poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Cienie roślin, czyli do czego przydaje się kalka w lesie

Człowiek wrażliwy na piękno przyrody chciałby je jakoś utrwalić. Zielniki już mamy. A żeby je mieć trzeba było pracowicie rośliny suszyć i wklejać. Mamy jeszcze inną propozycję - szybszą i łatwiejszą, dla leniwych. Muszą mieć tylko kalkę maszynową...



Najpierw zbieramy rośliny, które nas zainteresują. Gdy już mamy zbiór na stole sięgamy po papier i kalkę, i układamy warstwy (poczynając od tej na spodzie):
- kartka
- kalka
- liść
- kartka

Grzbietem paznokcia, miejsce w miejsce, przesuwamy i dociskamy wszystkie warstwy. Nie wymyśliłam nic lepszego niż paznokieć, bo się sprawdzał, ale może miałabym chęć wypróbować zaokrągloną krawędź szklanej butelki (tę przy dnie), a może wałek?
Efekt wygląda tak:



Pułapki:
- gdy ułożymy rzecz nierówno i kalka się zagnie obrazek będzie brzydszy


- gdy podczas prasowania paznokciem jakaś warstwa się przesunie - obrazek też będzie przesunięty i rozmazany



- gdy wetkniemy odruchowo liść pod kalkę powstanie w efekcie tylko zarys rośliny, ale faktury liścia nie będzie widać, za to mogą zostać na obrazku jej szczątki



Można z tych obrazków zrobić sobie nawet książeczkę wakacyjną "Shadows of plants".



A tu pomysł alternatywny: przekalkowujemy ślady żerowania owadów i w ogóle wszelkie anomalie (cóż, nie wszystko się da...)



czwartek, 30 lipca 2020

Brzozowe listki

Gdy spacerujecie po lesie zawsze się trafią jakieś brzozy. Wyłączając porę wczesnowiosenną przez cały okres wegetacyjny spadają z nich pojedyncze listki, najczęściej żółknące. Żółkną każdy inaczej i w sobie tylko znany, jedyny i niepowtarzalny sposób, tak, że każdy brzozowy listek miewa inny wzorek. A wszystkie są ładne. Pozbierajmy je, a potem można wykorzystać je w sztuce.



Jestem zwolenniczką zbiorów-porównań, dlatego bliskie mi jest ułożenie liści brzozowych w szeregach i to gęstych, które dają pogląd na ich różnorodność:


Można spróbować z różnymi rodzajami tła:






Gdy się ma jednak w sobie więcej twórczej weny można pójść w kompozycje z większym polotem:







A potem dochodzi się do wniosku, że zawężanie się do brzozowych listków jest niefajne, bo przecież w lesie są szyszki, porosty, mchy, różne patyki, nasiona, kora, zgubione przez ptaki pióra, kamyki czy piasek, a na łące trawy różnych wersji. Wszystko to można wykorzystać do produkcji lampionów słoikowych.






A gdy się je robi na łonie natury, przy wtórze ptactwa, z wiatrem we włosach i zapachem żywicy w powietrzu, w miłym gronie i przy ognisku - wtedy człowiek czuje, że jest na idealnych wakacjach, czego Wam, Drodzy Czytelnicy z całego serca życzę:)


Posta zgłaszam do projektu POD KOLOR

Linki do innych uczestników projektu TUTAJ

sobota, 11 lipca 2020

Zielona kuchnia

Poniżej przepisy na potrawy, które umożliwiają dokarmienie Dziatwy (i dorosłych) zieleniną. Odbywa się to bez komentarzy typu: "Po co tyle zielonego? Nie jestem królikiem!" oraz "Blee, mamo, nie posypuj wszystkiego natką!)", a także "Nie znoszę szpinaku...". Wszystko  zjedli
 i nikt nie dyskutował. 

Zielone kluski w zielonym sosiku



Pierwsza potrawa jest wariacją przepisu z książki "Musierowicz dla zakochanych" (Akapit Press, 2008), gdzie kluseczki owe zwą się Malfatti z Mantui. Zainteresowanych oryginalnym przepisem odsyłam do tej przemiłej lektury, a tu podamy w zarysie skład. W zarysie, gdyż kluseczkowe proporcje nie muszą być ścisłe. 
Wzięłam: 
- opakowanie mrożonego szpinaku
- kostkę twarogu
- 3 jaja
- masło
- młodą cebulkę
- mąkę pełnoziarnistą
- przyprawy (sól, pieprz, gałka muszkatołowa, kurkuma, czosnek...)

