wtorek, 14 sierpnia 2018

Tussie-mussie dla ukojenia zmysłów

"W dawnych czasach powszechnie wierzono, że aromat ziół zapobiega chorobom. W miastach na zatłoczonych ulicach ludzie nosili przy sobie bukieciki ziół nie dla ich ładnego zapachu, lecz po to, by uchronić się przed chorobą. Bukieciki ziół miały chronić sędziów przed zarażeniem się tyfusem od więźniów przyprowadzanych na rozprawy.
Tussie-mussie - tak od lat czterdziestych XV wieku nazywano pęczek słodko pachnących ziół związanych wełnianą nitką. Dziś choremu przebywającemu w szpitalu lepiej podarować bukiecik wonnych ziół niż tradycyjny bukiet z kwiaciarni"

Jessica Houdret, 
"Odkryj cudowne zioła dla zdrowia i urody", Warszawa, 2002


Nawet jeśli nie macie nikogo do odwiedzania w szpitalu, warto zrobić tussie- mussie. Wyobrażam sobie, że wśród szpitalnych woni nieoczekiwanie miło byłoby powąchać lawendę czy koperek i chociaż na chwile zapomnieć o chorowaniu. Nie chodzi tu tylko o wąchanie - trzeba by listki i płatki porozcierać w palcach, po której to czynności bukiecik jest wymiętolony i już jakby mniej urodziwy, ale przecież o to tu chodzi - żeby dobrze poczuć zapach!

Na dodatek Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny, zwanej Zielną, dodatkowo zachęca do pachnącego zbieractwa. Pułapka jest taka, że po roztarciu w palcach trzech roślinek - woń kolejnej miesza się z poprzednimi i jest trudna do rozpoznania. Najlepiej mieć dużo paluszków do rozcierania:)

Poszłam, zebrałam i pokazałam Młodym. Mamy do dyspozycji zagranicznego Kuzyna, który niektóre pachnące roślinki potrafił nazwać po flamandzku! Wymawia się je trochę inaczej niż się pisze. Hania zapisała nazwy polskie, a Wiktor flamandzkie. A to, czego nie wiedział, podpowiedział tłumacz-gugle.



Rośliny zebrałam w dwóch egzemplarzach:
- pierwszy pęczek (pozbawiony tych trujących, np. wrotyczu) wetknęłam do dzbanka (z cytryną przywiezioną przez Ciocię prosto z Sycylii) i zalałam zimną wodą. Następnego poranka oddały swoje aromaty do wody. Na upały w sam raz.



- drugi pęczek zasuszyłam w wersji płaskiej. Po przyklejeniu roślin do karteczek z polskimi i niderlandzkimi nazwami, damy je Kuzynowi na pamiątkę wakacji w Polsce:)

Przykładowe, pachnące rośliny do bukietu kościołowego lub szpitalnego:
aksamitka
koper
seler
pietruszka
bylica piołun
bylica pospolita
marchew
wrotycz
podagrycznik
lawenda
lubczyk
krwawnik
mięta
melisa...

Na dobrą sprawę bardzo dużo roślin jakoś pachnie. Dopóki nie traficie na bodziszek cuchnący  lub barszcz Sosnowskiego możecie próbować wszystkiego:)

piątek, 10 sierpnia 2018

Spacery po łące (z myślą o żółwiu)

Zbieraliśmy rośliny dla żółwia na łące. Na pięknej łące wielogatunkowej na obrzeżach lasu, trochę  nadwyrężonej przez suszę. Może Wasze dzieci wśród wakacyjnych przygód też zechcą na taką wleźć? Poniżej kilka uwag i ciekawostek na wyprawy w wysokie trawy.



1. Nie trafia nam się to ostatnio często, ale bywa, że bujne trawy rosną na gruntach podmokłych. Suchsze łąki, np. takie murawy kserotermiczne nie bywają wysokie. Dlatego nie zdziwcie się, jeśli NAGLE, bez ostrzeżenia, pod nogami zrobi się mokro, a bialutkie tenisówki zapadną się w błotko (tak, właśnie to mi się przytrafiło:).

