wtorek, 20 czerwca 2017

Waga

Trafił nam się nowy gadżet - waga elektroniczna. Będziemy na niej odważać subtelne ilości ziół i chemikaliów do domowych napitków, środków myjących i czyszczących. Póki co, Młodzi ją dorwali. Waga jest fajną zabawką. Zobaczcie:

- można zważyć różne obiekty, którymi Młody człowiek właśnie się zabawia
 

- można sobie położyć miseczkę i wytarować całość, a potem odmierzyć do miseczki małą ilość czegoś lekkiego




- można w ogóle wprawiać się w czytaniu cyferek elektronicznych, innych przecież niż te pisane ręcznie czy drukowane
- można szacować ciężar przedmiotu, a potem sprawdzać, czy zgadliśmy prawidłowo
- można porównywać ciężar przedmiotów, które teoretycznie powinny ważyć mniej więcej tyle samo. jednak kura to nie komputer i jaja ważą różnie:)


- można porównywać ważąc w rękach ciężar dwóch przedmiotów i zgadywać, który jest cięższy. A potem sprawdzić, czy mieliśmy rację.



A najlepiej byłoby posiadać wagę z szalkami i odważnikami. Że też wcześniej na to nie wpadliśmy! To dopiero jest zabawa! Daje Młodemu człowiekowi ważne wyobrażenie o tym, co to jest masa przedmiotu. No i można się bawić w sklep-warzywniak i ćwiczyć przy okazji liczenie! Waga szalkowa jest po prostu świetną zabawką edukacyjną!

A zanim ją sobie i dzieciom sprawimy - namiastka on-line też się nada:

Buliba
Ciufcia

PS. Przypominam sobie jeszcze jedną zabawę, w którą kiedyś bawiłam się z Hanią. Należy wziąć wieszak i 2 nitki tej samej długości przymocować na jego ramionach. A do nitek przytwierdzić 2 nadmuchane balony: jeden z większą ilością powietrza wewnątrz, a drugi z mniejszą. Gdy powiesimy balonik na drążku - przyglądamy się całej "wadze". Większy balon opada w dół, a zatem powietrze w nim się znajdujące jest cięższe od tego, które tkwi w drugim balonie. A zatem powietrze też waży! Też ma masę! Mimo, że jego istnienie jest dla nas tak nieuchwytne. Choć konieczne.
Doświadczenie to robiłam dawno, ale J. zabrał mi trochę motywację do jego powtórzenia, gdy oznajmił w rozmowie, że powietrze też swoje waży i przeszedł do innych zagadnień. Znaczy - wie i to go chyba nie będzie specjalnie rajcować.

wtorek, 13 czerwca 2017

Miesięczny kalendarz przedszkolaka

Jurek zapragnął własnego kalendarza na miesiąc czerwiec. Ręcznej roboty. Niech ma! Problem w tym, że zapragnął na kwadrans przed moim wyjściem z domu. A zatem dobry kawałek roboty odwaliłam za niego, żeby było szybciej. Nie bierzcie ze mnie przykładu i pozwólcie Dziecku wyżyć się manualnie. A kalendarz robi się tak:


Trzeba mieć: 
- blok techniczny A3 lub A4, a w nim przynajmniej ze 2 kartki
- klej lub taśmę klejącą
- nożyczki
- mazaki

Wykonanie:
- wyciąć paski z kartki,
- na nich narysować kreseczki, które oddzielą poszczególne dni od siebie (na górze i na dole zostawić trochę wolnego miejsca na przytwierdzenie kalendarza do ściany czy mebla)
- wpisać dni od 1 do 31
- zapewne zaistnieje potrzeba sklejenia ze sobą 2-3 pasków papieru, żeby uzyskać wystarczającą długość na cały miesiąc
- wyciąć i pokolorować listki, dokleić je u podstawy kalendarza (pod  jedynką)
- wyciąć i pokolorować kwiatek-suwak
- nałożyć kwiatek-suwak na pasek-kalendarz

Kalendarz Jurka przytwierdzony jest na drewnianym rogu łózka piętrowego




Okazało się, że J. potrafi bez ściągi wpisać wszystkie cyferki. Planowałam, że podetknę mu jakąś podpowiedź, np. nasz domowy kalendarz.
"Mamo, dziś jest siódmy?" zapytało dziecko (aha, czyli efekty objaśniania jak działa nasz kalendarz też są).
Zaznaczyliśmy.

Dzień zaczynamy od przesunięcia kwiatka.

