poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Matematyka wśród płatków

Nastały czasy intensywnego obcowania z naturą. Ale blogerzy nie śpią:) Mając w pamięci kolejny projekt w Bajdocji spacerowałam z córką po zdziczałym parku, a tam matematyka aż kipi (pospołu z przyrodą). 



Spoglądałyśmy mimochodem na kwitnące kwiatki licząc im płatki. Wniosek ze spaceru był następujący: wszystkie kwiaty mają nieparzystą liczbę płatków.

Dowód rzeczowy:
Ziarnopłon wiosenny

Szczawik zajęczy

Gwiazdnica wielkokwiatowa

Miodunka ćma


Fiołek (wonny?)

Potem w ogródku powtórzyliśmy manewr z liczeniem i tu wniosek byłby przeciwny: wszystkie kwiaty mają parzystą liczbę płatków. 

 Dowód rzeczowy:
 
 
 



I bądź tu mądry człowieku!
Aż trafiliśmy na sasanki, a one miały kwiaty i 6-cio- i 7-iopłatkowe.




Przy okazji przekonałam się, że owszem, J. (pierwsza klasa już czeka!) mniej więcej wie, co oznaczają słowa: "parzysty" i "nieparzysty".

Z tym liczeniem to jest u nas tak, że Najmłodszy przy liczeniu zwykle gubi szóstkę (nie lubi jej, czy jak? skleroza wybiórcza?) i liczenie płatków, których jest dokładnie 6 uważam za bardzo pomocne. 

Jeszcze w parku zastanawiałyśmy się ile osi symetrii można przeprowadzić przez kwiatki 5- czy 7-płatkowe, choć czasem wpadło nam w ręce/obiektyw stworzenie o symetrii dwubocznej:)



Podobną do żaby symetrię dwuboczną mają też kwiaty roślin wargowych, np. jasnot, dąbrówki rozłogowej czy bluszczyku kurdybanku. Trzeba się tylko do nich schylić i przyjrzeć im się dokładnie, bo rozmiary mają małe.



Pułapkę stanowią "kwiaty" stokrotki czy mniszka, które w rzeczywistości są kwiatostanami. Pojedyncze kwiaty mniszka wyglądają tak:



A więc znowu symetria dwuboczna, która jednak tak oczywista dla Dziecka nie jest.

Przy całym tym liczeniu płatków i osi symetrii powtarzamy nazwy gatunkowe, bo one się po prostu zapominają z roku na rok. Aż wreszcie któregoś roku zapadną w pamięć (mam nadzieję:).

P.S. Oczywiście można by i skupić uwagę na listowiu, ale za krzakami odbywały się zawody w skokach przez przeszkody i liczenie płatków nie było już takie rajcujące. Ale i na zawodach matmy pełno - trzeba wszak zawodnikom naliczać czas przejazdu do 2 miejsc po przecinku...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Krótkie wycieczki we Wrocławiu i okolicach - ciąg dalszy

Kolejna odsłona tego, co można podziwiać we Wrocławiu i jego najbliższych okolicach. Dla tych, którzy mieszkają w pobliżu i jeszcze nie znają.

Las Osobowicki leży w granicach miasta. Jest stosunkowo rozległy, dociera do Odry, a spacerując po nim można trafić m.in. na boisko piłkarskie, strzelnicę, miejsca biwakowe, plac zabaw, tzw. Górę Kapliczną z zabytkową kaplicą Kornów, drogą krzyżową i ciekawą legendą, którą wyczytacie na tablicy informacyjnej. Kiedyś było tu nawet grodzisko obronne, nie jedyne z resztą w okolicy. Śmieci (prawie) nie ma, droga nadaje się pod koła wózka, można dojechać i wrócić komunikacją miejską.Uwaga na rowerzystów (czasem dość licznych)! Ze względu na nich lepiej wybierać boczne drogi.



