czwartek, 29 grudnia 2016

Gemmoterapia okazjonalna

Gemmoterapia to leczenie pączkami roślin. Najlepszą sławą wśród internautów cieszą się pączki czarnej porzeczki. Krzaczki porzeczkowe naszych Dziadków mają być zlikwidowane i dlatego pozwoliłam sobie zmasakrować je usuwając pączki. 


Młodzież nawet początkowo pomogła mi w zbieraniu. Z trudem przykryliśmy dno słoika i na tej dawce przeprowadziliśmy testy smakowe.


1. Podjadanie pączków prosto z krzaka - raczej nieciekawe, nawet z lekką goryczką, Małolaty pluły.

2. Napar (parzenie wrzątkiem pod przykryciem - ok. 1 łyżeczki na filiżankę, ok. 15 minut). Tu już wrażenia były lepsze - przynajmniej statystycznie: "Lubię" (Jacek), "Dobre" (Hania), "Trochę lubię, a trochę nie" (Jurek), "Paskudny zapach" (Dziadek)

3. Drugie zaparzanie - łagodniejsze w smaku i woni, wrażenia pozytywne


4. Zimny wyciąg - łyżeczka pączków w szklance chłodnej, przegotowanej wody nastawiona na noc. Nie poddaje się pączków wysokiej temperaturze, więc teoretycznie nie powoduje to zniszczenia wielu cennych składników na temperaturę wrażliwych. Niestety przegapiłam ten sposób, pączki znikły przedwcześnie.

Można też sporządzać gliceryt, czyli wyciąg na bazie gliceryny, ale to sprawa długotrwała, nie na naszą cierpliwość.

A pączki czarnej porzeczki działają podobno przeciwalergicznie, przeciwzapalnie, korzystnie na górne drogi oddechowe i wspomagająco na korę nadnerczy. Nie wiem co prawda, ile tych właściwości jest w 15-minutowym naparze, ale zakładam, że jednak nie jest on trujący:)

I tak się właśnie zabawiamy w ostatnie dnie grudnia starego roku, gdy ustała trochę plucha listopadowa, ale śniegu nikt nie widział, a na termometrze 7 stopni w plusie.

Ponadto:

Na rozrywki piaskownicowe każda pora roku jest dobra.

Dla każdego coś miłego!


A mama znalazła takiego ładnego grzyba!

wtorek, 20 grudnia 2016

Przedświątecznie

Nic się nie dzieje na blogu, więc Drodzy Czytelnicy zapewne wysnuwają wnioski, że zaniechaliśmy doświadczeń i obserwacji. Nic bardziej mylnego. Okres przedświąteczny sprzyja wręcz poznaniu. Poniżej fotoreportaż.

Coroczne zajęcia z karpiem - tu: pozyskiwanie łusek w celu kultywowania zabobonu głoszącego, że tkwiąc w portfelu pomnożą mamonę.

Wbrew pozorom tłuczek służy do przytrzymania śliskiej ryby.

 Głowy ugotowano i zjedzono wydłubując ich ciekawsze fragmenty:


Dialogi na czaszką rybią

J: Tato, co to jest?
T: Chyba mózg.
Zbiorowe westchnienie: Ooooo!
H: Mamo! Jurek zjadł mózg!

H: O! Gałka oczna! Twarda? Czy mogę to zjeść?

H: Co to jest?
T: Chyba język.
H: Mogę zjeść?! Kto chce zjeść?!

T: A tu jest czaszka...
H: To jest mózg? Mały.

H (o Jurku): To jest mózgożerca.

Jacek: Bleeee!
Jurek: Nawet nie spróbowałeś, a to jest takie pyszne!

I po co się wysilać na karpia w galarecie?


Buraki do kiszenia nastawione - chyba nie zdążą:(



Objawiła się rujnująca kieszeń namiętność do śliwek wędzonych (nie suszonych! Nie kalifornijskich. Ale Węgierki też to nie są, bo jakieś wielkie. Stanley?). Pyszne! Lepsze od czekolady!



