poniedziałek, 20 listopada 2017

Co ma pływać nie utonie

Eksperyment jest banalny, ale dla moich Dzieci nowy. Chodzi o to, żeby sprawić, aby przedmioty unosiły się na wodzie, nawet jeśli na początku toną.



Potrzebne pomoce:
- duża micha, najlepiej szklana, pełna wody
- ziemniak surowy
- jajo surowe
- plastikowa kostka do gry
- dużo soli
- łyżka stołowa

Nalewamy do miski ciepłej wody i wrzucamy do niej kostkę do gry, jajko i ziemniaka. Idą zgodnie na dno.


Wyjęliśmy obiekty z michy i zaczęliśmy dosypywać do niej soli. Dużo soli.
Tu można zapytać: co pomaga soli w rozpuszczaniu? Naturalna odpowiedź: mieszanie łyżką. Ponadto im cieplejsza woda, tym szybciej sól się rozpuszcza oraz im mniejsze kryształki soli, tym szybciej się rozpuszczają. W eksperymencie jednak nie ma okazji do stwierdzenia tych tez, zaledwie o nich wspomniałam w czasie intensywnego mieszania i dosypywania soli.
Co jakiś czas wrzucaliśmy obiekty do miski, żeby sprawdzić, czy już będą skutecznie pływać, jak ludzie w Morzu Martwym. W nim utonąć się nie da, nawet jeśli nie umiemy pływać.



Mieszali i sypali sól, podczas gdy ja ciągle gadałam o Morzu Martwym pytając w finale dlaczego tak je nazwano. Na szczęście wiedzieli, co nareszcie zamknęło mi usta. Po pozbyciu się prawie wszystkich naszych domowych zapasów soli i wielu próbach podczas których obiekty unosiły się w misie na różnych wysokościach, nareszcie uzyskaliśmy pożądany efekt.



Dlaczego w bardzo słonej wodzie przedmioty pływają tak blisko powierzchni? Woda zasolona staje się bardziej gęsta niż wnętrze jaja i wypiera je do góry. Im gęstsza solanka, tym bardziej wypiera ciała ku górze.


Potem jak to u nas - eksperyment potoczył się własnym torem.
Jajko podczas częstego wrzucania pękło, więc Młodzi doszli do wniosku, że sprawdzą, czy bez skorupki też będzie pływało po wierzchu.
 

(Uratowałam żółtko, bo to jednak było porządne jajo od kury podwórkowej)
Białka nie było zbyt dobrze widać, ale i na to jest sposób - trzeba w misce poruszać energicznie ręką i białko się spienia. Poza tym duża ilość soli powoduje denaturację=niszczenie białka i wytrącają się  białe "frędzelki", choć słabo je widać.
Lepiej rzecz jest widoczna na ciemnym tle - dolano do michy czerwonego barwnika spożywczego i farfocle oraz piana od razu stały się lepiej widoczne.
I tu już przerwałam rozrywkę, bo za dużo wody znalazło się na zewnątrz miski.



Aha! Jeszcze przed dodaniem czerwieni w szklanej misce można obserwować taki oto obrazek:


Zakładam, że to dlatego, że ziemniak odbija się, jak w lustrze w wodzie i to od spodu. 

P.S. Można to doświadczenie wykonać nieco inaczej, zobaczcie TUTAJ.

czwartek, 16 listopada 2017

Moje foto zoo

Taki tytuł ma album, który Dziadek zmontował dla Jurka na jego własne zdjęcia zwierząt. I tak w zaraniu życia Młody staje się Autorem już kolejnego albumu.


