czwartek, 17 maja 2018

Przyrodnicze aspekty zwiedzania zabytków z dziećmi

Powiecie zapewne, że ten tytuł zbyt naukowo brzmi. Tak mi się jakoś sformułowało. Ale chodzi tu o to, żeby przemycić trochę wiedzy historycznej dzieciom, które chcą wchodzić głównie do zoo, parków, ogrodów, jaskiń,  muzeum człowieka, dinozaurów i na giełdę minerałów. Oraz do stajni.





A gdy już wchodzimy do muzeum, w którym poznaje się głównie historię, trzeba zauważać pośród tej historii ciekawostki przyrodnicze.

W zabytkowych budynkach zwracamy uwagę na to z jakiego rodzaju kamienia zrobiono: portal, epitafium, ambonę, chrzcielnicę (przydatne słówka, prawda?). Królują piaskowce, marmury (oraz ręcznie malowane podróbki marmurów), granity i bazalty, ale trafia się i alabaster, i agat...


Jeśli nie z kamienia to z drewna. Uwielbiam wszelkie inkrustacje i zawsze zwracam Młodym na nie uwagę. Stół z sęków w Kurniku pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Szafy z drewna orzechowego, sekretarzyki z milionem szufladek i przegródek, skrzynie z okuciami na posag, całe mnóstwo wspaniałych chałup, młynów i całe ich rozmaite wyposażenie w skansenach... Zauważam, że bardzo często przy opisach eksponatów nie ma informacji o tym, z jakiego drewna są wykonane. Szkoda... W ogóle skanseny są świetnym rodzajem muzeów, zwłaszcza takie w których można zobaczyć rękodzieło w praktyce, a może nawet samodzielnie popróbować coś zmontować (garnek, podpłomyk etc.) oraz zażyć ruchu na świeżym powietrzu, bo są po prostu rozległe.

Kolejną ciekawą kwestią u nas są dawne stroje. Zauważa się je na rzeźbach,  obrazach i kamiennych sarkofagach. Mamy tu gronostaje (szaty królewskie i książęce), jedwabie (dzieło jedwabników rzecz jasna), wełnę (kto powiedział, że tylko owczą?). Skórzane obuwie, które ma 500 lat zachowuje sie w wykopaliskach o wiele gorzej niż szklane paciorki z mogił różnego rodzaju.


Biżuteria dostarcza innych wrażeń. "Mamo, jaki to kamień szlachetny?"- pyta dziecko z niewinnym spojrzeniem. Z tym mam czasem problem, ale litościwi kustosze często opisują eksponaty:)


Przydatną kwestią jest pytanie: "Jak to działa?". Nie zawsze wiemy, ale też nie zawsze pada to pytanie. Przy dawnych wagach jeszcze daję radę. Jak się naciąga kuszę i ładuje armatę też jakoś wyjaśniamy. Ostatnio poddałam się przy szczegółowych pytaniach dotyczących lampy naftowej:(



Najbardziej bolesny dla Dzieci jest  fakt, że większość muzeów nie pozwala wiele dotykać. Nic nie można dotykać. No, zgroza! Ale ciągle wyjaśniamy, że jednak gdyby tak każdy turysta miał dotknąć tę pięćsetletnią ciżemkę - nic by z niej wkrótce nie zostało. Do zabytków trzeba się odnosić z szacunkiem i delikatnością. Inaczej nie da rady.


Poza tym przy/w zabytku zwykle:
- można robić zdjęcia (z niewielkimi wyjątkami), a to bardzo nasi Młodzi lubią
- (sprze)dają lody lub inne jedzonko,
- sprzedają pamiątki, gdzie można upłynniać babcino-dziadkowe i ciocine darowizny
- często przybijają pieczątki (u nas: na przedramieniu)
- wykładają pamiątkowe ulotki, które tak lubimy
- jest zwykle miejsce, w którym można stracić więcej energii niż gdzie indziej (wejście na wieżę i inne miejsca z dużą ilością schodów, bieg przez dziedzińce i krużganki, labirynt roślinny, w ostateczności obchodzimy/obiegamy zabytek dookoła).

W związku z powyższym uważam, że nawet zagorzałego kibica futbolowego, który poza Lewandowskim świata nie widzi, można, a nawet trzeba, prowadzać do muzeów, zamków, kościołów, fortów i ruin. Wszystko zależy od podejścia rodziców, którzy z Młodym zwiedzają. Od podejścia entuzjastycznego, dodajmy. Kiedyś zetknęłam się z tekstem naprawdę sympatycznej i wykształconej Mamy: "Przecież nie wezmę dzieci do ruin starożytnych, bo się będą nudzić". Było to przed urlopem w Grecji! Jestem przekonana, że jeśli ktoś tak mówi - sam nudzi się w ruinach starożytnych i brak mu ciekawości świata, żeby się nimi zainteresować. Jego dzieci będą takie same. To bardzo smutne.