Nie zaniedbujemy też zielarstwa - w czasie, gdy Hania delektuje się jazdą konną, tato wykopuje korzenie pokrzywy (jak się okazało w okolicy stajni gleba nie była tak bardzo zamarznięta i uległa saperce). Po ususzeniu korzeni Ojciec użył dzieci do ich rozdrabniania. Piję. Gdy Troskliwy Małżonek przynosi żonie herbatę pod nos - nie wnika się za bardzo w jej skład. Był to błąd wielu otrutych małżonek, dlatego poprosiłam o link do strony opisującej właściwości korzenia pokrzywy. Proszę bardzo - to dla Was - też sobie poczytajcie, jeśliście ciekawi.



Na parapecie wykiełkowała już szałwia (Jak ona cudnie pachnie! Lubię po prostu przesunąć ręką po liściach i się napawać), zielony groszek (doprawdy, nie wiem po co, dzieci bardzo chciały posadzić, chyba chomik pożre, bo nie jesteśmy aż tak ambitni, żeby celować w strączki) i kiełki brokuła (niedługo zjemy do kanapek).



Przy okazji przedświątecznych porządków odkryliśmy, że z huby wyszły liczne owady. Na razie jestem w trakcie tropienia, co to właściwie za gatunek (grzybiec?). Młodzież jakoś przełknęła usuniecie huby, uroczego okazu, z którego przez dziurki wydrążone przez insekty wysypywał się hubowy proszek.



Na tyle rzadko jadamy przepiórcze jaja, że poprzedni raz odszedł w niepamięć. Jak się okazało skorupki koniecznie trzeba sobie zachować na pamiątkę. I rób tu matko przedświąteczne porządki! Ciekawe jakiego robala wyhodujemy na skorupkach?



Mamy też choinkę, żywą, było na niej napisane "EKO", co jest obiecujące, ale nie wierzę. Podlewamy i mam nadzieje, ze wsadzimy ja po świętach pod blokiem, albo w jakimś jeszcze lepszym dla niej miejscu. Dla zainteresowanych: największy wybór pięknych choinek i normalne ceny można znaleźć we Wrocławiu w sklepie przy Ogrodzie Botanicznym. Praktycznie co roku, przez wiele lat, można sobie fundować inny gatunek. Jest to reklama bezinteresowna i sklepowi temu zbędna.


Wesołych Świąt!



piątek, 9 grudnia 2016

Moździerz i inne fascynujące gadżety

Moździerz nie jest zapewne w dzisiejszych czasach sprzętem oczywistym w każdym domu. Są przecież młynki (elektryczne i ręczne), maszynki do mielenia, blendery etc.  Ale u nas jest, a nawet są. Są też inne ciekawe przedmioty, których Młody człowiek użyć musi. Po prostu musi i już.

Moździerza używamy do rozcierania twardych przypraw korzennych, robienia sosów, majonezu domowego, lukru... Kiedyś miał mały, własny tłuczek, ale ten poległ w kontakcie z dziecinnymi rączkami, dlatego obecnie używa się drewnianej "pały".

Pewnego dnia Jurek postanowił wziąć pałę  (i moździerz) w swoje ręce i zapragnął rozdrobnić w ten sposób orzechy laskowe.
Użyłam dziadka do orzechów, który również Młodzi wypróbowują.
Jurek gniótł, cisnął, walił, mieszał i był niezwykle zajęty przez pół wieczoru.



Przypomniałam sobie wtedy przepis na zupę mleczną z orzechami włoskimi, która pochodzi z ciekawej książki Grzegorza Sobla p.t.: "Przy wrocławskim stole" (Wydawnictwo Dolnośląskie, 2006):

"Oczyść orzechy, pokrusz, wsyp do wrzącego mleka i gotuj kwadrans. Dodaj cukru i cynamonu wedle uznania. Jasną bułkę pokrój w grubą kostkę i zalej ją mlekiem."

Proste? Proste! A zatem zużytkowałam jurkowe orzechy (nie były włoskie, ale to detal) zgodnie z przepisem, dodając jeszcze trochę kardamonu i masła. Zjedli chętnie w ramach podwieczorku.