Teraz przemyśliwuję, jakby tu urozmaicić ten kalendarz, żeby Młody sobie mógł zaznaczać, co chce. Chyba trzeba jednak pójść w kierunku kalendarza z dużą ilością miejsca do wpisywania.  Na wszelki wypadek zanotuję linki do gotowców do druku, jeśli nie wpadnę, jak przedszkolak może szybko i skutecznie zrobić własne rękodzieło. Gotowce są też śliczne, a można je po swojemu ozdobić:

Kalendarze dla dzieci do druku
Wasze ulubione szablony na 2017 rok
Botaniczny kalendarz
Kalendarz z gwiezdnymi wojnami
Kalendarz 2017 do druku


Na razie pojawiła się u nas potrzeba oznakowania pierwszego dnia lata oraz początku wakacji - daty tak bardzo wyczekiwane przez młodzież, a przez rodziców traktowane z rezerwą, gdyż nadchodzi czas zapominania tabliczki mnożenia i reguł gramatyki polskiej, o angielskiej nie mówiąc.


czwartek, 25 maja 2017

Eko-zabawki - prowizorka pudełkowa

Wiadomo, że nawet najdroższa zabawka w końcu się znudzi, a dziatwa stale pragnie czegoś nowego do rozrywki. Od zabawek plastikowych nie da się uciec. Ale pchnięta nagłym impulsem machnęłam najmłodszemu serię akcesoriów z pudełek. Mają wzięcie mniej więcej takie samo, jak plastikowe za dużą kasę:)

Zaczęło się od tego, że gotowałam kaszę gryczaną na obiad. A ona w takim fajnym pudełeczku z dziurką. Zapytałam Młodego, czy by nie chciał. A on chce. Łódkę z tego robi. Łódka płynie, szumią fale, co chwila ktoś do niej wsiada. Tylko dla naszych (plastikowych) lalek ta łódź poniekąd za głęboka.



Jest na to sposób.
Trzeba przeciąć pudełko w płaszczyźnie "równikowej". A potem włożyć na wcisk górną część w dolną.


Nie ma to, jak natchnienie ze strony Potomka! W kolejnych "dziełach" posunęłam się do rozmaitych okienek, które można otwierać i zamykać. Mamy też blok (Jacek zwykle użytkuje go w charakterze płonącego budynku, który trzeba gasić), tipi oraz szalupę ratunkową.







Pudełek chwilowo zabrakło, ale rodzina 5-osobowa wytwarza tyle śmiecia, że w końcu objawią się nowe i będziemy działać dalej.


niedziela, 21 maja 2017

Eksperymenty dla starszaków

Przygotowywałam niedawno eksperymenty na mojego drugiego bloga "Przyroda na 6". Zasadniczo są one przeznaczone dla uczniów klasy 4-ej i 7-ej szkoły podstawowej. Cóż to jednak szkodzi, żeby młodzież przedszkolna też się nimi zainteresowała? Owszem, zajęli się eksperymentami, ale po swojemu.

Zajrzyjcie do posta: "Jak działają płuca?"
Zrobiliśmy model klatki piersiowej, tzn. zrobiłam go ja, bo jednak trzeba było obcinać butelkę PET nożycami i naciągać balonik na tę butlę, co wymagało większej niż dziecinna sprawności manualnej, a Hania tkwiła w szkole nad sprawdzianem z historii. Wszelako, gdy model już powstał wywierał największe wrażenie swoim "oddychaniem" - po prostu słychać świszczące wdechy i wydechy - zupełnie jak u żywego człowieka:)
Pojawiło się jednakowoż skojarzenie odkurzaczowe i okazało się, że model, owszem, wciąga i wydmuchuje skrawki czerwonej bibułki. Co za radocha była, nie uwierzycie!



Przy okazji znaleźliśmy świetny filmik traktujący o ciekawych sposobach na wykorzystanie butelek PET. Sami zobaczcie - nie można się oderwać, dźwięk właściwie niepotrzebny:



Kolejny post traktujący o rozdzielaniu mieszanin:

Absorpcja
czy wiecie, że węgiel może odbarwić wodę zaniebieszczoną atramentem? Musi to być wszelako węgiel aktywny, carbo medicinalis, a taki sprzedają w aptece w tabletkach. Hania najbardziej się wczuła w tłuczenie tabletek na proszek w moździerzu. Moździerz ma u nas zawsze wielkie wzięcie, do tego stopnia, że tłuczek dawno już poległ, więc używamy drewnianej "pały", która się sprawdza. Poszła cała paczka węgla. Teraz już na żadną jelitówkę chorować nie możemy. Przynajmniej okazało się, że węgiel aktywny naprawdę działa!!!



Chromatografia bibułowa



Tak, oczywiście rozdzieliły nam się kolorki z czarnego flamastra. Tu byliśmy już jednak zajęci sprawdzianem z angielskiego i wirusowym zapalenie krtani, więc ten eksperyment przeszedł słabo zauważony. Zwłaszcza, że wymagał cierpliwości - zanim barwy zaczęły się widocznie rozdzielać minęło kilka godzin - na białym filtrze kawowym byłoby szybciej, ale białych w metropolii wrocławskiej nie ma. Na krepinie rozdział trwa i dobę, a i tak nie wygląda zbyt profesjonalnie.