Las Rędziński  jest bardzo urozmaicony pod względem krajobrazowym - szliśmy przez las mieszany i liściasty, przez wał przeciwpowodziowy, łąki, wzdłuż cieków wodnych i zarośniętego starorzecza i to na jednej tylko, dość krótkiej wycieczce. Można dojść nad samą Odrę, a po drodze oddać się biwakowaniu (są ku temu przygotowane miejsca z zadaszonymi wiatami) i lekturze tablic informujących o tym, co tu żyje i ćwierka. Bardzo ładne miejsca, nie zaśmiecone zanadto.



Miękinia - można tutaj przedsięwziąć wycieczkę enologiczną z degustacją, gdyż w miejscowości tej znajduje sie urokliwa winnica Jaworek. Ale to raczej bez Młodych (no, chyba, że na obiad do tutejszej restauracji). Za to lasy wkoło Miękini są nader urokliwe, głównie iglaste, ze szlakami pieszymi i rowerowymi, można nawet bezboleśnie (bo niewysokie) zdobyć szczyty - Diabelską Górę i Szubieniczną Górę, albo po prostu poszwendać się po lesie wdychając świeże, żywiczne powietrze i to całkiem blisko Wrocławia.


Niedaleko Miękini leży Mrozów z pseudogotyckim, poniemieckim pałacem (obecnie zakład opiekuńczy, zamknięty, można pooglądać przez płot), a stamtąd już rzut beretem do zamku na wodzie w Wojnowicach, o których już kiedyś pisałam. Można przejść przez las na piechotę i warto to uczynić, bo Wojnowice naprawdę są piękne i ciekawe!

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Tort dla wegetarianina

Czy można żywić się wyłącznie warzywami z domieszką owoców? Na dłuższą metę raczej ciężko, choć i na tym można przeżyć, a zapewne oczyścić:) Dobre co prawda na Wielki Post, ale też w ogóle trendy o tej porze roku. 


Jak świętować urodziny z jaroszem? Zrobić mu tort! A właściwie torcik. Był pomyślany bardziej ambitnie, jeśli chodzi o kształt, ale rośliny nie chciały się trzymać razem, a lepiszcza nie było (choć są też wersje majonezu ze zmiksowanego kalafiora z przyprawami, ale jeszcze nie dojrzałam do tego).

No i czy nie ładny wyszedł?



 
 Skład:
- ćwikła z chrzanem
- seler blanszowany krojony w kosteczkę
- marchewka gotowana w kosteczce
- groszek zielony gotowany
- jabłko surowe - szesnastki
- natka zielonej pietruszki
- sałata rzymska


Zostaliśmy poczęstowani. Zjedliśmy trochę, jak kolację. Były świeczki i "Sto lat!". Niejarosze ukradkiem zjedli coś słodkiego.

I po urodzinach:)

czwartek, 5 kwietnia 2018

Kluski

Używam głównie mąki ciemnej, pełnoziarnistej, bo chciało by się, żeby w klusce było coś więcej niż kalorie. Oto przepisy, które wymyśliłam i wypróbowałam. Są OK, wymagają jednak pewnej wprawy w robieniu kluch, toteż dodałam kilka uwag dla tych, którzy z kluskami dopiero zaczynają (np. dla Córek:).

Zielone kluski jęczmienne
Zagospodarować nadwyżkę kaszy jęczmiennej z wczorajszego obiadu: zmiksować ją, wbić jajko, zmiksować fasolkę z puszki, białą. Dosypać zmielonych na proszek suchych liści, których brak zimą, a bywają w sklepach ze zdrową żywnością - może to być opcja: młody jęczmień, jarmuż sproszkowany, czy też mieszanina suchej zieloności. Mamy tez suszona pokrzywę w zasobach domowych. Do mieszanki dodajemy mąki, na oko, ostrożnie i z wyczuciem, bo gdy przesadzimy z jej ilością kluski będą za twarde.