Inne urządzenia, których pozwalamy* używać Młodym:
- odkurzacz (jeszcze ciągle fascynujący, przynajmniej dla niektórych:)
- statyw do aparatu fotograficznego (najlepszy był ten większy od chłopców, pożyczka tatusiowego kolegi)
- saperka ("Co to jest saperka?" - zapytały znajome dzieci, a nasze już to wiedziały! W związku z tym nastąpiło przesadzenie fiołka z jednego miejsca w lesie - w inne miejsce lasu)
- sekator (cięcie gałązek na małe, liczne kawałeczki, dziadkowy - wzorcowy trawnik przed domem usiany licznymi drewienkami trudnymi do wygrabienia, o zbieraniu ze zgiętym kręgosłupem nie wspominając)
- makutra (Tak! Też mamy! Dar od Babci!)
- nóż
- śrubokręty, kombinerki, klucz francuski, obcęgi...
- stetoskop (A co! Był to onegdaj prezent spod choinki)
- naczynia laboratoryjne szklane (kolba stożkowa, menzurka, krystalizatorka, pipeta, bagietka etc.)

Dla mnie osobiście dość ciekawym narzędziem jest imadło, ale Młodzi traktują je jakoś bez zachwytów. Otwieracz do konserw rzadko jest u nas używany, ale jaki interesujący!


Powiecie może, że to nierozsądne dawać 2- lub 3-latkowi do ręki niektóre z tych sprzętów. Uważam, że można dawać, a nawet trzeba: żeby Dziecko sobie ćwiczyło talenta manualne nie tylko na szlaczkach w książce, żeby się nie bało nowości, żeby mogło sobie pokombinować, co i jak użyć, trzymać, żeby było skutecznie. 
Tylko należy nad Młodym czuwać, żeby używał ich prawidłowo.
Tępy nóż dawany Dziecku do ręki dla bezpieczeństwa jest wielkim zawodem - nic się takim nie da ukroić. Dopiero ostry nóż jest fantastyczny w użyciu! 
Plastikowa piła? Nie żartujcie!
No i trzeba się liczyć ze stratami materialnymi. Jakoś je przełknąć, bo proces edukacyjny trwa.

 *lub bardzo chcemy, żeby ich używali, a udajemy, że pozwalamy


poniedziałek, 28 listopada 2016

Naturalne, ekologiczne barwniki w mieszaninach przygotowanych przez dzieci

Ten ambitny tytuł tylko tak ładnie wygląda. Realia są prozaiczne i wymagające sprzątania. Zaczęło się niewinnie od pracy z gotowcem, który ma nam umożliwić wyhodowanie niebieskich kryształów. 




Po skończonej produkcji kryształów (których nawiasem mówiąc nie widać, a instrukcja mówi, że owszem, powinny już rosnąć) Jurkowi było za mało mieszania. "Mamo, daj mi coś jeszcze! Będę robił eksperymenty!"

Wystąpiłam z tradycyjnym zestawem: kwasek cytrynowy+soda oczyszczona. Mieszał na sucho, dolewał wody, pieniło się, występując z brzegów itd.

Potem dziecko zapragnęło kolorów.

Zwykle na tym etapie pozwalam na kolorowe roztwory z bibułki. Ale bibuły brakło, a poza tym barwi ona dłonie i blat stołu na jakiś czas, a blat mamy nowy...

Zaproponowałam kisiel barwy różowej.

Potem doszła kurkuma (żółty!).



Następnie kawa zbożowa instant i kakao (odcienie brązów).

Mleko krowie surowe (resztka), jako dawca bieli.

Ścinki surowego buraka czerwonego dały nam kolor różowy (byłam w trakcie przygotowywania warzywa do wyciśnięcia soku i Młodzi świsnęli mi obierki).

Nieopatrznie zapomniałam o czerwonej papryce w proszku, ale przecież też by mogła być.

Na końcu dostali mąkę ziemniaczaną i płynnie przeszli do rozrywek z cieczą nienewtonowską, co jest zwykle bardzo wciągające.