2. Mimo to nie rezygnujcie z krytego obuwia (a nawet, mimo upału, długich spodni), bo mnóstwo jest w trawie owadów i roślin, które kąsają i parzą, i mogą Latorośl nieodwołalnie do łąki zniechęcić.



3. Dobrym pomysłem jest popołudniowy spacer na łąkę, a nawet wieczorny, bo załapiecie się wtedy na koncerty rozmaitych szarańczaków. Wczesnoporanny spacer łąkowy odbędzie się raczej po rosie. Jeśli lubicie - O.K.

5. Jeśli włazimy głęboko w wysokie trawy raczej puszczamy dorosłego przodem, bo zbiera na siebie wszystkie pajęczyny, które mieszczą się na wysokości twarzy dziecka. Spotkałam się też z ostrzeżeniem, które sugeruje obfitą obecność żmij, a żeby je odstraszyć zaleca się tupanie i hałasowanie. Raczej tupię, bo nie lubię hałasu, ale jak kto woli.



6. Delikatne chwytanie w dłonie pasikoników pozwala ćwiczyć refleks. Trafiły nam się też obserwacje uciekającego przed dłońmi owada, który wpadł w sieć pajęczą, a wtedy można było zaobserwować pająka w akcji. To naprawdę przeżycie! Można też próbować pasikonika ratować. Ale pająk też musi coś jeść. Dylemat dla Młodego spory:)

7. Dla cierpliwych: warto zainteresować sie wszelkimi norkami i otworkami, bo może z nich coś wychynąć.

8. Raczej nie odwijamy zwiniętych listków i traw, bo pewnie w nich ktoś mieszka.

Mieszkanie pająka


9. Aparat fotograficzny bardzo się przydaje, można ćwiczyć fotki makro. komórka tez wychodzą fajne.

10. Na spotkanie ssaka z małoletnią młodzieżą nie liczę. Robimy za dużo hałasu. Chyba, że będzie to denat. Takiemu przynajmniej można się dobrze przyjrzeć. Przy okazji wrzucam parę zdań o obiegu materii i energii w przyrodzie dostosowanych do wieku.
Tego roku znaleziska takie z powodu suszy były zwykle zmumifikowane i to pozwalało nawet wziąć obiekty do ręki i pomacać futerko.

Suszona ryjówka (chroniona, jak wszystkie owadożerne)


11. Zwróćcie uwagę na zapachy. Czasem nawet niepozornie wyglądające listki mogą ciekawie pachnieć. Czasem dość nieprzyjemnie. Można sobie zebrać zapachowy bukiet z liści. Ładnie pachnie krwawnik, macierzanka, mięta, ale z bodziszkami to już bywa różnie. A w ogóle to cała łąka cudownie pachnie!

12. Te ładnie pachnące krwawniki, mięty i macierzanki można zebrać, wrzucić do dzbanka, zalać wrzątkiem, a po ostygnięciu - wypić. Dlatego warto mieć ze sobą w kieszeni woreczek foliowy lub gumkę recepturkę a nawet scyzoryk do ścięcia łodyg.

Krwawnik pospolity - kwiatostan


13. Nie przegapcie międlenia w ustach źdźbła trawy, a w głębi zielonych pędów można znaleźć na jasne, bardzo delikatne i słodkie fragmenty (tuż nad węzłami:). Mniam.

14.  Ogólnie rzecz biorąc popieram wianki i bukiety oraz wszelkie inne prace artystyczne z wykorzystaniem roślin łąkowych, ale tępię bezmyślne niszczenie typu: idę, zrywam i wyrzucam (i wszystko dzieje sie na obrzeżach świadomości).

15. Niektóre trawy bardzo skutecznie przecinają skórę, ale pewnych kwestii nie da się przewidzieć. Można uprzedzić, a polizać i podmuchać post factum.