Ale i tu trafił nam się filmik z młodym człowiekiem, który rozdziela sobie barwniki metodą chałupniczą, a o wszystkim opowiada po angielsku. Wierzę, że jeszcze do chromatografii bibułowej wrócimy, choć nie można powiedzieć, że był to nasz pierwszy raz. Hania jednak mówi, że w ogóle nie pamięta naszej zabawy w bibułowe kółeczka u Babci. No, trudno. Dobrze, że mam to udokumentowane na blogu:)

poniedziałek, 15 maja 2017

Sposób na siniaki i stłuczenia

Po zderzeniu dziecinnej głowy z regałem czy krawężnikiem trzeba działać szybko. Sezon podwórkowy zaczęty i zdarzyło nam się już ratowanie Młodzieży z guzem na czole. Tego roku postanowiliśmy ratować jeszcze jeszcze lepiej. 

Najpierw wyczytaliśmy w mądrych lekturach, które rośliny działają kojąco na stłuczone miejsca, przeciwobrzękowo, ściągająco, wzmacniająco na naczynia krwionośne w skórze. Roślin tych jest sporo. My wybraliśmy te:



O liście krwawnika łatwo na każdym nieużytku czy łące.
Nagietek pochodził ze straganu przy cmentarzu. Miał naprawdę okazałe kwiaty i był pomyślany, jako roślina dekoracyjna. Na szczęście pachni prawidłowo, więc optymistycznie zakładamy, że zachował właściwości lecznicze.
Kasztanowce kwitną na naszym podwórku.

Można by było do tej mieszanki dodać jeszcze n.p.:
- rumianku (mamy zeszłoroczna resztkę, oszczędzamy)
- krwiściągu (nie trafił nam się, a poza tym jeszcze za wcześnie na zbiór)
- nostrzyka (nie trafiliśmy)
- żywokostu (to raczej nie dla dzieci, ze względu na toksyny)
- babki lancetowatej (zapomniałam zupełnie podczas zbierania, a rosła obok krwawnika!). Babkę można zastosować jednakowoż doraźnie. Na uderzone czy nawet skaleczone miejsce, np. kolano przykładamy liście babki, mogą być w całości lub lekko potarmoszone, żeby jednak puściły trochę soku. Przytrzymać na newralgicznym miejscu za pomocą opatrunku przez kilka godzin.
- arniki (pod ochroną, w życiu nie widziałam na własne oczy)
i innych

Nie wiem dlaczego liczne źródła każą przykładać na stłuczone miejsca ocet. Nie przeniknęłam jeszcze tego zagadnienia. Najważniejszą kwestią jest jednak schłodzenie bolącego miejsca, co nie tylko zmniejszy wylewy podskórne, bo wspomaga obkurczanie się naczyń krwionośnych, ale zadziała znieczulająco. A jeszcze lepszy będzie lód z naparu ziołowego:

Napar wlany do foremek, jeszcze przed zamrożeniem

Kwiaty kasztanowca i nagietka oraz liście krwawnika zaparzyłam wrzątkiem, pod przykryciem. Pozostały w naparze dopóki nie wystygł całkowicie. Odcedzony napar wlałam do silikonowych foremek na lód. I do zamrażalnika. Przy walnięciu kolanem, łokciem, czołem o twardą powierzchnię - będzie jak znalazł.  Kostkę lodu owijamy chusteczką i przykładamy do uderzonego miejsca.

Napar przed odcedzeniem. Miał lekko słomkowy kolor.

Mam nadzieję, że okazji do używania ziołowych kostek lodu będzie jak najmniej w tym roku, czego i Wam Drodzy Czytelnicy życzę.


wtorek, 9 maja 2017

Kwiaty na kanapkach...

... wyglądają ładnie. Jedliśmy je ochoczo, Jurek wymyślał coraz to nowe kanapki, a na nich zestawienia kolorystyczno-smakowe. Zobaczcie, może i Wy spróbujecie?


Natchnieniem do naszych kwiatowych działań kulinarnych okazał się wpis Pana Łukasza Skopa na blogu "Bez-ogródek". Spojrzeliśmy na kwiaty wygłodniałym wzrokiem:)

Młode liście sałaty, plasterki rzodkiewki, tarty żółty ser i kwiaty bluszczyku kurdybanka (te małe niebieskie)

Tu podobne zestawienie jak powyżej, ale na górnej kanapce kwiaty purpurowej magnolii, a na dolnej sporo stokrotek i bluszczyku.

Tu biały serek jako kontrast dla magnolii i rzodkiewki. Stokrotki obowiązkowo.

Kanapka z szynką, musztardą i stokrotkami

A tak wygląda łan kwitnącego bluszczyku. W zimny dzień, gdy nigdzie nie widać pszczół tutaj praca idzie pełną parą, a brzęczenie rozchodzi się dość głośno.