Szpinak należy rozmrozić (można podgrzać w garnku) i odcisnąć nadmiar wody na sitku. Sporo jest tej wody o głębokim kolorze zielonym, a zatem jej nie wylewamy tylko zostawiamy sobie na później, do sosu.  Cebulkę trzeba zeszklić na maśle i po ostudzeniu dodać do twarogu, szpinaku i mąki oraz startego ząbka czosnku. Przyprawić. I teraz: Pani Musierowicz sugeruje konsystencję ciasta, jak na kluski kładzione, czyli raczej lejącą się. Zapomniałam jakoś o tym i sypnęłam mąki, tak, że konsystencja wyszła o wiele bardziej gęsta. Ale mimo to kluseczki wyszły nie za twarde, jedynie wizualnie okazały się może trochę mało eleganckie. Przykryłam je sosem: zielona woda, odrobina masła, mąki i serka mascarpone (nie miałam śmietanki). Jest to potrawa sycąca, smakowita i naprawdę BARDZO ZIELONA!

Druga zielenizna to ZIELONA ZUPA z warzyw o takiejż barwie, które znalazłam w lodówce. Są to: 
- kilka różyczek brokuła
- nać z selera z łodygami
- kawałki pora (te zielone, bo białe zjedliśmy w sosie musztardowym)

Nadałyby się też brukselki wyjęte z mrożonej zupy (młodzież nasza zawsze odwala brukselki niestety, a tu by były zamaskowane), groszek, fasolka szparagowa, bób, szczaw, pietruszka i ziemniaki, jako neutralne w barwie wypełniacze. U nas jednak powyższe trzy warzywa wypełniły garnek dość obficie. Wrzuciłam je do wrzątku i gotowałam do miękkości z przyprawami. Przyprawy są tu istotne, gdyż zupę trzeba sobie dosmaczyć według własnych upodobań. U nas były to: przyprawa Kamisa do ziemniaków, czubryca, wędzona i słodka papryka, kminek mielony, pieprz, kurkuma, a nawet trochę curry. Nie od rzeczy byłby czosnek, a nawet odrobina soku z cytryny dodana na końcu, dla zaostrzenia smaku. Miękkie warzywa trzeba zmiksować na gładko, dodać masło i sól, i jeszcze przyprawiać, do osiągnięcia właściwej smakowitości. Do tego robimy grzanki z pełnoziarnistego chleba, gdy są już lekko podsuszone dodajemy pestek z dyni, a one mile się prażą wzbogacając potrawę o dodatkową zieleń i aromat. Tłuszcz do tych grzanek i pestek dyniowych nie jest potrzebny, robiłam je na suchej patelni. Osobno na talerzyku podałam liście tymianku, bazylii i curry z domowej hodowli parapetowej. W całości, dla tych, którzy mieli na nie nastrój. I tak zjedliśmy. Do dna!



Ponieważ potrawy są zielone wpisują się w projekt Bajdocji "Pod kolor"
Zaproszenie i reguły
Lista uczestników


 

Nasza ziołowa hodowla balkonowa, trochę już oskubana:)

czwartek, 9 lipca 2020

Owocny handel

Miło jest się bawić w sklep. A jeszcze milej bawić się na zewnątrz. Młodzież sama wpadła na ten pomysł i wszelkie jego odmiany, ale w tym roku wymyślili sprzedaż zdalną ze względu na Sami-Wiecie-Jakiego Wirusa.


Obiekty, którymi handlowało się w sklepie (niestety zdjęcie zaginęło):
- orzechy lub łupiny orzechów (połówki włoskich)
- patyki różnych gabarytów (naostrzone samodzielnie noszą w handlu nazwę dzidy)
- szyszki
- kawałki kory
- kwiaty
- piórka
- kamienie i kawałki cegłówek



Ze względu na brak rówieśników handlowało się z rodzicami.
Waluta: czereśnie, których dzieci nie dosięgają, a dorośli owszem.
Sprzedawca robi zdjęcie swoich produktów, przybiega do dorosłego, pokazuje obrazek i zachwala, od razu podając wycenę (np. jedna krótka dzida kosztuje 2 czereśnie, zaś jej dowóz - kolejne dwie, a gdybym chciała jeszcze jedną dzidę, to dostanę szyszkę gratis pod warunkiem, że dopłacę jedną czereśnię). Ponieważ braci jest dwóch założyli spółkę i dzielili się zyskami.

Gdy brakło czereśni handlarze uznali, że naleśnik z sałaty nadzianej serem pleśniowym i przewiązanej szczypiorem też może być.



Druga opcja handlowa obejmowała oprowadzanie klienta po ogrodzie lub Parku Narodowym (czyli nieużytku po przeciwnej stronie drogi, gdzie dzikie życie trwało w najlepsze nie niepokojone koszeniem - wydeptaliśmy w nim tylko ścieżkę). Wtedy właśnie przekonałam się, które nazwy gatunkowe owadów i pospolitych roślin młodzież opanowała, bo przewodnik przecież musi opowiadać, o tym, co się ogląda.

Aż wróciliśmy do Wrocławia i spotkaliśmy na podwórku całe mnóstwo kolegów i koleżanek, z którymi codziennie wymieniamy się bakteriami, wirusami, ciasteczkami itd. Nastały czasu handlu wymiennego, oby bez Covid-19.
To tyle o biznesie.