P.S. Czy ktoś z Czytających rozpoznaje gdzie ostatnio byliśmy? (wszystkie zdjęcia pochodzą z jednego miejsca)


sobota, 12 maja 2018

Figury geometryczne w plenerze hippicznym

Tematyka końska u nas zawsze na topie. Hania jeździ konno z wielką przyjemnością, a ostatnio całą rodziną odwiedziliśmy z nią stajnie i przy okazji rozrywek końskich zgłębialiśmy geometrię:)



Hania lubi jeździć na Partynicach. Jest to dzielnica Wrocławia, w której mieści się jeden z dwóch (po warszawskim Służewcu) torów wyścigowych w Polsce. Bywamy tam od czasu do czasu na wyścigach, nawet raz udało nam się wygrać miłą stówkę wydając z 5 zł:) (Tak, wiem, że to hazard, nie, nie wciągamy dzieci w to za bardzo, sami się wciągają bardzo łatwo, robimy uniki i tłumaczymy). Jest tam też szkoła jazdy konnej, gdzie każdy miłośnik koni może znaleźć coś dla siebie. Teren jest rozległy, można się poszwendać nie tylko po stajniach i pastwiskach, ale również wstąpić do "miasteczka" westernowego czy knajpki na lody i pierogi.

Tym razem, gdy Hanka jeździła, utkwiliśmy na kocyku przed chatą parasłowiańską:)


Tu Jurek pokazał prostokąt, koło, trójkąt

I gdy tak sobie leżałam wśród trawy przyszło mi do głowy, że sprawdzę, jakie też figury geometryczne znają moje przedszkolaki. Okazało się, że umiejętności Młodych są tu rozbieżne. Po wielu ćwiczeniach w dalszym ciągu nie mam pewności, czy Jacek odróżnia prostokąt od kwadratu, ale nie tracę nadziei (tak, wiem, że każdy kwadrat jest prostokątem).



Ostatecznie idąc przez tereny jeździeckie szukaliśmy różnych kształtów.
Na początku pytałam: "Jaki to kształt?", potem "Rozejrzyj się, czy widzisz koło?" (owszem, dziecko zauważyło koło, ale zupełnie inne niż matka:)


Ja widziałam koło-zdjęcie konia, a Jacek widział małe kółko w kształcie klamki (z lewej:)
Starałam się pokazywać palcem kontury, a nie pokazywać punkt.


Potem jeszcze "Zobaczcie, walce!", gdyż bryły przestrzenne pojawiły się również.




Graniastosłup (bez uwzględniania "kołnierzyka" na dole).
 
Na sobie samej pokazałam trzy wymiary bryły: wysokość, szerokość, długość=głębokość (grubość mamy;)

Trafiły się też kształty, których nie potrafiłam nazwać. Może Drodzy Czytelnicy mnie wesprą?


Okna i brama byłyby prostokątami, gdyby nie ten łuk na górze

Jeśli nie owal, to co?


Nie prostokąt
Ku mojej radości trafił się owal, choć nie jest to precyzyjne określenie matematyczne (aha, w tym kształcie był też sęk!):


A tu trapez (pośród innych pięknych kształtów):

W tym miejscu trapez nie był jednak szczególnie frapującym obiektem


Poza wrażeniami matematycznymi bardzo miło spędziliśmy czas karmiąc i głaszcząc, podziwiając różne maści oraz ekwipunek jeździecki.



Dokonaliśmy też zbiorów roślin:

- kwiaty dzikiego bzu czarnego co roku smażę w cieście naleśnikowym - tradycji stało sie zadość, mniam.



- szczaw na zupę szczawiową


 - krwawnik drobno siekam zamiast natki pietruszki do zupy


- skrzyp polny dzięki zawartości krzemionki dobrze wpływa na włosy i paznokcie, ale ma też i inne pożyteczne cechy. Aby krzem ze skrzypu wydobyć najlepiej gotować skrzyp dość długo, ok. 20 min, a potem herbatkę wypić (na 1 szklankę wody dajemy 2-3 łyżki skrzypu). Nasz na razie się suszy:)


Dzisiejszy wpis zgłaszam do projektu "Matematyka w plenerze". Zajrzycie do innych plenerowych zabaw matematycznych - LINKOWISKO.

czwartek, 10 maja 2018

Ekologiczny proszek do prania

Zmontowałam własny proszek do prania wg różnych mądrych źródeł. Ma on swoje plusy i minusy, dzieci nie można używać do jego produkcji (choć może by chciały pomieszać), ale ubranka dziecinne piorą się skutecznie.

Skład:
1 szklanka sody kalcynowanej (węglan sodu bezwonny lekki)
1 szklanka nadwęglanu sodu
1 szklanka boraksu
Wymieszać. Przechowywać w szczelnym pojemniku z dala od Małolatów.