Kluski z kaszy gryczanej i twarogu
Kasza gryczana z wczorajszego  obiadu nie wymaga mielenia do stworzenia tych klusek. Wrzucamy do niej kostkę twarogu, wbijamy jajko (lub dwa) i dosypujemy mąki, tu znowu potrzebne wyczucie. Obecność twarogu sprawia, że kluseczki są bardzo delikatne, więc mąki można dorzucać śmielej, niż w przepisie na zielone kluchy.

Lubię kształt kopytek - tutaj kluski gryczano-twarogowe jeszcze na surowo...

... a tu już w garnku po ugotowaniu


Kluski wątróbkowe
Wątróbkę poddajemy obróbce termicznej (usmażyć na maśle klarowanym albo wrzucić do gotującej się wody i gdy ta ponownie zawrze - odcedzić). Ziemniaki ugotować. Ziemniaki i wątróbki zemleć/zblendować na jednolitą masę, wbić jajo, dodać mąki i dużo drobno posiekanego koperku. Można też zrobić  sos koperkowy lub musztardowy/chrzanowy. Jest to sposób na przemycenie wątróbek jeśli dziecko ich nie jada, a zależy nam na wątróbkowym żelazie.

Uwagi o gotowaniu klusek:
- wrzucamy kluski do gotującej się mocno wody, po wrzuceniu przykręcamy gaz, a gdy wypłyną pozwalamy im pływać ok. 5 min. Nie zbyt długo, bo się rozpadną.
- właściwie raczej mieszamy wodę drewnianą kopyścią, a nie kluski. Są one delikatne, więc łyżka mogłaby je uszkodzić. Mamy za zadanie wprawić w ruch wodę, aby kluski nie przywarły do dna. Mieszanie rozpoczynamy zaraz po wrzuceniu klusek, a nawet można machnąć łyżką kilka razy, gdy wrzucimy ich na wrzątek mniej więcej połowę
- kluski wrzucamy z niewielkiej wysokości, by chlapiący wrzątek nie oparzył dłoni
- ugotowane kluski odcedzamy tzw. łyżką cedzakową i delikatnie przekładamy je do rondla, w którym tkwi już wcześniej rozpuszczone masełko
- warto wrzątek do gotowania klusek osolić

Posypka:
Nie myślcie, że nie lubię przyrumienionej bułeczki z masełkiem. Lubię. Ale w różnych mądrych lekturach wyczytałam, że można by jeszcze wzbogacić walory klusek traktując je po wierzchu posypką. Należy mianowicie zmielić na drobno rozmaite ziarna, najlepiej kilku rodzajów, choć można i jednego, i posypać nią kluski na wydaniu.
Składniki do zrobienia posypki (w dowolnych proporcjach):
orzechy włoskie, pestki dyni i słonecznika, len, mak, sezam czarny i biały łuskany, albo i nie, otręby itpd.
Posypki tej można używać też do chleba na kanapki, na biały serek, dżem, miód... Przechowuje się ją w lodówce (tłuszcze w ziarnach mają tendencję do jełczenia) i sporządza w małych porcjach, żeby spożyć szybko.

Jak to dobrze, że wiosna wreszcie rusza i nudną posypkę można będzie urozmaicić całą górą świeżych zieloności!

środa, 4 kwietnia 2018

Post postwielkanocny

Już po świętowaniu i wszystkie jaja zjedzone. Zamieszczam tu jednak dokumentację, bo może mi się ona przydać za rok i potem. Chodzi mianowicie o kolory pisanek.

"A wiesz mamo, że można jaja włożyć do łupin z cebuli i będą miały ładny kolor?" - zapytało moje młodsze Dziecko sensacyjnym głosikiem.




No, nie popisałam się.
Taka jestem naturalistyczna matka, a tu dziecko ma podstawowe braki w pisankorobieniu. Nie mogę zwalić całej winy na Dziadka, który co roku montuje z myślą o nas sporą michę cebulowych pisanek i przyjeżdżamy na gotowe. Dobrze, że to robi, bo nasze są często dramatyczne w swym wyrazie (np. te zeszłoroczne okopcone na czarno i umazane w wosku...). Wszelako pokazać dzieciom barwienie cebulą trzeba.
Córka wysłana do najbliższego warzywniaka  przybyła ze smutną wieścią, że łupiny wyszły, ale zaprzyjaźniony sprzedawca nie chciał nas zostawiać na lodzie, więc dał nam łupiny z cebuli czerwonej, bo takie tylko mu zostały.
Ponadto włożyliśmy jaja do łupin tradycyjnych, z których oskrobałam wszystkie nasze zasoby cebulowe.