Naczynia:
- różnych rozmiarów przezroczyste pojemniki plastikowe, a potem, gdy ich brakło - szklane (w tym nasza jedyna krystalizatorka)
- plastikowa pipeta
- bagietka (też plastik)
- łyżeczki do herbaty
- talerzyki białe, porcelanowe
- strzykawka

Niezbędne dodatki:
- co najmniej 3 ścierki sporych gabarytów
- jakaś inna czynność w kuchni, która zajmie matkę i nie pozwoli jej na ciężkie westchnienia na widok umazanej podłogi, ubranek i (tak, niestety) ściany.

Czynności konieczne:
Ostrzec odpowiednio wcześnie przed definitywnym końcem zabawy, żeby się przyzwyczaili do myśli, że już ostatnie dzwony, żeby jeszcze coś wymieszać.

Nakazać Dziatwie dokładne posprzątanie wszystkiego, łącznie ze ścianą (tu bardzo się sprawdzają wilgotne chusteczki dla niemowląt lub wilgotny papier toaletowy). Poprawić to, co rozmazali, albo dręczyć tak długo, aż sprzątną dokładnie (zależnie od Waszych metod wychowawczych).

Wreszcie zmusić do przebrania się i przebrać tych, co sami jeszcze nie potrafią,  albo tylko mówią, że nie potrafią, bo im tak wygodnie.

Podać wreszcie ten sok wyciśnięty z buraków i jabłek.


PS. Oczywiście nie podejrzewam, że kurkuma jest rzeczywiście ekologiczna. Takiego znaczka żadne z opakowań nie miało. Pozostaje mieć nadzieję, że jadalne kolorki nie są zbyt mocno wysycone randapem.





wtorek, 15 listopada 2016

Siwy dym

Zabawa okazała się bardzo emocjonująca i wciągająca. Wszelako gdybyście mieli na nią ochotę polecam jednak wersję na świeżym powietrzu, a nie tak jak to u nas miało miejsce w zaciszu domowym, gdyż można sobie narobić szkód...



Świeczki z wosku pszczelego są stałym elementem naszej kuchni od czasu wizyty w kluczborskim muzeum im. Jana Dzierżona. Czasami, owszem, jemy kolacje przy świecach, czasami dziatwa lubi je sobie zapalić po zmroku, żeby było nastrojowo lub niesamowicie.

Świeczki spoczywają w miseczkach (szklanej i glinianej) aby ograniczyć wylewy płynnego wosku na podłogę i blat.

Pewnego wieczoru okazało się, że nie tylko knot w świeczce fajnie się pali, ale też zapałka w niej pozostawiona.

A gdyby tak zapalić jakieś zioło? Czy dym byłby pachnący? W końcu kadzidełka, które kupuje się w sklepie - pachną.

Ziół ci u nas dostatek.

Upchnęliśmy do świeczki suchy wrotycz, następnie lawendę, piołun, oregano, dużo zapałek, jeszcze większe gałązki suchego ziela...



Łapaliśmy też dym do drugiej szklaneczki odwróconej dnem do góry. Jest to też okazja do pokazania, że powietrze, a właściwie jego składnik - tlen - jest niezbędny do podtrzymania palenia. Po odcięciu dostępu tlenu płomień dość szybko gaśnie (jeszcze lepsze nasze doświadczenie w tym temacie jest opisane tutaj). Za to powstaje duża dawka dymu.
Dym ten można przenosić w szklaneczce na dość dużą odległość, o ile zachowamy jej położenie dnem do góry. Można nawet ten dym próbować przelewać miedzy dwiema szklaneczkami. Tworzy on też fantastyczne kształty, gdy zostanie ze szklaneczki uwolniony. Można go również rozdmuchiwać na różne strony.



Niestety w zamkniętej przestrzeni kuchni wdycha się go trochę. Otworzyliśmy szeroko okno i zrobiło się zimno. I tu zakończyliśmy rozrywkę, również ze względu na zbyt spontaniczne zachowanie Młodych w kontakcie z ogniem. I na uszczerbek w gładkości powierzchni, jakiego doznał nasz nowy blat stołowy.
Cała ta rozrywka miała w sobie rys szaleństwa.

Kolorystyka dymu (szary, czyż nie?) wpisuje się, zupełnie przypadkowo, w projekt "Spoza tęczy":


poniedziałek, 7 listopada 2016

Dynia, cukinia i spółka

Dziś kolejny rozdział przepisów wynikających z mojej fascynacji dyniowej. Bezpłciowy smak tego warzywa daje tak duże pole do popisu, że ciągle udaje mi się zmontować z dyni coś nowego. Tym razem z domieszką cukinii.