16. Książka-przewodnik ze zdjęciami też jest niegłupim pomysłem, zwłaszcza gdy dziecko jest na etapie delektowania się samodzielnym czytaniem, albo jest po prostu zainteresowane tematem, a tatuś jest z zawodu piekarzem i nie zawsze wie, jak odpowiedzieć na pytanie: "Jak to się nazywa?" albo "Co to jest?". Na pociechę Wam powiem, że matka-biolog też nie zawsze błyska wiedzą.

17. Łąki górskie są dla mnie szczególnie piękne i wyjątkowo pachnące. Można na nich spotkać gatunki, których na niżu nie znajdziecie (i vice versa), w tym mnóstwo chronionych. Tutaj szczególnie zachęcam do pkt 9 i 16.

18. Z przyrządów optycznych dziecku przydaje się lupa, bo ułatwia  przyglądanie się szczegółom, zwłaszcza, jeśli dorosły mówi: "Zwróć uwagę na wzory na skrzydłach!" czy rzuca inne zachęcające uwagi. Przydatna okazała się też kiepska lornetka kupiona w sklepie chińskim, bo podczas brodzenia w trawach pozwala namierzyć coś ciekawego, np. kępę roślin wyższych niż pozostałe, czy jakieś dziwne wybrzuszenie. A w ogóle lornetka fajna jest i już! J. nie wszędzie chciał wejść, ale z lornetką jakby łatwiej i chętniej właził:)

19. Po powrocie z traw dobrze jest się rozebrać i obejrzeć, czy nie ma na nas wędrującego kleszcza lub innego bezkręgowca. Alergicy na łące chyba nie mogą nigdy czuć sie w pełni bezpieczni. Widziałam już różne bąble, czasem paskudne, rozlewające sie na kawał ciała, masywnie puchnące i nie znikające bardzo długo. A i to pikuś w porównaniu z reakcjami uogólnionymi. Ale nie ma też co wyolbrzymiać. Wydaje mi się, że najlepiej od małego włazić w łono natury po trochu, a użądlić pozwolić się po raz pierwszy należy najlepiej w sąsiedztwie służby zdrowia:).

20. A co zrobić ze wstrętem? ("Bleee, ale paskudne robale." "Łaaaa! Gryzą! Łażą po mnie!!!", "Jakie wielkie!"). Własne obserwacje, bardzo subiektywne, rzecz jasna, mówią mi, że gdy się Dziatwę codziennie traktuje dawką dziczy, to się ona przyzwyczaja i z czasem robale powszednieją. Ale wystarczy parę dni przerwy i pobytu w cywilizacji i wtedy Młodzież się skutecznie odzwyczaja i nawet biedronka spacerująca po ręce okazuje się paskudna. Wiele zależy też od charakteru dziecka oraz obecności (lub nie) rówieśników. Niektórzy znoszą robale ze spokojem, inni muszą sobie popiszczeć dla publiczności. Opcji jest wiele.

A co z roślinami dla żółwia? - zapytacie. Zebraliśmy, zasuszyliśmy i wysłaliśmy żółwiowi do Warszawy. Czkamy na wieści od niego. Na pewno da znać, czy woli bio-krwawnik, czy eko-koniczynę:)

Roślinki zerwane i powiązane w pęczki. Do nich Hania dorobiła metryczki.

Pęczki roślin już się suszą powieszone na rozciągniętej pod sufitem żyłce wędkarskiej

A żeby nie zostawiać wielbicieli żółwi bez podpory ideologicznej podaję link do strony z roślinami polnymi dla żółwi. Jeszcze można zbierać, że hej! O ile macie do dyspozycji ekologiczną, niepryskaną, pachnącą łąkę, czego każdemu życzę:)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Wystawa kamieni

Nadeszła dobra pora na kolekcjonowanie kamieni. Jeśli na dodatek Ojciec Rodu ma odpowiedni sprzęt do obróbki skał - witajcie w kamieniarskim raju!

