czwartek, 11 października 2018

Oczywiste zalety posiadania kota (w butach)

Mamy go. Ale nie cały jest nasz, bo to indywidualista. Daje się głaskać, pięknie mruczy, bawi się łaskawie. Gdy się boi - chowa się w szafie z butami, gdzie zrobiliśmy mu legowisko.



Rocky dotarł do nas, jako kot po przejściach, znaleziony w piwnicy, którego jakoś nikt nie chciał zaadoptować. Osiągnął zatem wiek mniej więcej trzech lat spędzając większość tego czasu w szafie, gnębiony przez kocice o trudnym charakterze. Zatem gdy podjęliśmy decyzję, że chcemy kota Pies w Swetrze naraił(a) nam Rocky`ego wystawiając nam chwalebną opinię (że jesteśmy spokojnym domem, że oddaje się do nas kota w dobre ręce itd.). Uwierzono Psu w Swetrze i kot przybył do nas z końcem sierpnia.

Najpierw siedział w tapczanie. W nocy przenosił się do szafy z butami. W upały wolał szafę w pokoju Jacka. Przetestował też szafę Hani i Jurka (więcej szaf u nas nie ma). Chodziło jednak o to, żeby zobaczył świat poza szafą.

Kot w szafie (bardzo zainteresowany tym, co poza szafą:)


Nieoczekiwanie awansowaliśmy na dom terapeutyczny, przywracający kota otoczeniu:) Okazało się też, że i nas kot zmienia. Młodzież jest dość empatyczna, ale przy Rockym mają okazję pogłębić w sobie wrażliwość na czworonożnego bliźniego.
Już drugiego dnia pobytu kota u nas Jacek zaczął spędzać czas w szafie. Kotu podtykaliśmy do szafy chrupki i wodę. Młodzież nosiła za kotem kuwetę (pod tę szafę, którą kot akurat sobie wybrał). Wszyscy spędzali długie chwile przy szafie głaszcząc i mówiąc do kota.

Potem był etap wychodzenia. Tzn. trzeba było po kota do szafy przyjść, zagadać, pogłaskać i wtedy wychodził sam i trochę z nami był. Najlepiej maksymalnie z dwójką ludzi, a z czasem jakoś przełknął, że jest nas pięcioro. Jednak w dalszym ciągu szafa była dla niego podstawowym lokum.

Z czasem szafy popadły w niełaskę. Miło jest spać na tapczanie. A jeszcze milej na łóżku Hani przykrytym białym prześcieradełkiem, które koty tak lubią. Właścicielka tapczanu może położyć się z brzegu. Kot wyleguje się też na biurku (klawiaturze). Lubi zaglądać przez okno. Wygodnie jest też na regałach. Ojciec rodu obiecał kotu półeczki jeszcze wyżej, przymocowane do ściany.
 
Trochę lektury na ulubionym tapczanie
Tymczasem kot realizuje swoje hobby niżej. Hobby kota polega na tym, żeby sobie otworzyć samodzielnie szafkę lub szufladkę i wyciągnąć jej zawartość na zewnątrz.




Obecnie pracujemy nad możliwością głaskania kota siedzącego głaskającemu na kolanach. Wydaje się, że siedzenie człowiekowi na kolanach jest dla naszego kota opcją zupełnie nieznaną. Głaskanie - tak, ale żeby na kolanach?

Tatuś zrobił własnoręcznie drapak dla kota. Drapak został uroczyście powieszony w teoretycznie dobrym miejscu i wysmarowany kocimiętką dla zachęty. Wszyscy już po nim drapaliśmy, bo trzeba było pokazać kotu, do czego to służy. Kot poocierał się trochę o drapak, a pazury strzępi z zapałem na tapczanie.

Sprzedam dobry drapak. Ręczna robota. Cena niewygórowana.

Mamy też nowe kwiaty doniczkowe: owies (stale dosiewany w nowych pojemnikach) i papirus, które kot lubi skubać. Wiele innych wydaliśmy do szkoły, bo zajmują miejsce na parapecie, którego kot przecież bardzo potrzebuje.



Z podziwem patrzę na moją Córkę, która o poranku, bez zająknienia zmienia żwirek w kuwetce i zastanawiam się po cichu na jak długi czas wystarczy jej jeszcze tego zapału.