Przegapiliśmy jeszcze w babcinym ogrodzie konsumpcję tulipanów i bratków. Babcia pewnie tak bardzo tego nie żałuje.

Kwiaty mniszka dodawałam do sałatki z młodej sałaty i liści rzodkiewki z sosem winegret. Parzyliśmy je też wrzątkiem z cytryną i popijaliśmy.


A wiecie, co wyczytałam ostatnio o miodzie?
"... miód w odróżnieniu od cukru (sacharoza) nie sprzyja powstawaniu próchnicy zębów. Stwierdzono, że wzrost paciorkowców Streptococcus mutans, będących główną przyczyną próchnicy, hamowany jest przez nadtlenek wodoru powstający w miodzie pod wpływem zawartego w nim enzymu oksydazy glukozy."
B. Kędzia, E. Hołderna-Kędzia
"Leczenie produktami pszczelimi"
PWRiL, Warszawa, 1994

I tak od stokrotek doszliśmy do wody utlenionej. A co zjedliśmy - to nasze!

czwartek, 4 maja 2017

Gra "Bankrut" z użyciem kart z "Biedronki"

Poniżej zapisuję zasady grania w grę "Bankrut" z użyciem kart ze zwierzątkami pochodzących z kart biedronkowych. Gra się świetnie - gorąco polecam dla całej rodziny! Mogą grać już dzieci 6-letnie, a nawet młodsze bystrzaki.



Zasady gry
Należy zgromadzić karty w ilości, jak na zdjęciu:

P.S.: "złoto" oznacza u nas karty w kolorze pomarańczowym
Idealnie byłoby mieć po 5, 7, czy 9 kart z takimi samymi zwierzątkami, ale to nie u nas, dlatego posługujemy się kolorami.

Karty należy wymieszać i rozdać równomiernie między co najmniej 3 graczy. Jedna karta zostaje wolna - tę odkrywamy i kładziemy na środku tak, aby była dobrze widoczna. Ta karta jest "felerna", czyli za posiadanie kart w jej kolorze dostaniemy na końcu gry punkty ujemne.

Gdy już mamy karty w ręku układamy je w wachlarz - karty w tym samym kolorze blisko siebie, tak, żeby wiedzieć ile jakich kart mamy. W oryginalnym "Bankrucie" na kartach są zapisane dużymi cyframi dane - ile, jakich kart jest w ogóle w grze. U nas Jurek nie pozwolił pisać po kartach, wiec zaglądamy do haninej ściągi.
Jeśli cały wachlarz kart nie mieści się w dziecinnej rączce można sobie położyć karty przed sobą, ale osłonić przed wzrokiem innych graczy (np. pokrywką pudełka po układance).

Teraz rozpoczynamy licytację: gracze wymieniają sie kartami w ten sposób aby zebrać wszystkie karty w danym kolorze lub co najmniej większość kart z danego koloru, np. jeśli wiemy, że w talii jest 7 różowych kart powinniśmy zebrać co najmniej 4 - wtedy otrzymamy za nie punkty. Gdy kart będzie mniej niż połowa - nie będą się liczyć do końcowej punktacji.

Licytują wszyscy na raz jednocześnie i to jest najfajniejsze. Graliśmy w układzie po 3 i 4 osoby, a hałas się robi, jak na prawdziwym jarmarku! "Zamienię czerwone na zielone!", "Potrzebuję zielonych! Kto sprzeda zielone?"
Można też oddać kartę za darmo, jeśli ktoś chce ją wziąć, a nam ona niepotrzebna. Można też zamienić w czasie gry kartę "felerną" na którąś ze swoich kart i trzeba to głośno oznajmić. Kolor karty, którą położyliśmy na środku od tego momentu staje się "felerny" (czyli za ten kolor będą punkty ujemne).

Koniec gry następuje gdy przynajmniej jeden z graczy zbierze komplet kart, tzn. wszystkie z wybranego koloru i większości z innych kolorów. Wtedy ten gracz musi zawołać: "STOP!". Za krzyknięcie  "STOP!" gracz otrzymuje 5 punktów.

Teraz licytacje się urywają ("O, nie! Nie zdążyłam!") i podliczamy punkty:
- za posiadanie wszystkich kart z danego koloru, np. 5 czerwonych dostajemy po 2 pkt za kartę
- za posiadanie większości kart z danego koloru, np. 4 fioletowych otrzymujemy po 1 pkt za każdą kartę
- za krzykniecie "STOP!" gracz otrzymuje 5 pkt
- odejmujemy po 1 punkcie za wszystkie karty gracza w "felernym" kolorze
- za karty, które nie stanowią większości danego koloru nie dostajemy punktów wcale

Punktację zapisujemy w tabelce:


Tu wygrała Hania, a ja zremisowałam z Jurkiem

I możemy zaczynać następną rundę. Rund gry jest tyle, ilu graczy. Na końcu podliczamy punkty z wszystkich rund.