Włożyliśmy też jaja do naparu z liści pokrzywy, czarnej herbaty i kompotu z aronii.

Do przetestowania pozostają koniecznie:
- kurkuma
- buraki czerwone
- sproszkowana czerwona papryka
- inne niż pokrzywa zielone liście (szpinak? odwar ze skrzypu?)

Idea, w skrócie, polega na tym, żeby suchy surowiec zalać wodą, zagotować i uzyskać kolorowy roztwór, którego oddziaływanie na skorupkę jajeczną wzmacniamy dolewając do niego ocet (który, jak wiadomo wchodzi w reakcję powierzchniową ze skorupką, co ułatwia wniknięcie weń barwnika). Następnie uzbrajamy się w cierpliwość i wytrwale moczymy jaja w kolorowych roztworach (łupiny i inne farfocle wcześniej odcedziliśmy) dbając by były w całości zanurzone.

Jajko o pożądanej barwie wyjmujemy delikatnie łyżką na talerz i czekamy aż wyschnie.
Albo i nie.
Jak się okazuje mokre jajo jest idealne do tego, aby na nim wydrapać zapałką/wykałaczką wzorek. Barwnik łatwo schodzi i żadne tam żmudne drapanie nie musi mieć miejsca. Warunek: rzecz cała wykonujemy na świeżo, delikatnie trzymając w palcach mokre jajo (a kolorowy barwnik kapie nam po ubranku i na podłogę, ale to naprawdę detal).
Można też uzyskać ciekawe wzorki próbując osuszać jajo ściereczką - wychodzą takie artystyczne maźnięcia:)
Myślę, że wszystko to wina chluśnięcia octem hojną ręką.



Z czerwonych cebul kolor wychodzi brązowy, u długo trzymanych w roztworze jaj - bardzo ciemno brązowy.
Z herbaty - jasny brąz. Z pokrzywy- kolor oliwkowy. Cebula żółta daje kolorystykę jednak najpiękniejszą - od ciemnej żółci po głęboką czerwień.
Aronia daje fiolet i to ładny!
Najlepsze jest to, że całość półmicha prezentuje się ładnie.

Żegnajcie chemiczne barwniki pseudospożywcze!
Żegnajcie plastikowe nalepki najajeczne!

Gwoli kronikarskiej rzetelności dodajmy, że malowaliśmy też wydmuszki plakatówką (brać raczej gęstą, wody minimum) i pryskaliśmy całość kontrastowym kolorem za pomocą szczoteczki do zębów. Wychodzą piegowate jaja, inspirowane piękną książką Jerzego Gotzmana i Bolesława Jabłońskiego p.t.: "Gniazda naszych ptaków" (PZWS, Warszawa, 1972, do zdobycia w antykwariacie, jak mniemam), jakże abstrakcyjną dla mieszczuchów.




Jaja takie umieszczamy w "gniazdeczku" i otrzymujemy dekorację stołowoświąteczną na jarmark szkolny (wygrywając przy tym bon do Empiku:).



Podstawę do gniazdeczka zawdzięczamy Psu w Swetrze, który organizuje bazar - giełdę, w celu pozyskania środków na leczenie kota. Cel to szczytny - zajrzyjcie, może Wam się coś spodoba?