Dotarły w nasze ręce również reklamy kociego jedzenia, a tam tak poetyckie teksty, że można zgłodnieć od samej lektury. Wprost czuję, jak budzi się we mnie zew drapieżnika, bo któż by się oparł mięsu z bizona żrącego wonną trawę z prerii? A Hania po licznych lekturach na temat kotów, oświadczyła nam, że większość kocich karm jest niezdrowa, bo zawierają za dużo zbóż, a nasz kot musi się zdrowo odżywiać. Cóż z tego? Kot się nie poznał na czipsach wołowych, 100% mięcha, na które poszła gotówka z własnych zasobów dziecięcych. Cielęciną też wzgardził, choć lubi wołowe gulaszowe z Biedry oraz wysokozbożowe smaczki za psi grosz.
Miałam też nadzieję, że przy okazji Młodzież podje trochę częściej wątróbki (kupujemy dla nas i dla kota), albo wołowiny, bo walczymy z anemią, ale niestety. To były takie mamusine marzenia...

Testujemy też na kocie inne przekąski.
Masełko? Owszem.
Serek "Mój Ulubiony"? Nie, raczej nie.
Indyk mielony? No, ostatecznie.
Żółtko? Troszeczkę, żeby nam nie robić przykrości.

Przypomniały mi się koty z gospodarstwa na obrzeżach Puszczy Noteckiej, które poznaliśmy latem. Z zapałem biegły do jedynego(?) posiłku w ciągu dnia, który dostawały od człowieka. Było to mleko prosto od szczęśliwej krowy. Resztę musiały sobie upolować.


Jakiż kontrast z naszym szafowym mieszczuchem! Za to mają wolność, o której on nawet nie ma pojęcia.Czasem tylko wybiera się na chwilę na korytarz, ale nie jest tam zachęcająco, bo naprzeciwko mieszka pies. Jeszcze się nie spotkali...

O dziecinnych zabawach z kotem - innym razem:)

poniedziałek, 17 września 2018

Migawki z podwórka

Dziś chwalę się naszym podblokowym podwórkiem. Nie jest ono tak naprawdę niczym niezwykłym, ale chciałam pokazać, że nawet podwórko w dużym mieście może być miejscem spotkań z naturą.



Przy wejściu do bramy zakwitły astry. Wiosną, gdy wszędzie są wystawione stojaki z nasionami nie mogę się powstrzymać. Po prostu MUSZĘ kupić nasiona. Potem tylko pozostaje problem: gdzie je wysiać. Nasiona astrów daliśmy Babci, a ona, obsadziwszy sadzonkami swój ogród - odpaliła nam pozostałe.

Tak naprawdę nie zebralibyśmy się na astrową hodowlę podblokową, gdyby nie nasza mała sąsiadka - przedszkolaczka, która ze swoim tatą posadziła dwie mięty, pelargonię i surfinię. Dołożyliśmy jeszcze lawendę (myślałam, że będzie chciała mieszkać na parapecie, ale odmówiła: kwiatki zamarły), aksamitkę i nachyłek (który przekwitł, ale mam nadzieję, że wykaże się w przyszłym roku, jest wszak rośliną wieloletnią).



Dodatkowo małolaty zmontowały sobie pod blokiem BAZĘ. Użyły gruzu (panowie stawiający nam ławki pod blokiem niefrasobliwie zapomnieli o glebie, którą wykopali spod nich). Kamienie i kawałki cegieł (może jeszcze poniemieckich?) są obrzeżem ścieżki. Jest też "ognisko" i siedziska wokół niego. Radocha przy tworzeniu tego zakątka była wielka, kooperacja Młodych z sąsiedztwa - wspaniała. Na razie nikt z sąsiadów nie boleje nad kiepską estetyką przedsięwzięcia.



Po drugiej stronie wejścia do klatki schodowej rosną hortensje, hibiskus, trzmielina, paprocie... . Niełatwo było tym wszystkim roślinom w upały, więc podlewałam je wodą po myciu owoców i warzyw (taki wodny recycling:). Kwiaty są obłożone ręcznie malowanymi otoczakami. To pamiątka po czasach, gdy były jeszcze małe i systematycznie ścinane, jako część trawnika przez panów koszących.



Zauważam, że wielka jest potrzeba uprawiania ziemi wśród mieszczuchów. no, może nie wszystkich, ale wielu. Przy jednej z sąsiednich klatek schodowych dojrzewa cukinia. Przy innej - mnóstwo nowych tegorocznych nasadzeń - ze szlachetnymi różami włącznie. I nikt ich jeszcze nie wykopał cichcem! Jeden z sąsiadów pod swoim oknem ma co roku łan krokusów. A już ukoronowaniem tego wszystkiego jest ogród, który powstał wiele lat temu pod jednym z wieżowców. Prawie zawsze coś tam kwitnie, nawet w lutym:). Latem ktoś tam sobie rozkłada stolik, krzesełka, parasol. Niestety całość jest ogrodzona i ze smutkiem stwierdzam, że to dla tego pięknego zakątka lepiej. Bo w nasze paprocie lokalni żule wrzucili szkło i papierosy.