Na początku było tak, że J. chciał robić zdjęcia tak, jak rodzice, którzy lubią fotografować. Hania też chce fotografować. I Jacek też. W związku z tym miały miejsce trudne sceny przy wyrywaniu sobie aparatu, bo każdy chciał strzelić fotkę po swojemu, temu samemu obiektowi.
H. dostała aparat dziadkowy, gdy Dziadek kupił sobie fajniejszy.
Jacek zadowala się zrobieniem zdjęcia raz na 100 lat aparatem mamy.
Jurek zbierał i zbierał kasę od wszystkich Cioć, Wujków, Dziadków, Babć i Wróżek Zębuszek. Resztę mu dołożyliśmy i kupiliśmy aparat fotograficzny. Celowo nie kupowaliśmy aparatu z etykietą "dla dzieci", bo choć są to urządzenia opisywane, jako pancerne - chcieliśmy, żeby Młody nauczył się robić zdjęcia normalnym aparatem, bez ułatwień i spłyceń. Nie mówiąc o tym, że aparaty "dla dzieci" są po prostu droższe. No i Jurek ma TYLKO aparat, a nie telefon z aparatem, na którym od razu dało by się wgrać różne gry i przy nich spędzać czas. Aparat ma też kamerkę, co ma swoje złe strony, bo nie mam ochoty być filmowana w momencie, gdy udzielam dydaktycznych przestróg, albo kroję cebulę, ale trudno. Inaczej się nie dało.


Jurek zaczął robić swoje zdjęcia swoim aparatem. Większość z nich wychodzi na razie nieostra. Tłumaczymy Młodemu co i jak ustawiać, trochę próbujemy mu podpowiadać, jak ustawiać przesłonę, jak zaplanować, co ma być na obrazku, ale i tak zwykle młodzieńczy pośpiech i emocje biorą górę. Cóż, widocznie Młody musi najpierw zrobić milion nieudanych zdjęć zanim mu się uda robić udane.
Zrobił troszkę zdjęć w zoo, które po obróbce są OK. Dziadek zrobił album, do którego J. wkleja wydrukowane przez Dziadka swoje własne zdjęcia.
Nie macie pojęcia, jaka to radocha dla Młodego. Własny aparat, własne zdjęcia, własny album.
Bardzo serdecznie polecam wszystkim kupienie dziecku niedrogiego aparatu. Zakładam, że "zabawka" ta uczy obserwowania świata, dokumentacji tego, co widzimy, rozwija wrażliwość. A fotografować można wszystko, niekoniecznie zwierzęta z zoo: samodzielnie zaprojektowane stroje, samochody różnych marek, członków rodziny, zabawki ustawione w scenki rodzajowe:)

Widziałabym tu jeszcze własnoręczne podpisy nazw gatunków białą kredką, ale nie przebiłam się z tym pomysłem.

A jeśli nie fotki to... rysunki.

Mamy zeszyt-album poświęcony smokom (z ulubionego filmu "Jak wytresować smoka"), zeszyt z rysunkami dzikich zwierząt ("Mamo, co by tu jeszcze narysować?"), osobny z roślinami (a w nim seria portretów roślin owadożernych) i zeszyty z obrazkami rysowanymi z mamą. Rysujemy na zmianę - raz ja, raz J. Rysując opowiadamy sobie historie o tym, co pojawia się na obrazkach. Zwykle historie są krwiożercze: smok lub potwór pożera inne obiekty na rysunku (księżniczka z zamkiem, roślinność, meble). Trochę to dla mnie nużące, ale J. pasjami to uwielbia.

A to wszystko dlatego, że starszej siostrze kupuje się na wrzesień mnóstwo zeszytów do szkoły, więc dlaczego młodszemu bratu nie? Młodsi bracia we wrześniu też powinni dostawać piękne, nowe zeszyty z kolorowymi okładkami:)

poniedziałek, 23 października 2017

Lokator

Mamy "obcego". Jest zielony i niechętnie ujawnia swoje położenie, ale gdzieś w naszym mieszkaniu JEST. Objawi się jako ćma, ale nie znamy dnia ani godziny.

Mieszkańcy domów, zwłaszcza poza miastem, przeżywają zapewne szturm zwierząt różnego rodzaju, które pragną w zaciszu ich domostw spędzić zimę. My w bloku, w mieście, mamy zaledwie próbkę tego. Te nagle objawiające się muchy, biedronki, a nawet osy.