Jak wyczytałam w mądrych lekturach okazuje się, że spora część wartościowych składników odżywczych dyni ulega zniszczeniu pod wpływem obróbki termicznej. A zatem wypadałoby ją jeść na surowo. Tylko jak to zrobić, żeby to było smaczne? Przyszedł mi do głowy pomysł prosty: utoczenie soku z dyni za pomocą wyciskarki. Sok był wyzuty ze smaku - dodanie miodu i soku z cytryny podrasowało go bardzo i Młodzież piła bez oporu. Ponieważ miąższ był dość blady do soku dyniowego dorzuciłam jedną marchew dla koloru.




Pozostałe z dyniowego soku wytłoczyny (z marchwiową domieszką) połączyłam z jajem, solą, bułką tartą, pieprzem ziołowym i toczyłam niewielkie kotleciki, które usmażyłam na maśle klarowanym i podałam z dodatkiem gęstej, kwaśnej śmietany. Pycha! Wszelako skład placuszków należałoby jeszcze dopracować, gdyż okazały się bardzo delikatne i łatwo się rozpadały.


Z cukinii udaje mi się autorska potrawa, która czeka na jakąś chwytliwą nazwę, a jest bardzo prosta w swej konstrukcji:

Należy mianowicie pociąć cukinię w kosteczkę i dusić na maśle podlewając odrobiną wody. Trwa to krótko, około kwadransa. Cukinię należy przyprawić solą/wegetą i sporą dawką curry - co jest kluczową kwestią, gdyż to właśnie ta przyprawa nadaje ton całości. W finale dodać śmietany i zamieszać. Cukinia jest szklista i pływa sobie w śmietanowo-curry sosie. Podawać z chlebem, posypać natką. W wersji bardziej wyuzdanej pasowałby mi do tego dodatek innych warzyw (marchwi, cebuli...), a nawet piersi kurczaka.

Gorący kubek dyniowy
Mus z dyni umieszczamy w kubku (ok. 1/3 - 1/2 kubka), dolewamy wrzątku, zadajemy masłem i dodajemy przyprawy - po szczypcie: cynamonu, słodkiej, czerwonej papryki, curry, pieprzu, soli. Na wydaniu do kubka wrzucamy łyżkę śmietany, a jak wam się chce - grzanki.


Owsianka dyniowa
Przygotowujemy owsiankę na wodzie (moczymy płatki owsiane na noc i najlepiej górskie, a nie błyskawiczne). Do gotujących się płatków dodajemy masła, cynamonu, rodzynek, orzeszków czy innych pestek, które lubimy. Na wydaniu do gorącej owsianki dodajemy dyniowe pure i już. Aha - u nas dosłodzenie okazało się konieczne, ale tak naprawdę konieczne nie jest.


Zupa cukinowo-paprykowa
Kroimy cukinię w kostkę o boku 1 cm, paprykę w drobna kostkę, a cebulę - w najdrobniejszą kosteczkę. Całość wrzucamy do garnka z wodą, gotujemy, dodajemy ulubionych przypraw (u nas słodka papryka w proszku, czosnek, pieprz, sól) i natkę pietruszki lub kopru (dużo). Zupa powstaje szybko - cukinia robi się szklista i to jest dla nas znak, że już jest gotowa. Nie czekamy, aż się rozpadnie, ma zachować kształt sześcianów. Gotowe! Można zagęścić w czasie gotowania kaszą manną lub podać z grzankami.