Co do nas - zamierzamy wsadzić pod blokiem nadwyżkowe krzaki aronii (tak się złożyło, że je mamy).

Bardzo podoba mi się idea ogrodów miejskich i ciągle chodzi mi po głowie, co by tu zrobić, żeby otaczało nas więcej zieleni. Niekoniecznie marchewki, ale jabłonie, wiśnie, iglaki... Może kiedyś dojrzeję do jakichś mikrograntów, inicjatyw obywatelskich czy innych.

Warto też wspomnieć, że mamy przy domu orzech włoski i mirabelkę. Ktoś już wcześniej myślał perspektywicznie. Każdy, komu przyjdzie na to chęć może sobie orzeszka przekąsić. A orzech włoski jest, jak na pewno wiecie, bardzo zdrowy.


P.S. Mamy tez na podwórku tegoroczny "bonus" dla przyrodników-obserwatorów: doszczętnie zeżarty żywopłot bukszpanowy. Cóż z tego, że motyl taki ładny (ćma bukszpanowa, Cydalima perspectalis)? Nawet gąsienica ładna. Może nie przetrwają mrozów w Polsce, a bukszpan na wiosnę odbije? Mamy nadzieję.

Tak właśnie wygląda nasz żywopłot

Ćma bukszpanowa w Muzeum Architektury we Wrocławiu spoglądająca łakomie na bukszpany w wirydarzu (siedzi na szybie).

środa, 12 września 2018

Krótkie wycieczki we Wrocławiu i okolicach - ciąg jeszcze dalszy

Kolejna odsłona ciekawych miejsc na wycieczki rodzinne. Może się Wam przydadzą te subiektywne recenzje?

Park Pilczycki - jeśli ktoś lubi jeździć na rowerze po lesie, to coś dla niego. Spacerowanie też wchodzi w grę, bo rowerzystów nie ma zbyt wielu. Las jest wyłącznie liściasty, zaśmiecony od strony ogródków działkowych (w głębi- wcale), a wychodzi się na Odrę i Most Rędziński oraz zabytkowy Jaz Rędzin. Elementy parkowe typu ławeczki i wysypane żwirkiem ścieżki - nieznane. Dobry na krótki wypad przy ładnej pogodzie, zwłaszcza dla wielbicieli mostów.




Arboretum Wojsławice - zachwycający rozmachem ogród, o olbrzymiej powierzchni położony na terenie pagórkowatym, z sadem czereśniowym na zboczu (w czerwcu degustacja czereśni w cenie biletu). Jest fajny plac zabaw dla dzieci, jadłodajnie, sklepiki, ale przede wszystkim rośliny o jakich Wam się nie śniło, około miliona okazów. Cudowny! Niezapomniany!



Wrocław - Samolotowy Plac Zabaw i Kosmiczny Plac Zabaw - obydwa te niewielkie place zabaw położone są w dzielnicy Gądów Mały, w okolicy ul. Bajana i są stosunkowo nowymi nabytkami. I więksi, i mniejsi znajdą tu coś dla siebie. Sprzęty solidne, niebanalne, plastikowe, gumowa nawierzchnia na placu kosmicznym - na dodatek są tu również gumowe planety i cały Układ Słoneczny, a więc mamy walor edukacyjny. Nie zrobiłam zdjęć, bo zapomniałam aparatu, ale warto zobaczyć wcześniej w internecie, żeby wiedzieć, czego się spodziewać.

Rejs(ik) statkiem po Odrze - fajna sprawa. Umożliwia obejrzenie miasta z alternatywnej perspektywy. Dla Małolatów polecam dużą jednostkę, po której można chodzić i zwiedzać ją. Rejs trwający ok 50 min. z okolic Bulwaru Włostowica do Zoo i z powrotem wydaje mi się optymalny czasowo, choć są opcje dłuższe, nawet do Brzegu, oraz minimalnie krótsze.



Ślęża - to jedyna góra na płaskiej jak stół Nizinie Śląskiej. Właściwie jest to masyw z kilkoma szczytami i w nich pokładamy jeszcze nadzieję. Główny szczyt w niedzielę niehandlową jest okropnie zatłoczony. Wchodzi się nań, jakby się szło przez galerię handlową (sklepiki u podnóża i na szczycie, a jakże) w tłumie bliźnich idących na piechotę, z kijkami, wózkami i wjeżdżających (i zjeżdżających na łeb, na szyję) na rowerach, z wrzeszczącymi dziećmi, psami szczekającymi na siebie nawzajem, a na szczycie to całe towarzystwo rozsiada się i grilluje. Trochę to horrendum rekompensują widoki z wieży kościoła i sam kościół, zadbany, nawet podziemia do zwiedzania i nawet msza w niedzielę o 14.00. Jest to piękne miejsce, ale w weekend zadeptywane, zaśmiecane, a nazwa "rezerwat", która obejmuje szczyt z przyległościami, to czysta drwina. 



poniedziałek, 3 września 2018

Samokształcenie kuchenne

W czasie wakacji nasza Młodzież miała okazję uczyć się kwestii kuchennych intensywniej niż w roku szkolnym. Dzieci częściej były używane do obierania ziemniaków, mycia naczyń, sprzątania ze stołu i przygotowywania posiłków. Jurek postanowił wziąć sprawy w swoje ręce w porach podwieczorkowych. Sam wymyślał, co można by przygotować i zjeść. Matka była używana do korygowania jego pomysłów.