Jak wykorzystać karty z Biedronki?

Tak, chodzi o te karty ze zwierzątkami, których wydawanie w sklepie już się szczęśliwie skończyło. Piszę "szczęśliwie", bo karty, same w sobie będące dobrym pomysłem - w naszym przedszkolu okazały się źródłem stresów, handlu, zdenerwowania pani przedszkolanki itd.
Można je zużytkować w zaciszu domowym następująco:


- do gry memo - trzeba mieć po 2 egzemplarze takich samych kart i można zaczynać


 - do gry w wojnę - pary kart też się przydają po to, aby w trakcie rozgrywki zdarzały się "wojny". Mankament: liczby są stosunkowo niewielkie. Zaleta: dziecko uczy się poprawnie nazywać liczby od 1 do 108. J. pojmuje też już która jest większa, a która mniejsza.

Dygresja: Jurkowi udało się poprawnie odczytywać liczby trzycyfrowe dzięki kartom Invizimals, którymi również graliśmy w wojnę

- do gry w piracką wersję "Bankruta". Gra "Bankrut" (Wyd. Nasza Księgarnia) wciągnęła nas od pierwszej chwili. Wypożyczyliśmy ją z "naszej" biblioteki. Oprócz atrakcyjnej rozrywki - uczy: pertraktacji, myślenia strategicznego, a nawet pewności siebie. Oraz ryzykowania:). Można dzięki niej poćwiczyć skuteczne handlowanie. "Monopol" niech się schowa. Zapisuję to tu zupełnie bezinteresownie.

Zasady gry zamieszczam w następnym poście w tym samym dniu, tak, aby zachować przejrzystość tekstów.


- do segregowania na różne sposoby. Autorzy biedronkowi wymyślili sobie swój własny podział zwierząt (najprzebieglejsze, najszybsze etc.). Nie zapomnieli jednak o oficjalnej systematyce - jest umieszczona w albumie na karty. Dzieci segregowały karty wg tej oficjalnej systematyki i przy okazji wydało się, że kilku wielkich taksonów z bezkręgowców w kolekcji w ogóle nie ma, zaś kręgowce zostały potraktowane nierównocennie, bo ryba jest w ogóle tylko jedna.To jednak nie przeszkadza zabawiać się w segregowanie, nasi to bardzo lubią.

- do nauki nazw zwierząt i ich niektórych zwyczajów, rozpoznawania zwierząt po cechach charakterystycznych. Proponuję tak (u nas faza "Bankruta" wyparła wszystkie inne, więc wniosków własnych brak):
 wziąć różne karty - ich ilość dostosować do wieku czy możliwości dziecka. Opisywać wygląd zwierzaka począwszy od cech ogólnych (ma 4 kończyny, ma jedną parę oczu, ma miękkie futerko, jest kręgowcem, ptakiem...) do coraz to
bardziej szczegółowych (ma czarno-białe prążki na ogonie, zielone oczy...). Wybranie kart wymaga pewnego zastanowienia, można wybrać karty, które pokazują zwierzęta spokrewnione, o wielu podobnych cechach, np. krokodyle.

 - użyłam też kart do testowania, co młodzież wie (patrz post: Test - przyroda i marki produktów)

A może Drodzy Czytelnicy mają jeszcze jakieś pomysły?


piątek, 28 kwietnia 2017

Wir w butelce i nie tylko

Jak zrobić wir w butelce PET? Instrukcji znajdziecie w internecie mnóstwo. Udało nam się to bez wiercenia dziurek w zakrętkach. Poza tym zabawialiśmy się uzyskaną konstrukcją na inne sposoby. Poniżej informacje - może i Wasze dzieci zabawią się podobnie. A może wymyślą jeszcze coś nowego?

Dla tych, którzy po raz pierwszy zagłębiają się w temat: należy wziąć 2 butelki PET (u nas 1,5-litrowe, ale podejrzewam, ze może mniejsze byłyby lepsze dla dziecinnych rączek). Do jednej z nich nalewamy wody do pełna (lub prawie). Butelki łączymy ze sobą otworami wpustowymi tak, aby utworzyły coś w rodzaju klepsydry. Istotny jest sposób połączenia. Zupełnie przypadkiem okazało się, że średnice otworów naszych butelek pasują do siebie (jedna wchodzi w drugą na wcisk). Pozostało nam jedynie uszczelnić konstrukcję  taśmą klejącą. I już.

Jeśli średnice otworów wpustowych butli są takie same zaleca się wywiercić otworki w zakrętkach, zakręcić butelki i dopiero teraz łączyć je ze sobą, np. mocnym klejem i taśmą. I tę opcję wypróbowaliśmy, ale okazało się, że otwór jest za mały. Woda nie chciała spływać z górnej butelki w dolną, nawet wprawiona w ruch wirowy. Siły wzajemnego przyciągania cząsteczek wody okazały się większe od siły przyciągania ziemskiego.
Jak się okazało otwór szyjki typowej butelki PET jest idealny dla wirów.