Na podwórku przedszkolnym we Wrocławiu jest sporo kamieni. Jurek zdążył nauczyć swoją grupę przedszkolną rozpoznawania krzemieni. Nawet zatwardziali piłkarze poddali się temu trendowi. W czasie zabaw podwórkowych robił za konsultanta rozpoznającego, czy to krzemień czy nie. Sprawa nie jest oczywista, bo kolorów krzemienie mogą mieć sporo, za to łamią się w charakterystyczny sposób i połysk też mają typowy. Problem objawiał się tylko, gdy miał do czynienia z egzemplarzami mikroskopijnymi.

Ponadto zaczęliśmy spędzać czas na nieużytkach. Młodzież grzebie sobie wytrwale w glebie i wyciąga rozmaite kamienie na światło dzienne. Szczęśliwie są to zwykle niewielkie okazy.





W domu trwają dokładne oględziny, mycie pod kranem i układanie w różnych konfiguracjach.




Dorośli są proszeni o wypowiedzi na temat urody poszczególnych egzemplarzy, dodajmy, że mają to być dogłębne analizy porównawcze.

Najpiękniejsze kamienie są fotografowane.




Trafiłam na kalendarz imprez kamieniarskich na ten rok. Co się da w okolicy - odwiedzamy, a jakże. Zwiedzamy ponadto wszelkie muzea i wystawy geologiczne. I jakże tu nie kupić sobie kamyczka?
Kamienie stały się również najbardziej pożądanym prezentem.

Nasze ostatnie zdobycze:





Zatrzymujemy auto przejeżdżając obok kamieniołomów i kopalni odkrywkowych. 


Kopalnia melafiru
 

Wszelkie sugestie z mojej strony dotyczące uszczuplenia kolekcji, która wysypuje się z pudełek i pudełeczek traktowane są z oburzeniem i zgorszeniem.

Na Dzień Ojca przybyła do naszego domu szlifierka, którą można użyć do wielu kwestii związanych z kamieniarstwem, a mianowicie do:

- wygładzania i polerowania kamieni
- grawerowania na nich literek
- przecinania kamyczków
- wiercenia dziurek
 i pewnie jeszcze miliona rzeczy, na które nie wpadam, gdy widzę, jak pojawia się w kuchni rozłożona stolnica (już nie do ciasta, o nie!), a na niej głazy, zaś na oczach okulary zabezpieczające oczy.

Zaś w terenie 7-letni J. wziął sprawy w swoje ręce i sam sobie postanowił w kamieniu coś zmontować:



sobota, 28 lipca 2018

Wakacyjne zdziwienia

Podróże kształcą. Co do tego nie ma wątpliwości. W podroży trafiły nam się poniższe "ciekawostki przyrodnicze". Zobaczcie:

Kura potrafi przerobić mleko na żółtko. Czy to nie jest cudowne?!



Arogancja myśliwych nie zna granic.




Jeśli chcesz mieć przed domem wielkie, bardzo stare drzewo, np. lipę, należy posadzić kilka drzew razem, bardzo blisko siebie, w kółeczku. Po pewnym czasie drzewa zrastają się w jedną grubaśną, wspaniałą całość, która wygląda na 500-letnią, a ma zaledwie ok. 200 lat:)



Pralka kiedyś wyglądała tak:



Zwrócenie rybie wolności i patrzenie, jak sobie szczęśliwa odpływa jest bardzo przyjemne...


...podobnie, jak spożycie rybki upieczonej przy ognisku. Na szczęście Dziadek wyłożył nam dokładnie, co znaczy, że ryba jest wymiarowa albo niewymiarowa i dzięki temu Młodzież pojęła, której przyjemności trzeba sobie w danej chwili odmówić.



A koty, nawet bardzo wygłodniałe, nie lubią ryb obtoczonych w ziołach prowansalskich:)

Gdy człowiek jest zmęczony - położy się dosłownie na wszystkim, żeby choć troszkę odpocząć:


sobota, 21 lipca 2018

Leśna geometria z przedszkolakami (i nie tylko)

Po zakończonym roku przedszkolnym dotarła do nas teczka z jackowymi zadaniami-gotowcami nie wykorzystanymi w czasie prac przedszkolnych. Były to między innymi figury geometryczne w różnych kolorach, w wersji do wypchnięcia. Grzech nie skorzystać.