P.S. Poza tym dynie i cukinie są po prostu ładne. W tym roku zebraliśmy hurtem z dziadkowego ogrodu wszystkie warzywa, które tak dzielnie wkładaliśmy do ziemi jako małe pestki.  A tu nowa porcja pestek - całkiem smacznych (nadają się przy oglądaniu filmu i zawiłym obmyślaniu sposobu wykonania zadania domowego:) Ponadto podobno świeże pestki mają właściwości niszczące pasożyty układu pokarmowego (do spółki z kapustą kiszoną i jagodami)


piątek, 4 listopada 2016

Grzybobranie z Młodymi - uwagi optymistyczne

Niestety nasza dziatwa ma trudnych rodziców.
Odbyły się spotkania rodzinne i odwiedziny na cmentarzu, ale koniecznie musieliśmy jeszcze pójść do lasu. Na grzyby. Wzięliśmy wielki kosz wiklinowy tłumacząc Młodzieży, że do plastiku się borowików nie wkłada. Zapomnieliśmy zupełnie nawet najmniejszego kozika. Kalosze okazały się za małe, albo nie do zlokalizowania. Wyruszyliśmy w czasie deszczu. 
Zwykle tak to u nas jest, ale przeważnie się udaje. Nie należy przejmować się szczegółami.





Deszcz ustał i było cieplej, niż myślałam, że będzie.

Jacek zrezygnował z upierania się przy tym, żeby ciągle iść po ścieżce i gdy tylko wszedł na groźny grunt nieoswojony znalazł był 3 podgrzybki w rządku.

Jurek znalazł jedynego borowika - króla grzybów.




Hanię nazwaliśmy królową polowania, bo znalazła najwięcej grzybów.

Na krzaczkach tkwiły jeszcze brusznice i choć młodzi stwierdzili, że gorzkie, to jednak mama i tata ciągle to skubali, wiec oni też.

Jurek znalazł intrygującą korę sosnową.

Wyrwano mi aparat z ręki, bo wszystkie grzyby okazały sie piękne i nadające się do natychmiastowego sfotografowania (gdy się ciągle widzi rodziców z aparatem, to się potem samemu chce strzelać fotki).


Wcale nie było tak mokro, jak myśleliśmy, że będzie.

Zabraliśmy ze sobą czekoladę, która dodała nam trochę energii w połowie trasy. Jest to kompromis ze strony rodziców, którzy ograniczają dzieciom cukier, jak tylko się da.
Nie zakładaliśmy, że gdzieś dojdziemy - po prostu szliśmy przed siebie, klucząc to tu, to tam, od grzyba, do grzyba. W godzinkę z hakiem nie przykryliśmy nawet dna kosza. No to co?  Grzyby były! Jadalne! Mam nadzieję, że dziatwa zapamięta jak wygadają borowik szlachetny i podgrzybek brunatny, gdyż nazwy te padały z mych ust często. Oni jednak wolą prostsze nazewnictwo: "Mamo, znalazłem jadalnego!", "Ten jest niejadalny".


W którymś momencie padło pytanie: "W którą stronę do auta?" - każdy pokazał inny kierunek, a w koło, jak okiem sięgnąć roztaczała się monokultura sosnowa. Ładnie byśmy wyglądali, gdyby nie GPS w telefonie Tatusia, który ukazywał naszą poplątaną trasę. Również i ta atrakcja okazała sie spora frajdą - szliśmy do samochodu, jak poszukiwacze Pokemonów bez mała.
  

Nie przebiłam się z kwestią mchu na drzewach, bo GPS okazał się atrakcyjniejszy. No, trudno. Następnym razem.

W skrócie: nie za długo, nie za daleko, ze znaleziskami i czekoladą oraz dodatkiem techniki (aparat, GPS) - to się u nas udaje zawsze, gdziekolwiek byśmy się nie udali:). Na survival jeszcze przyjdzie czas.

Uważam, że rodzice koniecznie powinni zabierać dzieci ze sobą w miejsca, które uważają za piękne i wartościowe, choćby nawet dzieci jeszcze same tego nie wiedziały i nie czuły. I nie powinni zwracać uwagi na biadanie, zostawiać dzieci w domu, bo tak wygodnie, tylko się zaprzeć przy swoim, a w tym zaparciu iść na kompromisy. Dwoje naszych starszych dzieci wybiera się z nami wszędzie, bez szemrania (zobaczymy, jak długo:) i tylko najmłodszy jest jeszcze w fazie uczenia się tego. 

