lepić, a inni nie chcą, ale muszą, bo są pannami prawie na wydaniu i mają się wprawiać w gospodarstwie domowym
- niektórzy nie chcą się wieczorem położyć do łóżka w obawie, że przez noc pozostali członkowie rodziny zjedzą ciastka
- rano dzieci chcą zaczynać śniadanie od ciastek



Aby te kruche cuda były bardziej poprawne dietetycznie warto postawić na mąkę pełnoziarnistą i masło klarowane.





niedziela, 22 grudnia 2019

Jak podzielić pierniki?

Święta za pasem. Należymy do szczęściarzy, którym najwspanialszy piernik upiecze Babcia. Ale nie wytrzymaliśmy i jeszcze przed Świętami kupiliśmy  pierniczki "Katarzynki" w czekoladzie. W opakowaniu było ich sześć. Ale jak je podzielić, skoro jest nas pięcioro (kot nie lubi)?

Na opakowaniu widnieje informacja, że pierniczki są wegańskie. bez oleju palmowego również.  No,no!


Zapytałam Młodzież i Ojca Rodu. Opcji było wiele. Zanotowałam je sumiennie:

- Każdy dostaje po jednym pierniku, a ostatni pierniczek trzeba podzielić na 3 części i dać dzieciom. 
- Wskazane by było dać Najstarszej Córce cały nadprogramowy pierniczek, bo nastolatki potrzebują więcej węglowodanów, intensywnie pracują umysłowo przy nauce, zużywają dużo energii przy czynnościach domowych, np. sprzątaniu kociej kuwety...
- Każdy z pierniczków przekroić na pół. Otrzymamy 12 kawałków pierniczków. Każdy dostaje... po dwie połówki. Oj, zostały jeszcze dwie. Dla kogo? To pytanie pozostało bez odpowiedzi.
- Ostatni pierniczek powinien w całości zjeść Ojciec Rodu, który poświęci się w ten sposób, aby pozostali członkowie rodziny nie narażali się na spożycie nadmiaru cukrów, tak przecież niezdrowych.
- Jacek-przedszkolak myślał i myślał patrząc na pierniczki i macając je paluszkami. Wreszcie zeznał: "Nie wiem" i oddalił się w kierunku gry komputerowej, która nie stawiała przed nim aż takich wyzwań.

Ostateczna wersja była taka, że nadprogramowy piernik podzieliliśmy na 5 kawałeczków i każdy zjadł jeszcze po takim małym skrawku.


Następnie przybyły do nas pierniki, których było 7 w opakowaniu i tu cichcem rodzice spożyli po dwa, nie przyznając się dziatwie, że w ogóle była możliwa jakaś inna opcja. Z dietetycznego punktu widzenia pierniki te były katastrofą, gdyż polano je lukrem.




Z wigilii klasowej Jurek przyniósł pierniki upieczone przez swoją cudowną Panią Wychowawczynię, a ozdobione samodzielnie pisakami lukrowymi. Chcieliśmy je podzielić wagowo i dokonaliśmy zbiorowo ważenia pierniczków i ustalenia średniej wagi, ale trzeba by je bardzo rozdrobnić. W związku z tym właściciel samodzielnie podzielił pierniki oddając rodzinie anioła, a sam pożerając resztę. Obyło się bez sporów.

 
 

I ostatnie przedświąteczne pierniki "Katarzynki" - bez czekolady, bez lukru, najsłuszniejsze dietetycznie, bogate w przyprawy. Podzieliliśmy je, tak jak pierwsze.
 

Warto dodać, że firma "Kopernik" z Torunia na swojej stronie internetowej deklaruje chęć rezygnacji z jaj z chowu klatkowego do 2025 roku. Dlatego zalewowi zagranicznych pierników na polskim rynku mówimy NIE. Podobnie, jak piernikom polanym lukrem, które firma "Kopernik" niestety produkuje. Cóż, nie trzeba ich kupować i tyle.