Drugą istotną kwestią jest umiejętne wprawienie butelki w ruch wirowy. Nie jest to sprawa prosta, zwłaszcza dla dziecka, dla którego manipulacja 1,5 litrem wody jest trudna, bo jest to zwyczajnie ciężkie. Jurek robi to opierając butelkę o stół, ale i to mu nie zawsze wychodzi.

Obserwacja spływania wody z górnej butli do dolnej też jest ciekawa. W naszej konstrukcji powstają widowiskowe bąble. Można od razu zauważyć, że woda spływa tu o wiele szybciej, niż w wersji wirującej. Jeśli wprawimy butelkę umiejętnie w ruch - układ cieczy w wirze jest bliski poziomowi i spływanie wody następuje naprawdę wolno.

Bardzo przydatne okazuje się zabarwienie wody atramentem - wtedy lepiej widać powstający wir. Nie zgłębiłam tematu, ale okazało się, że granatowa woda zabarwiona atramentem z czasem blaknie i robi się przezroczysta z zaledwie lekkim błękitnym odcieniem. Dlaczego atrament wymieszany z wodą blaknie, a na kartkach zeszytu - nie?



Młodzież jest kreatywna i używała konstrukcji z butelek z wodą jeszcze następująco:
a/ jako hantle
b/ do turlania, przy czym zaobserwowaliśmy, że konstrukcja skręca w kierunku butelki obficiej wypełnionej wodą i bardzo trudno jest uzyskać kierunek prostoliniowy - zawsze butle skręcały po łuku, nawet, gdy wydawało się, że są wypełnione równomiernie


c/ jako kręgli - obiektów do przewrócenia za pomocą różnych rzucanych weń przedmiotów, głównie piłki. I tu obserwowaliśmy rozmaitą podatność na przewracanie się butelek, zależnie od tego gdzie było więcej wody - w górnej lub w dolnej butli

Przy okazji tej rozrywki wlaliśmy do butli z granatową wodą olej. Chodziło mi głównie o to, żeby Młodzi dodatkowo poobserwowali sobie mieszanie i rozdzielanie się faz. Dwufazowego płynu użyliśmy też do wykonania wiru w butelce, ale tu spotkał nas zawód - ciecz była mętna i wir okazał się niewidoczny. I to też jest przydatna obserwacja.

środa, 26 kwietnia 2017

Pokrzywa w naszej kuchni

Jeśli jeszcze nie są Wam znane walory pokrzywy - szybko się z nimi zapoznajcie i korzystajcie póki są młode listki! Nasze dzieci na wiadomość, że potrawa jest z pokrzywą reagują sztampowo: "Bleeee!". A czasem się zdziwią: "Nawet niezłe!". Jest jeszcze reakcja trzecia - coraz powszechniejsza - po prostu brak reakcji negatywnej, ale i pozytywnej również. Pewnie dziatwa się już pogodziła z myślą, że trudna matka i tak im podetknie wiosną pokrzywę, czy chcą czy nie. Normalka.


Na początku obrazek pokazujący co do tej pory udało mi się zmontować z pokrzywą (rysowała Hania przypominając sobie jak wygląda notatka-mapa myśli. W szkole też to stosują, choć nieczęsto):



Teraz kilka ilustracji z komentarzami:

Koktail bananowo-pokrzywowy. Nie wystarczy zblendować - trzeba przetrzeć, bo czuć dośc mocno szorstkie liście i włókna, a więc pracochłonny. Gdy sie jednak uprzecie - myślę, że lepszy będzie jeszcze z dodatkiem soku z cytryny.

Zrobilismy napary porównawcze: ze świeżych liści, z suszonych i z suszonych przefermentowanych - te ostatnie zdecydowanie najsmaczniejsze, z najgłębszym smakiem. Na świeżo najmniej nam smakowały.




Pierś kurczakowa z posiekaną pokrzywą i groszkiem. Dodałam jeszcze chrzanu, bo nam został po Świętach, ale można i bez tego. Sądzę, że i wersja z dodatkiem pomidorów byłaby smaczna.