P.S. Post ten miał ukazać się przed Świętami Wielkanocnymi, w ramach miedzyblogowego projektu "Matematyka na święta 2" wzbogacony o zadania z procentów dla klasy V szkoły podstawowej, z którymi zmaga się Dziecko. Z powodów infekcyjnych nie daliśmy rady, ale i tak w linku do projektu znajdziecie mnóstwo linków do projektów tych, którzy mieli czas i zabawiali się z dziećmi pięknie, świątecznie i matematycznie.
Dziękuję Bajdocji serdecznie za zaproszenie do projektu i mam nadzieję, że będę miała okazję zrehabilitować się, gdyby nadarzyła się okazja do projektu "Matematyka na wakacje" lub "Matematyka na Boże Ciało" lub "Matematyka na 3 Maja":)

poniedziałek, 26 marca 2018

Fauna - gra, którą warto kupić

Jest kilka takich gier, które warto mieć w domu, gdy są w nim również dzieci. "Faunę" warto, zwłaszcza, gdy macie Młodych o zainteresowaniach przyrodniczych i matematycznych. O tym, co nas w niej zachwyciło, a co w niej się nie przydało - poniżej.



Najważniejsze w grze są: plansza, karty i pionki-sześciany.

Plansza ma dwojaką funkcję: po obwodzie biegnie trasa przemieszczania się pionów, zaś jej środek wypełnią mapa świata podzielona na obszary, w których występują rozmaite gatunki zwierząt. Obszary dobrane są nader fortunnie, dość rzetelnie pokrywają się z podziałami ustalanymi przez zoogeografów. Ponadto na planszy widnieją skale rozmiarów i wag używane w rozgrywce.



Na kartach widnieją rysunki zwierząt z podanymi nazwami gatunkowymi, również w języku łacińskim. Łacina przydaje się, bo może być kluczem do ustalenia, gdzie dane zwierzę występuje, choć nazwa polska tego nie sugeruje. Spójrzcie np. na tę kartę:



Poza tym prawdziwi przyrodnicy od czasów Linneusza posługują się nazwami łacińskimi i warto się do ich użycia wdrażać (nie, nie myślę, że to umiejętność nieprzydatna). Nie mówiąc o tym, że łacina jest po prostu pięknym językiem, dźwięcznie brzmiącym w uchu, a wymawianie nazw łacińskich polecam również tym, którzy ćwiczą wymowę i dykcję.

Karty są umieszczone w specjalnym pudełeczku, które zasłania je od połowy w dół. I to jest właśnie kluczowa kwestia. Na zasłoniętej części karty znajdziemy dane o zwierzęciu - miniaturową mapkę z regionami jego występowania, informacje o wadze i rozmiarach ciała i ogona (jeśli zwierzę go ma). Jest też trochę systematyki dla zainteresowanych, którzy mają chęć dowiedzieć się, do jakiej rodziny czy rzędu należy zwierzę. Na podstawie tej wiedzy można używać kart jeszcze inaczej, według własnego pomysłu, np. wyszukując gatunki spokrewnione ze sobą.



Karty są dwustronne (niech żyje oszczędność papieru!) - jedna ze stron zawiera zwierzęta "łatwiejsze", czyli częściej spotykane w naszej strefie klimatycznej lub łatwiej rozpoznawane w ogóle. Ilustracje tych gatunków mają zieloną ramkę.
Te zaś, które obramowano na czarno są wersją "trudniejszą" obejmującą gatunki o nazwach zorilla paskowana czy buszowiec Ansorga. Tak, to jest wyzwanie, ale jaka frajda w poznawaniu nowych, tajemniczych gatunków!

Idąc tropem buszowca Ansorga poszukaliśmy jego fotografii w internetach i stąd kolejny miły wniosek - ilustracje Petera Brauna są bardzo dobre i wiernie oddają wygląd zwierząt. Jest to jeden z wielkich atutów tej gry.