Zalety: 
- pranie jest naprawdę czyste
- cena jest porównywalna z cenami proszków konwencjonalnych
- u nas pachnie lawendą, a może pachnieć inaczej, jak lubicie, zależnie od tego, jaki olejek eteryczny do pralki wlejecie
- całość nie zawiera fosforanów ani detergentów, a zatem żadnego trucia ryb czy zakwitów wody. O ile oczywiście wszyscy by tak prali:)
- używa się mało (1/4 szklanki na jedno pranie+1/2 szklanki octu do płukania+5 kropli olejku eterycznego do octu), a zatem jest dość wydajny (mamy pralkę na 7 kg prania)

Wady:
- składniki trzeba sobie sprowadzić przez internet, płacić za dostawę, wyprodukować śmieci, w które są opakowane etc.. Można kupić gotowiec o nazwie "proszek ekologiczny" w sklepie ze... zdrową żywnością w cenie trzykrotnie (mniej więcej, nie pamiętam dokładnej ceny) przewyższającej wartość składników
- w związku z powyższym trzeba czuwać nad ilością prochu i przewidująco zamawiać potrzebne składniki
- trzeba ostrożnie mieszać sypkie składniki ze sobą, gdyż mają tendencję do łatwego unoszenia się, a stąd krótka droga do wdychania. Lektura ostrzeżeń na opakowaniu zniechęca raczej do tego. Z tego względu nie pozwalam dzieciom mieszać proszku. Wrażliwcom polecam rękawiczki i okulary ochronne.

Po prostu trzeba się wysilić, żeby sobie ten proszek zmontować, poświęcić na to czas i energię. Ile osób może sobie na to pozwolić?

Ostrzeżenia:
- tkaniny naturalne farbowane (np. dżinsy) mogą zbytnio pojaśnieć (właściwości wybielające!), ale u siebie tego nie widzę
- na skórzanych elementach odzieży może pojawić się osad z pozostałości po składnikach prochu (choć węglan i nadwęglan powinny rozłożyć się pod wpływem kwasów) - u mnie na razie brak danych, bo nie prałam skóry

Za wszystkie bardzo ciekawe i pomocne uwagi na temat prochu serdecznie dziękuję Kubie Gromowi z "Nowej Alchemii".

Do sprawdzenia:
- Soda kalcynowana, jak podaje Wikipedia: "Z roztworu krystalizuje w postaci dużych bezbarwnych kryształów, wietrzejących na powietrzu." Hm, hm. Dawno nie hodowaliśmy żadnych kryształów, a takich - nigdy.
- "Nie ma teraz bezpiecznych proszków do prania" - powiedziała nasza ulubiona pani doktor alergolog. Czy ten jest bezpieczniejszy dla alergików? U nas testy trwają, ale nie wygląda to jakoś szczególnie różowo.

P.S. Orzechy piorące też są u nas w użyciu. Te są mega ekologiczne (nie licząc śladu węglowego na transport z Indii), ale nie zawsze skuteczne w przypadku tłustych plam - sprawdzają się przy praniu pościeli, ręczników, dywaników.

wtorek, 1 maja 2018

Indiańska tarcza z surowców wtórnych

Czy chłopcy w dzisiejszych czasach jeszcze bawią się w Indian? Nasi chłopcy bawią się w przedszkolu w Lego Ninja Go. Znak czasów. Ale trafiły nam się indiańskie książki dla dzieci i lektura szkolna w postaci "Winnetou" więc temat indiański się wynurzył. Zrobiliśmy tarczę, którą powinien mieć każdy wojownik.
Potrzebne materiały:

- kartonowe kółko (podkładka pod ciasto z cukierni)
- tekturka z okładki bloku rysunkowego
- stary, biały, bawełniany T-shirt
- farby plakatowe
- kalka i obrazek, który chcemy skopiować na tarczy
- taśma klejąca
- pióra, skrawki nici

Na tekturowe kółko należy naciągnąć tkaninę z podkoszulka mocując ją od spodu taśmą klejącą.
Trzymadełko z tekturki wzmocnione i mocowane  też taśmą, tylko taką solidniejszą.





Wierzch tarczy dziecko samo pomalowało plakatówką. Żeby 7-latek mógł uzyskać udatny obrazek głowy jeleniej - posłużył się kalką. Do pomalowanej i wysuszonej całości przyszyłam nitki z muliny w kontrastowej barwie, przyszyliśmy do tkaniny również  pióra gołębie znalezione na podwórku.



Jest to zabawka z surowców wtórnych - wspólna praca mamy i syna. Wpisuje się zatem w wyzwanie Klubu Twórczych Mam:

http://klub-tworczych-mam.blogspot.com/2018/04/zrobione-z-mama-eko-recykling.html?m=1


Gdy montujemy z Młodymi rękodzieło staram się używać naturalnych surowców (Indianie używali TYLKO takich), ale pokusa użycia taśmy klejącej była tak wielka, że jej nie zmogłam - można by przecież tkaninę z tekturą zeszyć. Przez ten mój brak wytrwałości zabawka nie jest łatwa w recyklingu, ale pocieszam się, że przed wyrzuceniem dopilnuję rozdzielenia materiałów.