Oto zrealizowane projekty:
W garnku na małym palniku gazowym: gorzka czekolada dorzucona do mleka, z domieszką cukru i szczyptą mąki ziemniaczanej = czekolada na gorąco do picia

Następnego dnia z czekolady gorzkiej z domieszką kakao, cukru i większą ilością mąki ziemniaczanej wyszedł był budyń czekoladowy. Przy okazji mieliśmy okazję zobaczyć kiedy z mąki ziemniaczanej nie robią sie grudki (gdy wsypiemy do zimnego mleka i mieszamy), a kiedy robią się, owszem (gdy dosypujemy maki do gorącego mleka).

W kolejnym podejściu Jurek chciał rozpuścić czekoladę, ale zaczęła sie zwęglać, więc zaproponowałam rozpuszczanie w kąpieli wodnej (mały garnuszek z czekoladą włożyć do rondelka z wodą i postawić na małym palniku). Tak rozpuszczoną gorącą czekoladę J. umieszczał w miseczkach i zalewał zimnym mlekiem, czekolada natychmiast twardniała, a my mieliśmy sobie już sami poradzić z konsumpcją. Szkoda, że nie przebiłam się z wizją dorzucania do czekolady pestek słonecznika, dyni etc.



W następnej odsłonie znów czekolada 74% rozpuszczona w kąpieli wodnej. Do niej J. domieszał śmietany (pół dużego kubka) i podrasował lekko cukrem. Wyszło coś w rodzaju błotka, szumnie nazwanego przeze mnie kremem czekoladowym. Szczęśliwie ilość na łebka wypadła mała. Do dekoracji: kleksik śmietany, wiórki kokosowe, cukier brązowy.

Młodszy brat nie chciał być gorszy, ale poszedł w kierunku owocowym: banana pokroił w plasterki, jabłko w kawałki. Wrzuciliśmy całość do garnka z odrobiną masła. Moja sugestia podlania wodą została przyjęta pozytywnie. Po rozmiękczeniu owoców na gazie Jacek sam ładnie wciągnął całość.

Nie pytajcie po co ten kask. Musi być i już!
 I tu nam się wyłonił problem natury etycznej. Mianowicie Jurek robił swoje czekoladowe specjały w ilości dla wszystkich, zaś Jacek zmontował rzecz całą wyłącznie dla siebie. Wszelako Starszy nie musiał kroić sterty owoców, tylko wrzucał gotowe składniki do garnka i mieszał na gazie. To trochę usprawiedliwia Młodszego, ale warto zwrócić w przyszłości uwagę na tę kwestię.
Tymczasem wszyscy i tak spróbowali z jego talerza, a on to zniósł mężnie:)

A potem chciałam, żeby wymyślili coś niesłodkiego.

J. zmontował choinkę ogórkową nadzianą na wykałaczkę, oprószoną twarożkiem, jak śniegiem. Potem doszła jeszcze czerwona słodka papryka w proszku.


Ciekawa jestem, czy rok szkolny zahamuje jurkowe zapędy podwieczorkowe. Na razie tylko boleję, że walka z cukrem w naszym domu jest równa walce z wiatrakami. Trudno, doczekam, aż cukier się skończy i nie kupię nowego:) (a przynajmniej tak mi się wydaje:)

sobota, 1 września 2018

Ćwiczenie pamięci na spacerze

Mnemotechniki to metody służące polepszeniu sprawności zapamiętywania danych. Jedna z nich przypomniała mi się zupełnie przypadkiem na spacerze po wale nadodrzańskim i od razu wprowadziliśmy ją w życie. 



Wały wzdłuż Odry to piękne miejsca na spacery o każdej porze roku. Wybrałam sie z młodzieżą na taki długi spacer wzdłuż naszej rzeki w dzielnicy Kozanów. Tej tak bardzo zalanej w czasie pamiętnej powodzi, gdyż zbudowanej przez Polaków na terenach, które Niemcy w Breslau przeznaczyli pod tereny zalewowe właśnie (przewidując, że nadmierne wezbrania wód wcześniej czy później przyjdą). Po kompletnym zalaniu Kozanowa wał przeciwpowodziowy wzmocniono i poszerzono. Ciągnie się on krawędzią Parku Zachodniego, miejscami będącego raczej lasem liściastym i mieszanym. Zatem na brak spotkań ze zwierzętami nie można narzekać.