Drugim, ważniejszym atutem jest sama koncepcja. Chodzi o to, że gracze mają samodzielnie określić, gdzie zwierzątko występuje (i tam postawić swój sześcienny pionek), ile waży (pion na skali wagi) i ile mierzy (piony na skali długości ciała i ogona). I tu się zaczyna zabawa! Pokażcie mi dziecko, a nawet przeciętnego dorosłego, który tę wiedzę posiadł w przypadku tak wielu gatunków! Rozpoczyna się więc kombinowanie, odwoływanie się do najdalszych zakamarków pamięci ("widziałem kiedyś taki film przyrodniczy...") i szacowanie. Szacowanie jest jedną z ważnych umiejętności, którą powinni posiąść uczniowie szkoły podstawowej. Ćwiczy się to to na matmie i przyrodzie. A raczej powinno sie ćwiczyć, jeśli nauczyciel znajdzie na to czas i chęci.


Gra jest przeznaczona dla osób w wieku lat 10 i starszych. Jak gra nasz 6-latek? Otóż do gry załączyliśmy miarkę krawiecką, na której dziecko pokazuje domniemany rozmiar zwierzęcia i przekłada go na skalę z planszy do gry. Podobnie jest z wagą. Nasza mała waga elektroniczna i zestaw autek najmłodszego Jacka pomagają Jurkowi oszacować ciężar zwierzęcia.



Nie używamy czarnego lwa, który ma być znacznikiem osoby rozpoczynającej rozgrywkę i rozgrywającej w danej chwili - nie jest potrzebny, gdy gracze śledzą tok rozgrywki. Może się okazać przydatny, przy większej liczbie graczy, którzy mają kłopot ze skupieniem uwagi i oczekiwaniem na swoją kolej.
Nie używamy też czarnych "znaczników oceny", ale mogą się przydać do samodzielnej kontemplacji gry.

Pułapki:
Na kartach podano długość/wysokość zwierzęcia. A gdy mamy do czynienia z koniem czy lamą to o co tu chodzi? Wysokość w kłębie? Długość od nosa do zadu? W pionie czy w poziomie?

Podobnie rzecz się ma z nietoperzem - człowiek zaczyna się zastanawiać, czy chodzi o wymiar zwierzaka wszerz, z rozłożonymi skrzydłami, czy wzdłuż.

Trafił się też błąd w nazewnictwie polskiego gatunku.

No i najgorsza rzecz: jeśli zwierzak występuje na 1 lub 2 obszarach, a graczy jest więcej, dochodzi do tego, że oznaczają występowanie danego gatunku na oceanie (choć jest to papuga, a nie zwierzę żyjące w wodzie), byle tylko zdobyć punkty za to, że "przylegają" w swoich szacunkach do faktycznego obszaru występowania zwierzęcia. 
Optymista powiedziałby, że gra uczy też "kombinowania", ewentualnie "strategicznego myślenia".

Instrukcja jest przystępna. Wykonanie gry - solidne.U nas najbardziej ucierpiało pudełko i plansza od częstego składania i rozkładania.

Gra pomaga rozwijać umiejętność szacowania, znajomość geografii i zoologii. Wykorzystuje metody grywalizacji, a zatem mogłaby być świetną pomocą dydaktyczną dla szkół.


P.S. Autor gry - Friedemann Friese - jest zielonowłosy. Chyba tak mu się fryzura zazieleniła, gdy wymyślał tę grę. I czy to przypadek, że większość jego gier zaczyna sie na literę "F"?

Za udostępnienie gry nie dziękujemy wydawnictwu Rebel, o nie (...), lecz naszym Ulubionym, Zaprzyjaźnionym Sąsiadom, którzy nam ją często, na długo i bez zbędnych ceregieli pożyczają:)



piątek, 2 marca 2018

Owsiane ciastka czekoladowe - wariacje

Nie ma to, jak natchnienie! Przeczytałam w Bajdocji przepis na ciasteczka i już stałam w kuchni nad garnkiem - tak bardzo mi się ich zachciało. Wydaliśmy wojnę cukrowi w naszej diecie, ale odzwyczajanie się od cukru łatwe nie jest. Nie kupujemy słodyczy w sklepach (no, z wyjątkiem gorzkiej czekolady), ale w domu robimy sobie własne, zdrowe słodycze. Poniżej kilka wersji tego samego. Mniam!