Szczerze jednak powiem, że daleka jestem od wędrówek z niemowlęciem po Tatrach lub antycznych zabytkach po drugiej stronie Europy. Wakacje z bardzo małymi dziećmi - raczej pod gruszą. Niedaleką. Z uwzględnieniem zamiłowań wypoczynkowych rodziców jednakże:)


środa, 26 października 2016

Pigwa na surowo

Drzewko pigwowe obrodziło, jak zawsze. Poniżej mały instruktaż dla tych, którym trafi się pigwa i nie wiedzą, co z nią zrobić. A warto ją jeść, gdyż zawiera mnóstwo cennych witamin (zwłaszcza sporo C i B) oraz soli mineralnych (potas, fosfor, wapń, magnez, a nawet odrobinę żelaza). Jest to przepis szybki, bez użycia obróbki cieplnej (aby cenne składniki nie uleciały) i w ogóle jest to bujda na resorach, że nie jada się pigwy surowej. Jada się! I to jak!


Podstawowe zasady:
Pozwolić pigwom jak najdłużej wisieć na drzewie, np. do połowy lub końca października, o ile nie ma dużych przymrozków.

Zrywać ostrożnie, żeby nie poobijać, delikatnie układać w pudełku, skrzynce czy koszyku, a nawet na parapetach w domu, gdyż przepięknie pachnie. Zapach pigwowy nie pojawia się od razu tylko mniej więcej po tygodniu leżakowania. Dopiero wtedy pigwy poddajemy obróbce.

Należy pigwy dokładnie umyć, każdy owoc z osobna, pozbawiając je "futerka", które pokrywa skórkę owocu.

Pokroić pigwy na ćwiartki, usunąć gniazda nasienne. (Informacja dla ambitniejszych: pestki pigwy też mają bogate zastosowanie, raczej lecznicze).



Poszatkować na jak najcieńsze plasterki. Najlepiej powierzyć tę czynność męskim dłoniom, gdyż pigwy są rzeczywiście bardzo twarde i wymagają presji siłowej. Ewentualnie posługujemy się maszynką elektryczną (mamy taką tarkę z funkcją szatkowania).


To samo robimy z cytryną, obraną ze skórki.


Poszatkowane pigwy i cytryny mieszamy z ciemnym cukrem lub miodem w dużej misie...


... a następnie upychamy do słoików, mocno całość uciskając.


Z owoców wydziela się sok i jest go sporo. Słoje trzymamy w lodówce przez tydzień lub nawet dłużej dodając pigwowe plasterki i soczek do herbaty.
Praktykuje się też  ukradkowe podjadanie plasterków z lodówki, albo wręcz jawne wyżeranie pigwy ze słoja przy okazji zasilania nimi gorącego napoju. Nie przejmujemy się tym, że plasterki ciemnieją - smak i aromat pozostaje.

I to jest to, Moi Kochani, to, czego Wam życzymy na nadchodzący listopad!


niedziela, 23 października 2016

"Gry" z piórami

"Wymyślimy grę z piórami?" - zapytał Jurek kusząco, w niedzielny poranek wydobywając ze swojej szafki kolekcję piór. Wymyśliliśmy. Nie jest to nic szczególnie odkrywczego - ot, rozrywka w sam raz na niedzielny poranek. Jeśli się ma pióra oczywiście. U nas - głównie gołębie oraz kilka bażancich znalezionych na wycieczce.



1. Pióra układamy na kupce. Na "trzy, cztery" każdy wyciąga jedno pióro - wygrał ten, kto ma najdłuższe. W razie wątpliwości posługujemy sie linijką.

2. Układamy z piór własną kompozycję dekorującą... eee, podłogę. Nowo przybyły członek rodziny, jeszcze nie wciągnięty w rozrywki, ocenia, która kompozycja jest najładniejsza, najstaranniej ułożona.



3. Rozdmuchujemy kupkę piór po podłodze i na "trzy, cztery" zbieramy piórka - wygrał ten, kto zebrał najwięcej.

4. Jeden z graczy wychodzi z pokoju, a w tym czasie inny rozmieszcza we wnętrzu pokoju 8 piór w różnych nietypowych miejscach. Pióra nie mogą być ukryte. Następnie ten, kto wcześniej wyszedł wraca i jego zadaniem jest odnalezienie wszystkich piór. Można mierzyć czas, ale to nie w niedzielny poranek:)

5. Można też ułożyć obrazek-piramidę z piór od najdłuższego do najkrótszego.

Na koniec pozostaje pokazać Młodym, że pióro nie namaka wodą, gdy je umieścimy pod kranem - woda spływa po jego powierzchni.