Wybraliśmy się na wakacje do lasu i ciągle nosiliśmy figury geometryczne w plecaku, a one przydawały się na różne sposoby:

1. Grupa idąca na spacer do lasu dzieli się na dwie frakcje. Frakcja „przodująca” zostawia kółka, prostokąty i trójkąty na ścieżce, zatknięte na krzaczkach lub za korę drzewa, a grupa postępująca za nią w pewnym oddaleniu ma za zadanie odnaleźć wszystkie figury geometryczne. Gdy się spotykamy - liczymy je i okazuje się czy grupa „poszukująca” znalazła wszystkie figury geometryczne.

2. Układamy szlaczek z figur geometrycznych, a przedszkolak ma za zadanie dokończyć szlaczek, czyli ułożyć jego ciąg dalszy, albo (jeszcze lepiej) powiedzieć co będzie dalej, np. mały zielony trójkąt.

3. Z cyklu „Zagadki Wujka Marcina”, który też się wciągnął w zabawę z figurami geometrycznymi: ułożyć wzorek bez jednego brakującego elementu, a dziecko ma za zadanie dołożyć to, czego tu brak (tu wykazywały się i starsze dzieci)





4. Położyć figury geometryczne w pewnym układzie i poprosić o dołożenie jeszcze jednej, tak, żeby pasowała do pozostałych. Trzeba potrafić wyjaśnić, dlaczego dokładamy akurat ten, a nie inny element. Rozwiązań może być kilka (tu starsze dzieci już w ogóle nie dopuściły maluchów do rozwiązań:)






5. A najprzyjemniejsze jest oczywiście samodzielne układanie tego, co wymyśli się własną głową i wyobraźnią, a nie starsi zadadzą



A nad nami szumi las, żywica pachnie, sosny skrzypią poruszane przez wiatr.
Trzeba tylko pamiętać, żeby wszystkie kółka i trójkąty zabrać z powrotem do plecaka.

Post zmontowany jest w ramach projektu "Matematyka w plenerze"

 

Zajrzyjcie do LINKOWISKA, żeby zobaczyć, co w tym temacie zrobili inni. 


środa, 18 lipca 2018

Jak zbudować szałas za pomocą dzieci?


Metoda naszego Ojca Rodu jest następująca. W czasie popasu w leśnej głuszy nic nie mówić, tylko zabrać się do roboty. Przynieść kilka rozrzuconych kłód i oprzeć je o sporą sosnę. Wtedy Młodzież podjadająca do tej pory leniwie jabłka i migdały, zrywa się na równe nogi i woła: „Budujemy szałas!”. Wtedy już wszyscy wszystko wiedzą.


Żeby zaistniała taka sytuacja Ojciec Rodu przygotowywał pod nią grunt często wieczorową porą oglądając filmiki na jutubie. W filmikach tych dobrze zbudowani panowie w różnych częściach globu zabawiają się w lesie konstruując prymitywnymi technikami szałasy w rozmaitych wersjach i z różnych materiałów. Niektórzy lepią ziemianki, inni wyplatają kurniki lub zagrody dla trzódki, jeszcze inni montują rurociągi z bambusa, a jeden to nawet wytapiał żelazo. Wszystkie filmiki mają tytuły w stylu „Primitive technology” czy inny surwiwal. Poszukajcie sobie, jest tego na pęczki. Summa summarum wolę, żeby Młodzież oglądała to, niż durne kreskówki, czy reklamy. 

 


Gdy Młodzież angażuje się w pracę Tatuś tylko instruuje poszczególnych budowniczych, co i gdzie mają kłaść, i jaki surowiec do budowy przynosić. Najpierw chodziło oczywiście o gałęzie różnych gabarytów, a potem również o mech do wyścielenia wnętrza, korę do obłożenia dachu, suche trawy do ozdobienia i uszczelnienia całości. 