Najpierw trafił nam się kowalik.



Potem osa chciała się zaprzyjaźnić z Jackiem chrupiącym jabłko, ale zgubiliśmy ją biegnąc.

Zatrzymaliśmy się przy pniu dębu zaatakowanego przez kozioroga dębosza, ale samych dęboszy nie było widać. Nadleciał natomiast szerszeń, który w dębie mógł sobie pomieszkiwać.



Poszliśmy dalej mijając pana z psem idących na działki.

Na dachu jednej z altanek był gołębnik (z gołębiami oczywiście), a tuż za nim, na drzewie kołysała się wiewiórka.

I tak dalej.

Mniej więcej przy tej wiewiórce poprosiłam Młodych, żeby powtórzyli po kolei nazwy wszystkich zwierząt, które spotkaliśmy na trasie spaceru. Poczynając od kowalika.

Gdy spotykaliśmy kolejne zwierzęta, zaczynaliśmy od początku wymieniać nasz szereg dodając na końcu nowo spotkane zwierzątko.

Pewnym utrudnieniem było ciągłe trafianie na gołębie oraz moment, w którym mama-biolog zapomniała języka w gębie, na widok ptaszka, którego nie umiała nazwać. Poza tym nie skupialiśmy się wyłącznie na zapamiętywaniu ciągu nazw, tylko na innych kwestiach spacerowych (zbieractwo piór, kapsli, kamyczków, podziwianie widoczków, kopanie w przydrożnej piaskownicy, konsumpcja jabłek i utyskiwanie, że za długa droga). Były to kwestie rozpraszające, ale chodziło o zapamiętanie mimo rozpraszaczy.

W sumie zapamiętaliśmy szereg gatunków zwierząt składający się z  21 nazw. Nie jest to znowu tak dużo, ale  wcale nie mało, jak na umysły rozleniwione wakacjami:)

Co pomogło w zapamiętaniu? Na pewno przypomnienie sobie trasy od samego początku. Trzeba było ją sobie zwizualizować.

A gdy chcemy przypomnieć sobie ciąg wyrazów nie związanych ze sobą? Przydatne bywają absurdalne skojarzenia ze sobą kolejnych, następujących po sobie pojęć. Np. jak zapamiętać ciąg:

królewna, rower, mucha, serce, imadło, kosiarka, chusteczka...?

Wizualizujemy sobie królewnę, jadącą na rowerze. Wpadła jej do oka mucha i królewna wystraszyła się tak, że stanęło jej serce i ścisnęło, jak w imadle. Królewna zsiadła z roweru obok porzuconej kosiarki i wyjęła chusteczkę. I tak dalej w tym stylu.

Im durniejsze tym lepiej się pamięta:)

Rok szkolny za pasem. Ciekawe jak będą Młodym wchodzić słówka angielskie?

Wreszcie wyszliśmy nad Odrę...


wtorek, 14 sierpnia 2018

Tussie-mussie dla ukojenia zmysłów

"W dawnych czasach powszechnie wierzono, że aromat ziół zapobiega chorobom. W miastach na zatłoczonych ulicach ludzie nosili przy sobie bukieciki ziół nie dla ich ładnego zapachu, lecz po to, by uchronić się przed chorobą. Bukieciki ziół miały chronić sędziów przed zarażeniem się tyfusem od więźniów przyprowadzanych na rozprawy.
Tussie-mussie - tak od lat czterdziestych XV wieku nazywano pęczek słodko pachnących ziół związanych wełnianą nitką. Dziś choremu przebywającemu w szpitalu lepiej podarować bukiecik wonnych ziół niż tradycyjny bukiet z kwiaciarni"

Jessica Houdret, 
"Odkryj cudowne zioła dla zdrowia i urody", Warszawa, 2002


Nawet jeśli nie macie nikogo do odwiedzania w szpitalu, warto zrobić tussie- mussie. Wyobrażam sobie, że wśród szpitalnych woni nieoczekiwanie miło byłoby powąchać lawendę czy koperek i chociaż na chwile zapomnieć o chorowaniu. Nie chodzi tu tylko o wąchanie - trzeba by listki i płatki porozcierać w palcach, po której to czynności bukiecik jest wymiętolony i już jakby mniej urodziwy, ale przecież o to tu chodzi - żeby dobrze poczuć zapach!