*Przepis na ciasteczka - dla nas jeszcze do przetestowania - zapisuję tu, żeby nie zapomnieć. Zaczerpnięty jest z tegorocznego, majowego Weranda Country:


Ciasteczka owsiane z pokrzywą i nagietkiem

2,5 szkl. płatków owsianych górskich
3/4 szkl. cukru
1 szkl. mąki
1 kostka masła
1 jajko
1 cukier wanilinowy
1/2 łyżeczki sody
pęczek pokrzyw - same liście
kwiaty nagietka - same płatki

Utrzeć masło z cukrem, c. wanilinowym i jajkiem. Dodać resztę składników i wymieszać. Formować kulki i spłaszczać, 170 st. 10-15 min. do zrumienienia

Myślę, że na pozostałe rzeczy przepisów podawać szczególnie nie trzeba, bo nazwy mówią same za siebie. Warto tylko nadmienić, że nadmierne spożycie pokrzywy też nie jest wskazane, bo może ona spowodować reakcję alergiczną. I że jemy tylko czubki i młode listki - im późniejsza pora roku tym więcej w nich szczawianów w wersji krystalicznej, raczej niezdrowych. Jeśli się tylko da jadamy pokrzywę na surowo, bo wtedy jest najbogatsza w wartościowe składniki. Praktycznie jest sparzyć ją wrzątkiem, żeby można było siekać bezboleśnie do surówki. Obserwacja własna: młoda pokrzywa przechowywana w lodówce w wilgotnym woreczku przez kilka dni - przestaje parzyć, choc nie traci na jędrności. Do napojów na zimno nie sparzam, tylko umieszczam w naczyniach trzymając przez foliowy woreczek.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Test - przyroda i marki produktów

Gdy dziecko się uczy - testowanie go nie jest dobrą opcją - zabija ciekawość i motywację. Cóż, szkoła musi to robić, wszak i nauczycieli rozlicza się z tego ile i jak nauczyli. Rodzice testować nie muszą, ale jeden mały sprawdzianik potraktowany, jako zabawa można zrobić. Sprawdzianik skłaniający do refleksji, dodajmy.

Znalazłam go w książce Sergieia Boutenko "Dzika spiżarnia". Książki nie cenię szczególnie - jest powierzchowna i efekciarska, a miejscami  nierzetelna, choć ma kilka ciekawych fragmentów. "Test" w niej zawarty wygląda tak:



Ponieważ marki produktów są amerykańskie i u nas nie wszystkie popularne postanowiłam zmontować własny zestaw, ale okazało się, że nie muszę. Dzieci zainfekowane biedronkową akcją kolekcjonowania kart ze zwierzątkami przyniosły do domu album na te karty, a tam:



Karty są fajne. Wyciągnęłam 12 kart z łatwo* rozpoznawalnymi zwierzętami, zasłoniłam nazwy i dalejże prosić dziatwę o nazwanie zwierząt. Nazwali te, które umieli.

* przynajmniej tak mi się wydawało

Nie będę Was zanudzać statystykami mojej rodziny, ale wyszło na ogół, że lepiej rozpoznają marki produktów, niż zwierzątka (i nie ma tu znaczenia fakt, że H. poza tym szczególnie dobrze rozpoznaje rasy koni, a J. kotowate i inne drapieżniki).

Dla dobicia (matki) zebrałam kilka roślin na wietrznym i krótkim spacerze pod blokiem - rozpoznali połowę.


Za to w czasie świątecznego spaceru przyszło mi do głowy, żeby test roślinny rozbudować. Wszak 6 gatunków do rozpoznawania to za mało, pokazało się ich już o wiele więcej. Ale tu faza samego testowania mi nie wystarczyła. Chęć poduczenia Młodych wzięła górę. Mimochodem, między mazurkiem, a filmem o Monster High w ogłupiaczu.



Do roślin dorobiłam karteczki z ich nazwami. Zajmuje to chwilę, gdy się ma je w głowie, więc było mi łatwo. Wiedziałam też na pewno, że są to rośliny, które dzieci często widują i czasem je zrywamy, czasem o nich się opowiada, wmontowuje w bukiety itd. A więc powinni być obeznani. No i mieli dopasować nazwy do roślin. Tato też wziął udział, nawet nieźle mu szło i się rozpędził, tak, że zaistniała obawa, że dzieciom nic nie zostawi. Gdy się mylili mówiłam, że to nie ta roślina i podawałam opis właściwej (np. kolor kwiatów, rozmiary, kształt liści), tak, że w końcu wszystkie rośliny zostały "podpisane" jak należy.
Tu "testowanie" właściwie nie zaszło. Ale może im coś zostanie w głowach.

A czy tak naprawdę to jest najważniejsze? Żeby podać nazwę? Nie!!! Po stokroć nie!!! Lepiej jest wiedzieć, ale ważniejsze, żeby Młodemu wykształcić POSTAWĘ PROPRZYRODNICZĄ, żeby wiedział, że z organizmami żywymi należy postępować delikatnie i łagodnie, jak najmniej ingerować, pomagać ile wlezie i że każdy ma udział w tym, że białych niedźwiedzi jest coraz to mniej.

Dlatego niech już będzie ten album z Biedronki, choć się wściekam, że przy okazji informacji o zwierzętach Młodzież domaga się czytania o lodach i parówkach. Są tu też informacje o segregacji śmieci, oszczędzaniu prądu i samodzielnej hodowli roślin podane na równorzędnych z reklamami prawach. Choć oczywiście bardzo powierzchowne, ale to ma być w końcu dla małych dzieci.

