czwartek, 16 lutego 2017

Inspirujace "kawałki" o wychowaniu dzieci

Mama czyta książki, zupełnie nie poświęcone kwestiom wychowawczym, ale niechcący trafia na fragmenty o wychowaniu traktujące. Wyciąga z nich wnioski i potem ciemięży biedne dzieci. Domaga się samodzielności, niezależnego myślenia i rezygnacji z e-atrakcji, wykonywania bez szemrania rozmaitych, ciężkich, czynności domowych. Przekazuję te inspirujące fragmenty innym Mamom, żeby też mogły ciemiężyć biedną dziatwę oraz zajrzeć do ciekawych lektur.

Z książki p.t.: "Róża" autorstwa Róży Thun (Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków, 2014): 


 "Nie mieliśmy nigdy telewizora w domu, żeby dzieci nie przesiąkły propagandą komunistyczną i wstrętnym językiem*. Nie oglądaliśmy dobranocek. Uczyliśmy się wierszy na pamięć**, graliśmy w gry, mama czytała nam na głos."

piątek, 10 lutego 2017

Na katar? Chusteczka!

Pewnego wieczoru w sezonie infekcyjnym ujrzeliśmy dno w pudełku z chusteczkami higienicznymi. Pospiesznie zużyliśmy resztki zasobów chusteczkowych rozsianych to tu, to tam w foliowych opakowaniach. Widmo wycierania nosów w papier toaletowy było bliskie (a używamy tego eko, z makulatury, szorstkiego, jak diabli). I wtedy przypomniałam sobie o "tradycyjnych" chusteczkach.

Tak, mamy takie!

Z czasów gdy chodziłam do przedszkola:


 W tym samym czasie moja Mama używała "dorosłych":


A po Prababci mamy takie (batyst, ręcznie szydełkowana koronka):


Podobno chusteczki higieniczne są lepsze, bo w nich nie przechowują się chorobotwórcze zarazki z nosa. A raczej przechowują się, tylko już poza naszym bliskim zasięgiem. Ale wirusy i tak nie przetrwają zbyt długo poza organizmem gospodarza, niezależnie od tego, w jakiej chusteczce tkwią. A chusteczki się przecież pierze. Chusteczki higieniczne zapakowane w 10-sztukowe paczki owinięte dodatkowo folią w 10-paki dają nam mnóstwo foliowego śmiecia. I niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego te zapakowane w folię są tańsze niż te w tekturowym pudełku? Inna sprawa, że gdy naszą 5-osobową rodzinę ogarnie katar - ilość zużywanych chusteczek jest oszałamiająca. Nadążyłabym z praniem?

Z innych rzeczy na katar: Odkrycie sezonu i bezinteresowna reklama - Irigasin. Jest to sprytna, elastyczna butelka plastikowa, do której należy wlać osoloną wodę. Wtykamy końcówkę do jednej dziurki nosa i wyciskamy do nosa wodę z butelki - woda wypływa przez drugą dziurkę. Na początku myślałam, ze utonę, ale za namową Babci wciągnęłam się w temat w zaciszu domowym i rzeczywiście okazał sie to strzał w dziesiątkę. Nos czyści sie bardzo skutecznie! 10-letnia Hania również używa tego z sukcesem (nawet z mniejszą dawka jęków i obaw niż ja). 6-letni Jurek przetestował na sobie to urządzenie, ale z obrzydzeniem zrezygnował, czego bardzo żałuję. Słona woda wlewała mu się do gardła i to go bardzo zniechęciło. Produkt zaleca się dla dzieci od 4-ego roku życia, kobiet w ciąży, alergików... Myślę, że jest to bardzo dobry wynalazek i szczerze go wszystkim polecam.


Inhalacje: sól+ rumianek, krwawnik, szałwia - warunek: trzeba je robić często, a dzieciom - bardzo ostrożnie, gdyż mają delikatniejsze drogi oddechowe od dorosłego i łatwo o oparzenia.