Dzieje się tak dzięki temu, że pióro jest natłuszczone wydzieliną gruczołu kuprowego. Mieliśmy okazję tego lata oglądać perkoza na jeziorze (co by było gdyby mu zamokły pióra podczas nurkowania?!), widujemy też na podwórku ptaki przeczesujące pióra dziobem i w ten sposób rozprowadzające po piórach wydzielinę gruczołu kuprowego.
Można też namydlić pióro, osuszyć i powtórzyć manewr z moczeniem. Właściwie już samo namydlenie tak niszczy pióro, że na nic zdałoby się przeczesywanie go dziobem - do wyjściowego kształtu i tak nie wróci, o wodoodporności też nie ma co wspominać.



PS. Przypomniałam sobie jeszcze nasze wcześniejsze zabawy z piórami, które opisane są w poscie o znamiennym tytule: "Pióra"

poniedziałek, 10 października 2016

Ciepłe koktaile na sezon jesienno-zimowy

Chodzi o to, żeby dziecko wychodząc z domu miało coś ciepłego w brzuszku. Coś przy tym pożywnego i bogatego w składniki typu witaminy i sole mineralne. A czasem dziecko się musi pospieszyć, a nie siedzieć i w błogości pożerać kolejną kanapkę. 

Nie zrozumcie mnie źle - śniadanie to podstawa, inne posiłki główne też, ale są takie chwile, gdy dobrze jest je czymś uzupełnić, dopełnić się. I to jest właśnie to (gdyż nie wpisujemy sie w trend wzrostu otyłości wśród dzieci i młodzieży w Polsce, raczej wręcz przeciwnie).

Koktail drożdżowo-bananowy
Łyżkę drożdży zalać wrzątkiem (ok. 1 szklanki), wymieszać, żeby drożdże dokładnie zgładzić, dodać banana pokrojonego w plasterki, zmiksować, wypić. Można by jeszcze dodać mleka, albo wręcz zalać wrzącym mlekiem, ale tej opcji nie testowaliśmy. Była za to wersja z 3 bananami (drożdży nie czuć) i z musem jabłkowym (pyszne!)




Gorąca śliwka
Ugotować esencjonalny kompot z dużej ilości śliwek na niewielką ilość wody, zmiksować z jogurtem naturalnym, wlać do filiżanek, na wydaniu włożyć na wierzch filiżanki wiórek masła i szczyptę cynamonu.



Pyszny koktajl jabłkowy
Podobnie, jak w poprzednim wypadku gotujemy mocny kompot z jabłek. Za radą Babci dorzuciłam do niego garstkę malin i rzeczywiście - od razu zyskał na smaku! Miksujemy z jogurtem naturalnym, na wydaniu posypując po wierzchu ciemnym cukrem i dodając wiórek masła.



W powyższych dwu wypadkach nie ma mowy, żeby mówić dziecku o tym, że są to przetarte owoce z kompotu. Nazwa ma być kusząca, a dodatek masła, którego topienie się można sobie pooglądać - działa jak magnes:)

Mleko owsiane
Robiłam je w wersji na ciepło i na zimno. Zmontowałam z niego coś na kształt budyniu czekoladowego (dodatek kakao) i kisielu waniliowego (dodatek cukru waniliowego, polane sokiem malinowym Babci). Młodych nie zachwycił, jakoś zmogli, ale mi bardzo smakuje. Instrukcja TUTAJ.

Kaszkowy kogel mogel
Zrobić kaszkę manną na rzadko i każdy kubek zasilić żółtkiem, masłem i brązowym cukrem/cukrem wanilinowym. A co!

Ponadto nadszedł moment na cudowne zupy mleczne z dynią oraz dyniowe "Kubusie" tudzież napoje dyniowo-imbirowe, ale o nich już pisałam, więc zajrzyjcie sobie do linków z dynią w roli głównej.