W chwili kryzysu, gdy w upale budowniczym opadały siły, Ciocia zwiększyła motywacje do pracy zapowiadając groźnie, że kto nie będzie budował szałasu, ten nie dostanie lodów.  Wtedy ci, którzy się jeszcze ociągali - zerwali się, pełni nowych sił:)

A potem powstała jeszcze ławka. 

 


A gdy już wszystko było gotowe (Tata stale zabawiał się nanoszeniem poprawek i uzupełnień) można było poćwiczyć posługiwanie się nożem. Czemu nie?

 

Warto dodać, że trafiło nam się w lesie miejsce po wyrębie i to jakimś bałaganiarskim. Kawałki drzew w różnej wielkości rozrzucone były to tu, to tam i to, jak było widać po ich stanie, leżały tam już od dawna. Przykre to było, że sporo drzew ścięto zupełnie niepotrzebnie, po to tylko, żeby zostawić je na wyschniecie, a potem zbutwienie wyrąbując kawał lasu. Mogły sobie przecież rosnąć, produkować tlen i szumieć na wietrze. Smutne.


piątek, 29 czerwca 2018

Rysunki w mące

W czasie upałów nie chce się piec ciasta. Ale czasem się piecze, bo ileż można podjadać sklepowych frykasów pełnych tłuszczu cukierniczego? Młodzież też może mieć przy tej okazji trochę radochy. Zwłaszcza gdy ma się do dyspozycji drugi stół.


Na jednym z nich mama montuje ciasto, a na drugim z pomocą sitka rozsypuje cienką warstwą mąkę. Dzieci mogą po niej rysować palcem, a gdy chcą uzyskać cienką linię - kredką, nawet złamaną. Po wykonaniu rysunku samodzielnie zgarniają mąkę rękami i same mogą próbować rozsypywać mąkę.
Można też zamoczyć dłonie w wodzie i wetknąć w mąkę. Powstaje bardzo ładny odcisk.

A żeby Was nie zostawiać z niedosytem dołączam przepis na szybką szarlotkę, która wcale nie musi być szarlotką, bo można do niej upchnąć wszystkie owoce, które nam się trafią, jako to: porzeczki, maliny, jeżyny, agrest, jagody, rabarbar oraz oczywiście spady z papierówki z rodzynkami:)

1. Wcześniej wyjąć z lodówki 1 kostkę masła, tak aby w momencie przygotowywania ciasta było miękkie. W warunkach wakacyjnych wystarczy mu pół godzinki (z dala od bezpośredniego światła słonecznego).

2. W misce zmiksować miękkie masło robotem kuchennym z 4 łyżkami cukru.

3. Dodać 1 jajo i 2 i 1/4 szklanki mąki (pełnoziarnistej). 

4.  Dla lepszego efektu smakowo-przeciwzapalnego dosypać cynamonu, kurkumy, kardamonu, imbiru w proszku, skórki startej z cytryny...

5. Ulepić ręcznie kulkę. 2/3 kulki użyć do wylepienia okrągłej, średniej wielkości tortownicy (z rancikiem!). Nałożyć owoce, a na nich pozostałe ciasto (skubać palcami). Jeśli owoce wydają Wam się bardzo soczyste można je posypać od niechcenia tartą bułeczką, aby wchłonęła nadmiar soku.

6. Piec ok. 25 minut w 200 stopniach.

Te 200 stopni nie jest dobrym pomysłem w upały, ale pocieszające pozostaje to, że czas pieczenia krótki. Ciasto wychodzi płaskie (bez proszku do pieczenia!), ale kruche i smaczne. Zapakować w koszyk i udać się na zieloną trawkę - spałaszować ciesząc się cieniem i podmuchem wiatru na policzkach. Nie zapomnieć o zielonej herbacie (może być wersja na zimno:)


środa, 20 czerwca 2018

O co chodzi z tą spadzią?