Na dodatek Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, zwanej Zielną, dodatkowo zachęca do pachnącego zbieractwa. Pułapka jest taka, że po roztarciu w palcach trzech roślinek - woń kolejnej miesza się z poprzednimi i jest trudna do rozpoznania. Najlepiej mieć dużo paluszków do rozcierania:)

Poszłam, zebrałam i pokazałam Młodym. Mamy do dyspozycji zagranicznego Kuzyna, który niektóre pachnące roślinki potrafił nazwać po flamandzku! Wymawia się je trochę inaczej niż się pisze. Hania zapisała nazwy polskie, a Wiktor flamandzkie. A to, czego nie wiedział, podpowiedział tłumacz-gugle.



Rośliny zebrałam w dwóch egzemplarzach:
- pierwszy pęczek (pozbawiony tych trujących, np. wrotyczu) wetknęłam do dzbanka (z cytryną przywiezioną przez Ciocię prosto z Sycylii) i zalałam zimną wodą. Następnego poranka oddały swoje aromaty do wody. Na upały w sam raz.



- drugi pęczek zasuszyłam w wersji płaskiej. Po przyklejeniu roślin do karteczek z polskimi i niderlandzkimi nazwami, damy je Kuzynowi na pamiątkę wakacji w Polsce:)

Przykładowe, pachnące rośliny do bukietu kościołowego lub szpitalnego:
aksamitka
koper
seler
pietruszka
bylica piołun
bylica pospolita
marchew
wrotycz
podagrycznik
lawenda
lubczyk
krwawnik
mięta
melisa...

Na dobrą sprawę bardzo dużo roślin jakoś pachnie. Dopóki nie traficie na bodziszek cuchnący  lub barszcz Sosnowskiego możecie próbować wszystkiego:)

piątek, 10 sierpnia 2018

Spacery po łące (z myślą o żółwiu)

Zbieraliśmy rośliny dla żółwia na łące. Na pięknej łące wielogatunkowej na obrzeżach lasu, trochę  nadwyrężonej przez suszę. Może Wasze dzieci wśród wakacyjnych przygód też zechcą na taką wleźć? Poniżej kilka uwag i ciekawostek na wyprawy w wysokie trawy.



1. Nie trafia nam się to ostatnio często, ale bywa, że bujne trawy rosną na gruntach podmokłych. Suchsze łąki, np. takie murawy kserotermiczne nie bywają wysokie. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli NAGLE, bez ostrzeżenia, pod nogami zrobi się mokro, a bialutkie tenisówki zapadną się w błotko (tak, właśnie to mi się przytrafiło:).

2. Mimo to nie rezygnujcie z krytego obuwia (a nawet, mimo upału, długich spodni), bo mnóstwo jest w trawie owadów i roślin, które kąsają i parzą, i mogą Latorośl nieodwołalnie do łąki zniechęcić.



3. Dobrym pomysłem jest popołudniowy spacer na łąkę, a nawet wieczorny, bo załapiecie się wtedy na koncerty rozmaitych szarańczaków. Wczesnoporanny spacer łąkowy odbędzie się raczej po rosie. Jeśli lubicie - O.K.

5. Jeśli włazimy głęboko w wysokie trawy raczej puszczamy dorosłego przodem, bo zbiera na siebie wszystkie pajęczyny, które mieszczą się na wysokości twarzy dziecka. Spotkałam się też z ostrzeżeniem, które sugeruje obfitą obecność żmij, a żeby je odstraszyć zaleca się tupanie i hałasowanie. Raczej tupię, bo nie lubię hałasu, ale jak kto woli.



6. Delikatne chwytanie w dłonie pasikoników pozwala ćwiczyć refleks. Trafiły nam się też obserwacje uciekającego przed dłońmi owada, który wpadł w sieć pajęczą, a wtedy można było zaobserwować pająka w akcji. To naprawdę przeżycie! Można też próbować pasikonika ratować. Ale pająk też musi coś jeść. Dylemat dla Młodego spory:)

7. Dla cierpliwych: warto zainteresować sie wszelkimi norkami i otworkami, bo może z nich coś wychynąć.

8. Raczej nie odwijamy zwiniętych listków i traw, bo pewnie w nich ktoś mieszka.

Mieszkanie pająka


9. Aparat fotograficzny bardzo się przydaje, można ćwiczyć fotki makro. komórka tez wychodzą fajne.

10. Na spotkanie ssaka z małoletnią młodzieżą nie liczę. Robimy za dużo hałasu. Chyba, że będzie to denat. Takiemu przynajmniej można się dobrze przyjrzeć. Przy okazji wrzucam parę zdań o obiegu materii i energii w przyrodzie dostosowanych do wieku.
Tego roku znaleziska takie z powodu suszy były zwykle zmumifikowane i to pozwalało nawet wziąć obiekty do ręki i pomacać futerko.