Pewnego ranka zauważyliśmy przykry widok na parapecie:



A pod nim jeszcze przykrzejszy:


Dokładna obserwacja pozwoliła nam zlokalizować powód takiego stanu rzeczy:



Gąsienica jest dokładnie w tym samym odcieniu co liście, więc kamuflaż jest bardzo skuteczny.

Nie jest bezbronną "galaretką". Dotykana palcem zwija się energicznie i z oburzeniem. Dokładnie wie, czego chce - po wyżarciu szczytowych liści na naszej roślinie po prostu - poszła sobie! Następnego dnia o poranku znaleźliśmy ją w przeciwległej okolicy pokoju. Przebyła kawał drogi! Wcale nie chciała wracać na roślinę i znowu ją opuściła w nieznanym tym razem kierunku. A stało się tak dlatego, że Młodzież zbiorowo zaprotestowała przeciwko usunięciu jej na zieloną trawkę pod blokiem. Wszyscy doszli do wniosku, że koniecznie musimy mieć robala w domu.

Lektura mądrych źródeł podpowiedziała, że możemy się spodziewać zamiany w motyla. Albo jeszcze teraz, przed zimą, albo już na wiosnę, gdyż nasz maluch potrafi zimować w różnych stadiach rozwojowych.
Pytanie tylko: gdzie? Możliwe, że dopiero przedświąteczne lub wiosenne porządki ujawnią położenie "gościa".

Mam tylko nadzieję, że roślina wypuści nowe liście... (jest to zdobycz z naszego PSZOK-u, gdzie można było wymienić elektrośmieć na roślinę. Dostaliśmy też wór gleby uzyskanej z kompostowania odpadów z terenów zielonych miasta).

P.S. Dla zainteresowanych - nasz robak nazywa się błyszczka jarzynówka (Autographa gamma Linnaeus, 1758). Dzięki znajomości nazwy można wyczytać o niej sporo.

poniedziałek, 16 października 2017

Piórka Jurka

Zbieramy pióra. Tzn. Jurek zbiera, reszta Młodych mu pomaga, ja cichcem wyrzucam (bo ileż można ich zmieścić w mieszkaniu w bloku?). Pióra zostały jeszcze z wakacji. Strusie i żurawie pozyskaliśmy w zoo. Sójcze i pawie zgubiliśmy. Gołębich ciągle przybywa, bo wszystkie są piękne. Przybywa też dużych czarnych, nie umiemy bowiem odróżnić podwórkowych piór wronich od gawronich. Czasem trafi się wróble lub srocze. Nasze sikory chyba w ogóle żółtych piórek nie gubią.



Gdzieś trzeba te pióra mieścić, wiec zaproponowałam album. Jerzyk sam stworzył okładkę obklejając ją korą sosnową i brzozową. Na środku miał widnieć tytuł: "Piórka Jurka", albo "Pierze Jerza":), w desperacji "Pióra Jura", ale Młody coś zwleka z tym, więc na razie w tytule pustki.

Album zmontowany jest z kartek bloku technicznego A4 z dziurkami przewiązanymi sznurkiem. Pióra przyklejamy przezroczystą taśmą klejącą.





Na tle pierzastej fascynacji do łask wróciły filmy Davida Attenborough ("Życie ptaków") i książki biblioteczne o ptakach. Babcię uszczęśliwiono wspólną zabawą w której J. był pustułką.
Bardzo podobają mi się też "Trójkowe gawędy doktora Kruszewicza", które wydano na płytce do słuchania (słuchamy w drodze, jadąc samochodem). W ogóle warto wyszukać opowieści o ptakach w interpretacji właśnie tego specjalisty, który ma nie tylko dużą wiedzę, ale też łatwość jej przekazywania, błyska humorem, anegdotami, ciekawostkami. Dla dzieci wykład jest nużący, ale starszym polecam, np. ten o ptakach pojawiających się w miastach:





Jeśli długo nic nie napiszę to znaczy, że laptop zaginął przysypany piórami:)