Problem nie jest szczególnie zawiły, ale ciekawy i wielowątkowy. Zainspirowana wyglądem liści lipy pod naszym blokiem zrobiłam Młodzieży pogadankę, a potem szybko jeszcze pobiegłam do mądrych źródeł, żeby sobie wiedzę uszczegółowić. Tak, że i Wam, Drodzy Czytelnicy, mogę co nieco wyjaśnić, żebyście mogli pod własnym blokiem przed dzieciarnią zabłysnąć.

Liście lipowe pod naszym domem wyglądają tak:



Nawet po obfitym deszczu i spłukaniu z nich tego połysku pojawia się on po kilku dniach od nowa. Jest to spadź, zwana też pięknie rosą miodową. Jest to produkt mszyc oraz sok wydzielający się z liści rośliny pod wpływem uszkodzenia jej, np. przez mszycę (albo innego owada, który nakłuł liść, żeby wypić jego sok). Mszyce widoczne są na naszej lipie od spodu liści. Siedzą stadami i popijają. Wśród nich sporo larw biedronek w różnych stadiach rozwoju.




Nasze biedronki to te azjatyckie, zwane też arlekinami. Można je rozpoznać, po tym, że mają dużo kropek, żadne tam dwie, pięć czy siedem. Multum. Są też większe od naszych.

Biedronki są drapieżnikami i bardzo lubią jeść mszyce, a larwy są w ogóle bardzo żarłoczne (mogą nawet zjadać jajeczka własnego gatunku, a w porywach i siebie nawzajem). Jedna biedronka może zjeść w ciągu całego życia kilkaset mszyc, więc każdy ogrodnik chce mieć własne biedronki w obfitości.

Gdy już larwa biedronki naje się solidnie zaczyna podwijać koniec odwłoka pod siebie, zwija się w kłębek, przywiera do liścia i przekształca w poczwarkę. Już poczwarka robi się pomarańczowa i cętkowana. A po upływie pewnego czasu z osłonki poczwarki wyłazi dorosła biedrona (forma dorosła owada to imago).

Wszystko to widać na naszej lipie.

Przydałyby się jeszcze w tym towarzystwie mrówki. Mrówki cenią mszyce, tak, jak biedronki, ale z innych niż biedronki względów. Otóż mszyce produkują właśnie sporo wydzieliny spadziowej. Na końcu ich odwłoków co jakiś czas pojawia się mała, słodka kropelka. Ją właśnie mrówki lubią i zbierają. Jest u nas taka mrówka - hurtnica, która posuwa się wręcz do hodowli mszyc, tzn. żyje z nimi w symbiozie. Broni mszyce przed biedronkami, a w zamian zgarnia wydzielinę mszyc. Dodajmy, że wydzielina ta to żadne odchody (ani kupa, ani siku).

Do tego kompletu na naszym drzewie spotkać można pszczoły. Tradycyjnie widuje się je na kwiatach lipy. Nie mieliśmy okazji zaobserwować pszczoły zlizującej spadź, ale byłoby to całkiem realne, gdyż ze spadzi pszczoły produkują miód spadziowy, ciemny i bardzo smaczny (dla mnie najlepszy, ex aequo z gryczanym). Ta odmiana miodu jest bodaj najpożywniejsza ze wszystkich, polecana anemikom, bo zawiera też trochę żelaza.

Jedną larwę biedronki schwytaliśmy do słoika i przynieśliśmy na nasz balkon, gdzie tatusiowa sadzonka żywokostu lekarskiego cierpi bardzo od mszyc. Umieściliśmy larwę na żywokoście i oczekiwaliśmy jatki (tzn. ja oczekiwałam, a dzieciom nic nie mówiłam). Ale larwa pokręciła się trochę po liściu, zwinęła się w kłębek i się przepoczwarza. Olała nasze mszyce, najadła się na lipie. Najgorsze jest to, że żywokost jakby się poddał i wygląda nieciekawie. Już wcześniej był w kiepskim stanie, ale mszyce go chyba dobiły i jedna larwa przepoczwarzająca się tego nie zmieni. Może dożyje do czasu, aż nasza biedra się wylęgnie.