Inhalacja z cebuli pokrojonej w kosteczkę. Zamykamy oczy i wciągamy nosem (przeciwkataralnie) lub ustami (gdy wirus rzucił się na gardło). Powinno się odczuć pieczenie i to wcale nie małe - zapewne te słynne siarkowe olejki
eteryczne cebuli działają nie tylko na zarazki, ale również na nasze błony śluzowe. Ale jeżeli TAK działają - sądzę, że są skuteczne. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach - należałoby się często inhalować cebulą.


Ponadto sadzam Młode przed bajką w komputerze i podłączam do inhalatora z solą fizjologiczną, najlepiej i ze 3 razy dziennie. Ilość decybeli znaczna, bo, żeby było słychać bajkę trzeba ją włączyć dość głośno, ale dzięki temu młodzież inhaluje się bez szemrania.
Pamiętam czasy gdy jedno z naszych dzieci inhalowało się tylko przy utworze "Jedzie, jedzie pan, na koniku sam" na kolanach mamy przez bite 20 minut. Z koniecznymi do tego ruchami mamusinych kolan. Byłam wykończona.

Stosujemy też końskie dawki witaminy C oraz D, zakupione hurtem przez Internet, co, o dziwo, działa. Infekcje przebiegają normalnie, ale jakoś jakby lżej i nie tak długo, czego Wam bardzo serdecznie, Drodzy Czytelnicy, w tym newralgicznym lutym życzę:)



poniedziałek, 6 lutego 2017

Eksperyment - rzeka (woda+barwnik+sól)

Młody człowiek skazany przez wirusa na tkwienie w domu może mieć wielką inwencję twórczą w zakresie eksperymentów. Właściwie z trudem nadążałam podtykając szmatki do wycierania i próbując rzecz utrwalić na obrazkach, a wszystko działo się w porze produkcji obiadu. Ogólnie rzecz ujmując można zabawić się tak, jak poniżej:

I Faza - sama woda

Wlać do dużego pojemnika bardzo zimną wodę, do średniego - bardzo gorącą, do najmniejszego - znowu zimną. Włożyć pojemniki jeden w drugi, zgodnie z rozmiarami. Badać stopniowe zmiany temperatury zachodzące w pojemnikach. Palcem. A jeśli macie odpowiedni termometr i znające się na nim dziecko - można badać zmiany termometrem.



Wlać do jednego pojemnika bardzo gorącą wodę, do drugiego wodę o temperaturze pokojowej, a do trzeciego - zimną. Włożyć palec do gorącej, a potem do pokojowej, która wydaje się naprawdę chłodna. Następnie włożyć inny palec do zimnej, a potem do pokojowej, która wyda nam się naprawdę ciepła:)

Odmierzyć litr wody. Zważyć go na wadze kuchennej i sprawdzić czy 1 litr wody waży tyle co 1 kg wody. Uwzględnić wagę pojemnika, w którym ważymy wodę. Zważyć wodę w innym pojemniku. Spróbować ustalić, ile waży pojemnik. U nas były to: plastikowy pojemnik z miarką i stalowy rondel ważący prawie 1 kg, więc różnice w wadze rzucały sie w oczy. Użyć wody do rozpuszczania zabarwionej soli (patrz Faza III)

Jest to okazja, żeby przy okazji przemycić informacje na temat miar, nazewnictwa, przeliczania itd. zależnie od umiejętności Młodego Badacza. To właściwie mogłyby być osobne, ciekawe zajęcia. Myślę, że jeszcze do tego wrócimy.

II Faza - woda z barwnikiem

Wlać wodę do kilku pojemników, a następnie dodawać do nich barwnik, do każdego kolejnego pojemnika dodając go coraz więcej. Powstaje coś w rodzaju szeregu rozcieńczeń (oczywiście rozcieńczeń "na oko").

Najlepiej by było mieć jednakowe pojemniki, ale nawet gdy ich nie mieliśmy J. spędził intensywne chwile na dolewaniu czerwieni i porównywaniu odcieni


Odmierzyć równe porcje wody z barwnikiem - wlać je do pojemników o różnych powierzchniach dna. Spekulować na temat, z której woda szybciej wyparuje, jeśli stoją w tym samym miejscu oraz gdybyśmy je ustawili w różnych miejscach (parapet kuchenny i łazienka, przy rurce kaloryferowej). A po spekulacjach - sprawdzić (patrz - Faza III).