Wersja 1 - palce lizać!
Pół kostki masła stopić i wystudzić (pilnując, aby zachowało konsystencję płynną). Do ostudzonego masła dodać 2 łyżki miodu i 2 surowe żółtka (pamiętać o dokładnym umyciu jaj). Wymieszać płynne składniki na jednolitą masę. Dodać 2 łyżki kakao i dalej mieszać. Na końcu dodać 1 szklankę płatków owsianych i 1 szklankę nasion - słonecznika, pestek dyni i orzechów włoskich w proporcji 1:1:1. Można dodać rodzynek. Całość jest raczej chłodna, ale nie przejmować się, że nie zastygnie i nie przyjmie ładnego kształtu, tylko wyłożyć łyżeczką na płaską powierzchnię. Gdy zastygnie zdjąć z niej i umieścić na talerzyku w lodówce dla dalszego utwardzenia. U nas konsumpcja odbywała się tuż po wymieszaniu wszystkich składników. Myślałam, że o formowaniu ciasteczek mowy nie będzie, bo nie zdążę, ale jednak zdrowy rozsądek wygrał, bo za jednym zamachem zjeść tę porcję niepodobna, nawet podzieloną na 5 gąb.



Wersja 2 - autorski pomysł Jurka
1 szklanka płatków owsianych błyskawicznych
1 szklanka wody
Zagotować płatki na wodzie. Staną się geste i kleiste.
Dodajemy ćwierć kostki masła, rozpuszcza się, mieszamy, a następnie mieszankę studzimy,
Do przestudzonych płatków z masłem dodajemy 2 łyżki kakao i 2 łyżki miodu oraz ziarna, jeśli mamy i chcemy (u nas resztka słonecznika i pestek dyni).
Toczymy ręcznie kuleczki. Jurek preferował kształt kluski śląskiej, moczył dłonie w wodzie, dzięki czemu "kluski" nie przyklejały się do skóry i pozwalały się formować. Ja wolałam obtoczyć całość w sezamie. Zjedzone migiem. Moim zdaniem dość delikatne - dodałabym więcej miodu i kakao, żeby były bardziej zdecydowane w smaku.



Wersja 3 - wymyślona naprędce, w potrzebie chwili
Zmielić w młynku po 2 łyżki nasion słonecznika, lnu, pestek dyni, sezamu białego, sezamu czarnego i łyżeczkę nasion chia. Dodać do nich 1 szklankę płatków owsianych i wymieszać na sucho. Można też dodać rodzynki i śliwki suszone (to takie moje marzenie, nigdy z dodaniem śliwek nie zdążyłam, bo znikały). Osobno w garnku topimy pół kostki masła, dodajemy 2 łyżki melasy z buraka cukrowego i 1-2 łyżki kakao. Wymieszać suche z mokrym, toczyć kulki, obtaczać w wiórkach kokosowych lub sezamie białym.

Pamiętam, że kiedyś robiłam też te ciasteczka z masłem orzechowym w roli głównej i też były przepyszne. Właściwie kombinacji jest sporo. Wszystko zależy od tego, co mamy aktualnie w lodówce z faz ciekłych i stałych. Składnikiem używanym zawsze jest kakao i płatki owsiane, a zamiast cukru wkładamy w ciastka miód lub melasę.

Uwaga! Płatki owsiane zawierają fityniany, które utrudniają przyswajanie cennych składników odżywczych (które w tych płatkach tkwią). Wszelako zjedzenie dziennie śniadania z płatkami owsianymi czy konsumpcja ciasteczek, takich, jak te powyżej, nie jest szczególnie niebezpieczna. Trzeba wszak zachować umiar. Aby zmniejszyć negatywne skutki oddziaływania fitynianów zaleca się wcześniejsze moczenie przed spożyciem (np. przez noc), a nawet skiełkowanie nasion, obróbkę termiczną czy nawet fermentację (dot. chleba na zakwasie). Ciągle się zastanawiam, ile właściwie pożytecznych składników z takich ciasteczek mój organizm przyswoi, a ile sobie na własne życzenie odbieram.