Dlatego prawie wyłączyłam balkon z użycia, żeby gołębie mogły wyprowadzić sobie ten lęg i staram się nie myśleć o tym, że może im się spodobać to na stałe.

I tu nam się zarysowuje jeszcze jeden problem. Często (coraz częściej) bywa tak, że interesy człowieka i zwierząt się rozmijają. Ja tu chcę wieszać pranie, a gołębie wysiadywać. My chcemy drogę asfaltową, a tu bagno z chronionymi żabami. Nie wspomnę o wycince puszczy amazońskiej. Współczesny człowiek tych dylematów nie uniknie. Chciałabym nauczyć moje dzieci rozstrzygania ich zgodnie z tezą św. Franciszka o naszych braciach mniejszych. Mam nadzieję, że się uda.



sobota, 8 kwietnia 2017

Mancala (kalaha, sungka) w domu i w plenerze

Jest to gra dla 2 osób, podobno przeznaczona dla ludzi od lat 7 wzwyż. Nasz 6-latek pojął jej zasady bezproblemowo, a wierzę, że i młodsze dziecko da sobie z nimi radę. Można ją sobie wydłubać w glebie i zagrać w plenerze, albo narysować kredą na chodniku. Poniżej zasady z ilustracjami.

PRZYGOTOWANIE

Do gry potrzebna jest plansza-tablica z dołkami, która w luksusowym wydaniu wygląda tak:



W "naszym" przedszkolu odbył się konkurs dla dzieci i rodziców na własnoręczne wykonanie gry. Zrobiliśmy mankalę:
Podstawa - tekturka ze starej teczki A4,
kamyki - zebrane na podwórku.
pojemniki na kamyczki - zakrętki z butelek po mleku i 2 pokrywki z wiaderek po maśle klarowanym,
przyklejone taśmą dwustronną do podłoża



Wydanie plenerowe polega na wydłubaniu sobie w gruncie dołków w odpowiednim układzie, rozmiarze i ilości. Można planszę również narysować kredą na asfalcie.

Następnie należy nazbierać 48 gładkich kamyczków podobnego rozmiaru, otoczaki są idealne, ale nie dajmy się zwariować. Każde kamyczki będą dobre - kolor nie ma znaczenia.

W wersji luksusowej mieliśmy szklane "kamyczki".


ZASADY GRY

Plansze kładziemy między dwoma przeciwnikami poprzecznie, czyli w ten sposób, że każdy z graczy ma przed sobą 6 małych dołków, a po bokach 2 podłużne dołki.

Dołek z prawej strony gracza jest jego bazą. Celem gry jest zebranie w bazie jak największej ilości kamieni.

Grę zaczynamy wkładając do każdego z małych dołków po 4 kamienie. Bazy są na początku puste.

Gracz rozpoczynający bierze z dowolnego dołka wszystkie kamienie i wrzuca je do kolejnych dołków leżących na prawo od dołka, z którego kamienie zabrał. Kamyczki wrzucamy po jednym, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Bazę traktujemy przy tym, jak każdy inny dołek. Wyjątek stanowi baza przeciwnika: do niej kamyczka nie wrzucamy - mijamy ją.

Jeśli ostatni z kamieni zostanie wrzucony do bazy - gracz ma w nagrodę prawo do dodatkowego ruchu.

Jeśli ostatni z wrzucanych kamieni wpadnie do WŁASNEGO pustego dołka wtedy możemy zabrać do swojej bazy ten kamień i wszystkie kamienie gracza leżące w dołku naprzeciwko!

Gra kończy się, gdy wszystkie 6 dołków jednego z zawodników zostaje opróżnionych. Wtedy drugi zawodnik zabiera do swojej bazy wszystkie kamyki, które zostały jeszcze w jego dołkach. Liczymy kamienie. Ten, kto zebrał ich więcej - wygrywa.


A teraz ciekawostki

Członkowie plemienia Mursi w Etiopii też grają w mankalę - nie mają baz, a zatem tu wersja gry jest inna:



Wersja azjatycka, na Filipinach - sungka - więcej dołków, a zamiast kamyków- muszelki (instrukcja wyświetla się po angielsku na obrazie, ale nie testowaliśmy):



A gdybyście woleli po francusku - proszę bardzo - gra w wersji karaibskiej zwie się awale. Spójrzcie, jaka ładna plansza!


Grzebiąc dalej w sieci można natrafić na jeszcze inne wersje gry, milion nazw i wszystkie chyba nacje grające w kulki, kamyczki, muszelki, nasiona... Przeważnie w plenerze, czego i Wam tej wiosny życzę Drodzy Czytelnicy!

PS. Na ostatku trafiłam na stronę MANKALA najstarsza gra świata. A tam już możecie znaleźć nawet wersję on line, instrukcję gry (może lepszą niż ta tutaj) i przekonujący wywód, jak bardzo gra rozwija talenta matematyczne dzieci.