III Faza - woda z barwnikiem i solą (roztwór nasycony soli)

Wodę zabarwioną tym samym barwnikiem, ale w różnym stopniu wzbogacić o sól sporządzając roztwory nasycone. Zostawić na parapecie i zaglądać codziennie. Gdy woda odparuje otrzymujemy sole o różnych kolorach - u nas różowe i łososiowe. Niestety w domu nie było różowej soli himalajskiej dla porównania.



Pokazać Młodemu inne sole, które ma się w domu (u nas: askorbinian sodu czyli witamina C, chlorek sodu z Kłodawy - sól kamienna, Vegeta Natur:), wodorowęglan sodu czyli soda oczyszczona). Porównać rozmiar kryształów soli (można przez lupę).



Wrzucić wszystkie sole do garnka z wodą. Gdy nie chcą się rozpuścić - podgrzać (tu warto wspomnieć jakie warunki pozwalają na skuteczne rozpuszczanie: mieszanie, ogrzanie, duża powierzchnia kontaktu soli z wodą - cukier w kostkach rozpuszcza sie dłużej niż sypki i drobny, sól w dużych kryształach np. pamiątka z Wieliczki, której poskąpiłam do eksperymentu, rozpuści się wolniej niż ta drobnokrystaliczna).

Przefiltrować mieszaninę przez lejek wyścielony płatkami kosmetycznymi lub watą, filtr do kawy też się nada. Tak uzyskany roztwór pozostawić na parapecie do ponownego odparowania (można w kilku różnych pojemnikach).


PS. Najbardziej podobało mi się to, że Dziecko zabawiało się samodzielnie, ja tylko podrzucałam pomysły. Najmniejszym zainteresowaniem cieszył się pomysł, żeby po eksperymentach posprzątać, ale jakoś i to przeforsowałam. Zaparłam się, gdy J. postanowił  podjąć wnikliwe badania nad wodospadem z kolorowej wody, który lał się cienkim strumyczkiem ze stołu na krzesło, a z krzesła na podłogę. To mnie przerosło.

wtorek, 31 stycznia 2017

Hodowla wełnowców

Pamiętacie naszą hodowlę kaktusów? Właściwie już jej prawie nie ma - stała się hodowlą wełnowców - niewielkich bezkręgowców - szkodników kaktusów. Wszelako nasze rośliny gruboszowate są bezpieczne. Wełnowce rzucają się wyłącznie na kaktusy.

Próbowaliśmy pozb się ich różnymi sposobami, ale bezskutecznie. Nie chciałam kupować środków chemicznych. Poza tym wełnowce również okazały się interesujące, tym bardziej, że Tata ma przyrząd do ich powiększania nakładany na telefon:). Używaliśmy też do obserwacji mikroskopu. Poniżej fotoreportaż:

Dorosłe wełnowce:



Zwierzaki są trudne do fotografowania, bo bardzo ruchliwe, co gołym okiem jest zupełnie nie do uchwycenia.


Jaja złożone u nasady igieł (czyli liści):



Co ciekawe - kaktus zaatakowany przez wełnowce miał się nieźle: wyglądał zdrowo i jędrnie. A podobno owady te żywią się sokiem roślinnym, atakują też w glebie korzenie.



Z naszej kolekcji ocalał jeszcze ten egzemplarz kaktusa, sam wyglądajacy jak jeden wielki wełnowiec:



Nie wiadomo jednak, czy jest zarażony szkodnikami. Wziąwszy pod uwagę ich inwazyjność i szybkie przeniesienie się na nasze pozostałe kaktusy oraz fakt, że stał koło tego z dużą ich ilością - musi je mieć na pewno. Chyba, że nie przebiły się przez własną "wełnę" kaktusa. Właściwie nie wiadomo, czy on w ogóle jeszcze żyje:)


Białe wełnowce to ostatni już wpis z serii "Spoza tęczy", która okazała się bardzo inspirująca.


http://bajdocja.blogspot.com/2016/08/miedzyblogowy-projekt-spoza-teczy.html?m=1