P.S. Dziś przy kolejnym podejściu do ciastek, w którym było bardzo mało płatków owsianych (wyszły wcześniej na inne cele), za to było bardzo dużo maku (został po Bożym Narodzeniu) doszłam do wniosku, że wartałoby może zrezygnować z płatków, a zlepiać ze sobą rozmaite ziarna (również zmielone), mak, wiórki kokosowe itd. Zlepiać miodem i masłem z dodatkiem kakao lub bez. Ale czy to by jeszcze były te same ciastka?

poniedziałek, 26 lutego 2018

Napięcie powierzchniowe jeszcze raz, inaczej

Napięcie powierzchniowe wody to wdzięczny temat. Łatwo je pokazać. Możliwe, że już widzieliście naszego posta o napięciu powierzchniowym z wodą i pieprzem w roli głównej. Tym razem przydały się pieniądze:)



Trzeba wlać do szklanki pełniutko wody. Po brzegi.
Szklankę zapobiegawczo ustawiamy w miseczce.
Mamy zgromadzone obok monety różnych nominałów.
Pytamy Młodego: "Ile jeszcze pieniążków zmieści się w szklane zanim woda się wyleje?"
J. obstawiał, że zmieści ze dwie.
Zmieściło się tyle, że przestaliśmy je liczyć, mając ciągle pewność, że ta, którą właśnie wrzucamy jest ostatnią, która przepełni miarkę.
A tu nici!
J. wrzucał dalej.
Był to czas pełen napięcia emocjonalnego, bo woda po prostu NIE CHCIAŁA wylać się ze szklanki.






I czy to nie jest cudowne?!
Jaka szkoda, że cały ten piękny menisk wypukły niweczy kropelka płynu do mycia garów.

Trafiłam przypadkiem na filmik, który prosto to wszystko wyjaśnia, choć na poziomie ponadprzedszkolakowym i pokazuje jeszcze inne fajne "triki":

czwartek, 22 lutego 2018

Nie-pasta do zębów

Miło pobyć w lesie poza miastem. Smogu nie ma. Dzięcioł stuka. Zimno, cicho. Przynieśliśmy niewielkie, świeżozielone trawki i listki dla chomika, kwiatostany leszczyny na napar i... surowiec do szczotkowania zębów.


Mam tu na myśli gałązki świerka i sosny zebrane z dna lasu, ale jeszcze wciąż żywe i pachnące żywicą.

Najpierw zostały umyte, a potem odcięte nożyczkami od gałązki.



Następnie drobniutko posiekane, prawie na proszek (myślę cichcem, że można by ten stan osiągnąć młynkiem elektrycznym w jedną minutę, ale pozwoliliśmy Ojcu delektować się krojeniem z użyciem narzędzia, które sam był stworzył ze starej piły tarczowej).




Zielony proszek wsypujemy na talerzyk i zanosimy do łazienki.
Moczymy szczotkę do zębów w wodzie, a potem w proszku świerkowym albo proszku sosnowym.

Dla większego wyboru i efektu szorującego powstał jeszcze proszek z suszonego rumianku oraz opcja igliwie+świeży imbir (dla twardzieli, bo piekąca).



Nie wiem jaka jest skuteczność tej "pasty do zębów", ale w ustach pozostaje miły smak (było niewiele żywicy, która jest gorzka). Jakbym zjadła kawałek lasu, w którym spacerowaliśmy.
Obecnie wszystkie proszki wyschły i wymieszane dalej tkwią w łazience używane z doskoku. Płukanie zębów po szorowaniu musi być pilniejsze niż po zwykłej paście, nawet tej bez fluoru:)

P.S. Byłabym zapomniała o źródle, a warto zobaczyć, jak prymitywny technolog na  śniegu majstruje sobie jeszcze do tego szczoteczkę zębową:

 Primitive Technology: Toothbrush and Paste, New primitive technology