Suszona ryjówka (chroniona, jak wszystkie owadożerne)


11. Zwróćcie uwagę na zapachy. Czasem nawet niepozornie wyglądające listki mogą ciekawie pachnieć. Czasem dość nieprzyjemnie. Można sobie zebrać zapachowy bukiet z liści. Ładnie pachnie krwawnik, macierzanka, mięta, ale z bodziszkami to już bywa różnie. A w ogóle to cała łąka cudownie pachnie!

12. Te ładnie pachnące krwawniki, mięty i macierzanki można zebrać, wrzucić do dzbanka, zalać wrzątkiem, a po ostygnięciu - wypić. Dlatego warto mieć ze sobą w kieszeni woreczek foliowy lub gumkę recepturkę a nawet scyzoryk do ścięcia łodyg.

Krwawnik pospolity - kwiatostan


13. Nie przegapcie międlenia w ustach źdźbła trawy, a w głębi zielonych pędów można znaleźć na jasne, bardzo delikatne i słodkie fragmenty (tuż nad węzłami:). Mniam.

14.  Ogólnie rzecz biorąc popieram wianki i bukiety oraz wszelkie inne prace artystyczne z wykorzystaniem roślin łąkowych, ale tępię bezmyślne niszczenie typu: idę, zrywam i wyrzucam (i wszystko dzieje sie na obrzeżach świadomości).

15. Niektóre trawy bardzo skutecznie przecinają skórę, ale pewnych kwestii nie da się przewidzieć. Można uprzedzić, a polizać i podmuchać post factum.

16. Książka-przewodnik ze zdjęciami też jest niegłupim pomysłem, zwłaszcza gdy dziecko jest na etapie delektowania się samodzielnym czytaniem, albo jest po prostu zainteresowane tematem, a tatuś jest z zawodu piekarzem i nie zawsze wie, jak odpowiedzieć na pytanie: "Jak to się nazywa?" albo "Co to jest?". Na pociechę Wam powiem, że matka-biolog też nie zawsze błyska wiedzą.

17. Łąki górskie są dla mnie szczególnie piękne i wyjątkowo pachnące. Można na nich spotkać gatunki, których na niżu nie znajdziecie (i vice versa), w tym mnóstwo chronionych. Tutaj szczególnie zachęcam do pkt 9 i 16.

18. Z przyrządów optycznych dziecku przydaje się lupa, bo ułatwia  przyglądanie się szczegółom, zwłaszcza, jeśli dorosły mówi: "Zwróć uwagę na wzory na skrzydłach!" czy rzuca inne zachęcające uwagi. Przydatna okazała się też kiepska lornetka kupiona w sklepie chińskim, bo podczas brodzenia w trawach pozwala namierzyć coś ciekawego, np. kępę roślin wyższych niż pozostałe, czy jakieś dziwne wybrzuszenie. A w ogóle lornetka fajna jest i już! J. nie wszędzie chciał wejść, ale z lornetką jakby łatwiej i chętniej właził:)

19. Po powrocie z traw dobrze jest się rozebrać i obejrzeć, czy nie ma na nas wędrującego kleszcza lub innego bezkręgowca. Alergicy na łące chyba nie mogą nigdy czuć sie w pełni bezpieczni. Widziałam już różne bąble, czasem paskudne, rozlewające sie na kawał ciała, masywnie puchnące i nie znikające bardzo długo. A i to pikuś w porównaniu z reakcjami uogólnionymi. Ale nie ma też co wyolbrzymiać. Wydaje mi się, że najlepiej od małego włazić w łono natury po trochu, a użądlić pozwolić się po raz pierwszy należy najlepiej w sąsiedztwie służby zdrowia:).

20. A co zrobić ze wstrętem? ("Bleee, ale paskudne robale." "Łaaaa! Gryzą! Łażą po mnie!!!", "Jakie wielkie!"). Własne obserwacje, bardzo subiektywne, rzecz jasna, mówią mi, że gdy się Dziatwę codziennie traktuje dawką dziczy, to się ona przyzwyczaja i z czasem robale powszednieją. Ale wystarczy parę dni przerwy i pobytu w cywilizacji i wtedy Młodzież się skutecznie odzwyczaja i nawet biedronka spacerująca po ręce okazuje się paskudna. Wiele zależy też od charakteru dziecka oraz obecności (lub nie) rówieśników. Niektórzy znoszą robale ze spokojem, inni muszą sobie popiszczeć dla publiczności. Opcji jest wiele.

A co z roślinami dla żółwia? - zapytacie. Zebraliśmy, zasuszyliśmy i wysłaliśmy żółwiowi do Warszawy. Czkamy na wieści od niego. Na pewno da znać, czy woli bio-krwawnik, czy eko-koniczynę:)

Roślinki zerwane i powiązane w pęczki. Do nich Hania dorobiła metryczki.