 W obliczu Świąt nie udaje nam się za bardzo unikanie słodyczy. Wszelako piernik należy do najzdrowszych słodkości świątecznych. Zwróćcie uwagę na korzenne przyprawy. Nie warto zapominać o nich przez pozostałą część roku. Mądre lektury podają, że cynamon, zwłaszcza ten z Cejlonu, jest bogaty w przeciwutleniacze i wspiera funkcjonowanie flory jelitowej, a przy tym korzystnie wpływa na funkcjonowanie układu sercowo-naczyniowego. Ten niecejloński zawiera kumarynę, która działa toksycznie na wątrobę, gdy jemy go dużo, a zatem lepiej celować w cejloński. 
Goździki mają działanie przeciwzapalne, antyseptyczne, rozgrzewające i znieczulające, o czym warto pamiętać przy stanach zapalnych w jamie ustnej. Goździka trzeba rozgryźć i trzymać jak najdłużej w okolicy ropnia, afty i innych podobnych atrakcji, zwłaszcza, jeśli trafią nam się one, gdy lekarz właśnie świętuje. Ponadto goździki zmniejszają oddawanie gazów, co jest cenną kwestią przy dużym spotkaniu rodzinnym.
Pieprz czarny ułatwia trawienie, pobudza apetyt i rozgrzewa. Od niego pochodzi nazwa piernika, który ma byc "pierny", a wiec pieprzny, pikantny.
Nie lubię anyżu i jak się czegoś nie lubi, to się do swojego piernika tego nie wrzuca, ale trzeba przyznać, że przyprawa ta ma walory wspomagające trawienie. Jeśli nie do piernika, to może zechcecie zmieszać anyż z majerankiem i zaparzyć, je jak herbatkę, co jest nieoczekiwanie smaczne i podobno działające zbawiennie, choć wiatropędnie,  na przewód pokarmowy, zwłaszcza obciążony nadmiarem tłuszczów.
Do piernika sypnęłabym jeszcze szczyptę imbiru mielonego. Co prawda to nie to samo, co świeży, ale ma walory przeciwzapalne, podobnie, jak kardamon.
Nie zapomnijcie o śliwce wędzonej w swoim pierniku, gdyż to właśnie ona ułatwi Waszym jelitom pozbycie się tego, co zjedliście w nadmiarze. A poza tym doda piernikowi staropolskiego smaku, którego sklepowe pseudofrykasy nie mają.

Z młodzieńczych ust padły jeszcze pytania, o to, jak rośnie pieprz czy inny kardamon: czy na krzaku, czy na drzewie i jak to w ogóle wygląda? W świąteczne popołudnie można sobie usiąść z dziećmi przed ekranem odrywając je od jedzenia/grania w grę komputerową/oglądania durnego filmu i wyguglować trochę obrazków pieprzu, cynamonu, kardamonu. Ładne są te rośliny, aż chciałoby się je wyhodować na parapecie. Kto wie...

Post ten zgłaszam w ostatniej chwili do wspaniałego projektu międzyblogowego Bajdocji: "Matematyka na święta" 5



 A tutaj linki do innych uczestników projektu.


Wesołych Świąt!!!

 

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Eko-Mikołaj

No jasne, że zero waste jest fajne. Unikamy plastiku i opakowań. Słodyczy też unikamy. No wszystkiego. W ogóle fakt, że mamy troje dzieci jest bardzo nieekologiczny. A tu Mikołajki za pasem. 

"Mamo, chciałbym drewnianą szczoteczkę do zębów" - powiedział Jurek.
"A ja gąbkę roślinną, nie plastykową" - zażyczyła sobie Hania.
No to postawiłam na tego rodzaju mikołajkowe prezenty. Opakowane ekologicznie i z wymową eko-, bio-. Ale temat prosty do okiełznania nie jest.

Kupiłam gąbkę Konjac, która jest boleśnie droższa niż ta plastikowa, która się rozłoży za 400 lat, a wcześniej będzie dryfować w oceanie trując żółwie morskie.
Kupiłam drewniane szczoteczki do zębów - jeszcze nie wiem, jak się sprawdzą w samym szorowaniu, ale już wiem, że pewnie suszyć je trzeba będzie jakoś mocniej niż te plastikowe i zastanawiam się, ile czasu wytrzymają bez porastania pleśnią.
Kupiłam też szczoteczkę w całości zrobioną z plastiku pochodzącego z recyklingu. Na razie nie wiem, jak wygląda, bo jest zapakowana w materiał papieropochodny, jak wytłoczki do jaj.
W kwestii kosmetyków zauważam, że dużo przegapiłam. Pojawiło się sporo takich, które składają się np. w 92 czy nawet w 96% "z naturalnych składników", choć traktuję ten zwrot raczej podejrzliwie. Są i takie zapakowane w plastik w 100% pochodzący z recyklingu. Szklanych butelek na szampony już nie ma. Wymarły.
Za to są środki czyszczące na bazie sody, kwasku cytrynowego czy innego mydła szarego. Można by posprzątać na Święta ekologicznie, tylko dlaczego są one takie drogie? No i zapakowane hojnie w plastik. Dobrze, że już opanowałam własną produkcję.

Cukier niezdrowy, więc postawmy na zdrowe słodycze. Kupiłam masło orzechowe i miód. Najzdrowsze (i najmniej smaczne) są te masła z których odjęto cukier i sól oraz inne dodatki. Natomiast bardzo podoba mi się pomysł na dodanie do miodu czegoś, np. pyłku, czarnych jagód, malin, cynamonu i bardzo jestem ciekawa, jak to będzie smakować. Stresują mnie tylko wieści, że mam w ręku produkt, który jest "mieszaniną miodów z UE i spoza UE". Czy to-to się scukrzy normalnie, czy będzie odwiecznie płynne? Wydaje się, że niektórzy "producenci" miodu zakładają na wstępie, że żadnego scukrzenia nie będzie, bo pakują miód w plastikową tubkę z małym otworkiem do wyciskania. No, ale w takim razie to nie miód.
Za to trafiłam na galaretkę truskawkową bez cukru firmy Celiko i bardzo jestem ciekawa, jaka będzie.

Wiadomo, że trzeba jeść lokalnie, ale można na Mikołajka zaszaleć, więc pomyślałam o owocu tropikalnym, który byłby jeszcze bio-. Ale jak jest bio-, to już eko- być nie może, bo zaraz pakują go w plastikowy woreczek.
Powala wszechobecność śliwek kalifornijskich rodem z Chile, a za to normalnych - wędzonych, do bigosu się nadających - nie ma. No nie ma. Powiedzcie mi, gdzie we Wrocławiu są?

W kwestii prezentów mikołajkowych można też postawić na przeżycia. Zaproponowałam Młodym, żebyśmy w ramach prezentu mikołajowego zobaczyli  "Czarnoksiężnika z krainy Oz" w naszym muzycznym teatrze Capitol, ale nie przeszło, bo jedno dziecko chciałoby do zoo, a drugie na jazdę konną i się rozmijamy z upodobaniami do przeżyć. Zapewne jednak nie we wszystkich rodzinach tak jest i warto o tym pomyśleć.

Książki są idealnym prezentem. Ale mało kupujemy, bo bibliotek u nas dużo. Dla dorosłych i starszych dzieci proponuję książkę o plastikach:



Dobra na prezent dla każdego, a zwłaszcza dla tych, u których dostrzegamy rys nadmiernego śmiecenia, oraz tych, którzy chcieliby być aktywistami, ale nie wiedzą jak, brak im inwencji i śmiałości. Wszelako dane o obecności plastików we wszystkim i jego astronomicznych ilościach duszących naszą biedną planetę robią ogromnie przygnębiające wrażenie.

Przeczytałam jeszcze książkę amerykańskiej prekursorki zero waste:

 Znalezione obrazy dla zapytania pokochaj swój dom bea johnson

Dla nas niektóre z tych rad mogą się wydać trochę śmieszne, np. Autorka zaleca, żeby zawsze, kiedy to tylko możliwe próbować suszyć pranie poza suszarką, np. na rozwieszonych sznurkach. Jako żywo nigdy nie suszyłam inaczej. Albo podpowiedź, że warto sobie zainstalować w szafce obrotowy mechanizm, który ułatwi nam organizację wnętrza szafki i szybkie znalezienie w niej potrzebnych rzeczy. Chyba nie jestem w stanie wyobrazić sobie, jak bardzo przepastne są szafki z jedzeniem w USA. I jeszcze - przecież ten mechanizm też kupujemy jakoś tam opakowany i też może się on stać potencjalnym śmieciem. Tego autorka już nie widzi. Ale jakoś jej się to udaje, żeby montować 1 słoik ze śmieciami w ciągu roku. I jest to godne podziwu.

Na koniec przyszło mi przyznać się najmłodszemu dziecku, że prezenty mikołajowe dają rodzice. No bo, co tu ściemniać i kłamać? Zniosło to spokojnie. Przeczytałam, przypadkowo zupełnie, o biskupie Miry, prawdziwym św. Mikołaju, któremu możliwe, że dorobiono sporą część życiorysu. Znalazłam to w dobrze napisanej i podbudowanej bogatą porcją literatury źródłowej książce Kamila Janickiego. Warto sobie ją sprawić w prezencie (lub wypożyczyć w bibliotece). Książka jest napisana pięknym językiem, a narrację poprowadzono intrygująco. Niejedna książka przygodowa czy kryminał nie dorasta jej do pięt, a jest to przecież kawał naszej polskiej historii.

Z dziecinnych książek w temacie proponuję książkę Nikoli Kucharskiej "Zwierzęta, które zniknęły", którą można polecić dla dzieci w bardzo różnym wieku: młodsze znajdą piękne, rozmaite, pomysłowe ilustracje, starsze - lekkostrawną, a bogatą porcję wiedzy. Sporo treści poświęcono gatunkom, które są obecnie na skraju wymarcia oraz tym, które już skutecznie skasowaliśmy zupełnie niedawno. Sprawdza się zajrzenie do internetu i obejrzenie, jak naprawdę wyglądały te zwierzęta na zdjęciach.

Nastolatkom proponuję w ciemno wszystkie książki Geralda Durella, założyciela zoo i fundacji na Jersey, których celem było i jest do dziś ratowanie zagrożonych wyginięciem gatunków poprzez rozmnażanie ich w niewoli.  Nie bez przesady można zaliczyć Durella do prekursorów tego pomysłu. Zapewne jest to też zasługa udanego tłumaczenia, ale książki te są pełne humoru i przezabawne. Nie sposób się od nich oderwać. Można wybrać te o dzieciństwie Autora na wyspie Korfu, albo i te traktujące o jego wyprawach w różne zakątki świata w celu chwytania zwierząt czy też te opowiadające o prowadzeniu zoo. Polecam na OLX - w sam raz na prezent EKO.