Pęczki roślin już się suszą powieszone na rozciągniętej pod sufitem żyłce wędkarskiej

A żeby nie zostawiać wielbicieli żółwi bez podpory ideologicznej podaję link do strony z roślinami polnymi dla żółwi. Jeszcze można zbierać, że hej! O ile macie do dyspozycji ekologiczną, niepryskaną, pachnącą łąkę, czego każdemu życzę:)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Wystawa kamieni

Nadeszła dobra pora na kolekcjonowanie kamieni. Jeśli na dodatek Ojciec Rodu ma odpowiedni sprzęt do obróbki skał - witajcie w kamieniarskim raju!

Na podwórku przedszkolnym we Wrocławiu jest sporo kamieni. Jurek zdążył nauczyć swoją grupę przedszkolną rozpoznawania krzemieni. Nawet zatwardziali piłkarze poddali się temu trendowi. W czasie zabaw podwórkowych robił za konsultanta rozpoznającego, czy to krzemień czy nie. Sprawa nie jest oczywista, bo kolorów krzemienie mogą mieć sporo, za to łamią się w charakterystyczny sposób i połysk też mają typowy. Problem objawiał się tylko, gdy miał do czynienia z egzemplarzami mikroskopijnymi.

Ponadto zaczęliśmy spędzać czas na nieużytkach. Młodzież grzebie sobie wytrwale w glebie i wyciąga rozmaite kamienie na światło dzienne. Szczęśliwie są to zwykle niewielkie okazy.





W domu trwają dokładne oględziny, mycie pod kranem i układanie w różnych konfiguracjach.




Dorośli są proszeni o wypowiedzi na temat urody poszczególnych egzemplarzy, dodajmy, że mają to być dogłębne analizy porównawcze.

Najpiękniejsze kamienie są fotografowane.




Trafiłam na kalendarz imprez kamieniarskich na ten rok. Co się da w okolicy - odwiedzamy, a jakże. Zwiedzamy ponadto wszelkie muzea i wystawy geologiczne. I jakże tu nie kupić sobie kamyczka?
Kamienie stały się również najbardziej pożądanym prezentem.

Nasze ostatnie zdobycze:





Zatrzymujemy auto przejeżdżając obok kamieniołomów i kopalni odkrywkowych. 


Kopalnia melafiru
 

Wszelkie sugestie z mojej strony dotyczące uszczuplenia kolekcji, która wysypuje się z pudełek i pudełeczek traktowane są z oburzeniem i zgorszeniem.

Na Dzień Ojca przybyła do naszego domu szlifierka, którą można użyć do wielu kwestii związanych z kamieniarstwem, a mianowicie do:

- wygładzania i polerowania kamieni
- grawerowania na nich literek
- przecinania kamyczków
- wiercenia dziurek
 i pewnie jeszcze miliona rzeczy, na które nie wpadam, gdy widzę, jak pojawia się w kuchni rozłożona stolnica (już nie do ciasta, o nie!), a na niej głazy, zaś na oczach okulary zabezpieczające oczy.

Zaś w terenie 7-letni J. wziął sprawy w swoje ręce i sam sobie postanowił w kamieniu coś zmontować:



sobota, 28 lipca 2018

Wakacyjne zdziwienia

Podróże kształcą. Co do tego nie ma wątpliwości. W podroży trafiły nam się poniższe "ciekawostki przyrodnicze". Zobaczcie:

Kura potrafi przerobić mleko na żółtko. Czy to nie jest cudowne?!



Arogancja myśliwych nie zna granic.




Jeśli chcesz mieć przed domem wielkie, bardzo stare drzewo, np. lipę, należy posadzić kilka drzew razem, bardzo blisko siebie, w kółeczku. Po pewnym czasie drzewa zrastają się w jedną grubaśną, wspaniałą całość, która wygląda na 500-letnią, a ma zaledwie ok. 200 lat:)



Pralka kiedyś wyglądała tak:



Zwrócenie rybie wolności i patrzenie, jak sobie szczęśliwa odpływa jest bardzo przyjemne...


...podobnie, jak spożycie rybki upieczonej przy ognisku. Na szczęście Dziadek wyłożył nam dokładnie, co znaczy, że ryba jest wymiarowa albo niewymiarowa i dzięki temu Młodzież pojęła, której przyjemności trzeba sobie w danej chwili odmówić.



A koty, nawet bardzo wygłodniałe, nie lubią ryb obtoczonych w ziołach prowansalskich:)

Gdy człowiek jest zmęczony - położy się dosłownie na wszystkim, żeby choć troszkę odpocząć: