poniedziałek, 16 października 2017

Piórka Jurka

Zbieramy pióra. Tzn. Jurek zbiera, reszta Młodych mu pomaga, ja cichcem wyrzucam (bo ileż można ich zmieścić w mieszkaniu w bloku?). Pióra zostały jeszcze z wakacji. Strusie i żurawie pozyskaliśmy w zoo. Sójcze i pawie zgubiliśmy. Gołębich ciągle przybywa, bo wszystkie są piękne. Przybywa też dużych czarnych, nie umiemy bowiem odróżnić podwórkowych piór wronich od gawronich. Czasem trafi się wróble lub srocze. Nasze sikory chyba w ogóle żółtych piórek nie gubią.



Gdzieś trzeba te pióra mieścić, wiec zaproponowałam album. Jerzyk sam stworzył okładkę obklejając ją korą sosnową i brzozową. Na środku miał widnieć tytuł: "Piórka Jurka", albo "Pierze Jerza":), w desperacji "Pióra Jura", ale Młody coś zwleka z tym, więc na razie w tytule pustki.

Album zmontowany jest z kartek bloku technicznego A4 z dziurkami przewiązanymi sznurkiem. Pióra przyklejamy przezroczystą taśmą klejącą.





Na tle pierzastej fascynacji do łask wróciły filmy Davida Attenborough ("Życie ptaków") i książki biblioteczne o ptakach. Babcię uszczęśliwiono wspólną zabawą w której J. był pustułką.
Bardzo podobają mi się też "Trójkowe gawędy doktora Kruszewicza", które wydano na płytce do słuchania (słuchamy w drodze, jadąc samochodem). W ogóle warto wyszukać opowieści o ptakach w interpretacji właśnie tego specjalisty, który ma nie tylko dużą wiedzę, ale też łatwość jej przekazywania, błyska humorem, anegdotami, ciekawostkami. Dla dzieci wykład jest nużący, ale starszym polecam, np. ten o ptakach pojawiających się w miastach:





Jeśli długo nic nie napiszę to znaczy, że laptop zaginął przysypany piórami:)

czwartek, 5 października 2017

Zupa z resztek, kompot ze skórek

Kilka razy natknęłam się na informacje o tym, jak wiele wyrzucamy i marnujemy jedzenia. Autorzy tekstów na ten temat proponują rozmaite sposoby zmniejszenia tego zjawiska. M. in.: "resztki po warzywach można zbierać, wrzucać do pojemnika w zamrażarce, a gdy będziemy ich już mieli całe pudełeczko – podsmażamy na odrobinie oleju, dodajemy przyprawy, wodę i aromatyczny bulion gotowy! Im więcej różnych warzyw, tym lepiej."



 "Ha, ha!" - pomyślałam sobie drwiąco - "To nie o mnie, ani dla mnie. Ja przecież wyrzucam naprawdę nie nadające się do jedzenia resztki". Gdy jednak człowiek tkwi w kuchni i gotuje obiadki dla rodziny 5-osobowej nachodzą go rozmaite refleksje. Pomyślałam, że spróbuję i sprawdzę czy uda mi się czegoś nie wyrzucić, co mi tam!
Na początku wydawało mi się, że będę w stanie uchronić przed wyrzuceniem najwyżej ogonki z zieleniny (kopru, lubczyku, selera, pietruszki). I rzeczywiście na początku głównie te składniki zbierały mi się w pudełku w zamrażarce.
Potem uświadomiłam sobie, jak wiele resztek zostaje po J., który je warzywa i owoce bardzo wybiórczo, np. jabłka tylko bez skórki, buraka tylko w postaci wyciśniętego soku, z pomidorów wysysa "galaretkę" z pestkami, a z papryki pokrojonej w paseczki po kolacji zostaje na jego talerzu zawsze kilka niedojedzonych kawałów.
Gdy przyciągnęliśmy z dziadkowego ogródka 2 dynie - po raz pierwszy zebrałam skórki z ich obrania do pudełka.


Robię też Młodym miksturę czosnkową Bonifratrów (czosnek - 6 ząbków zetrzeć na drobnej tarce, wymieszać z sokiem z 1 cytryny i wodą przegotowaną - 0,5 szklanki, wymieszać, odcisnąć na drobnym sitku, dać dzieciom codziennie po łyżce, efekt odrobaczający i wzmacniający odporność). Zostaje mi po tym sporo czosnkowych resztek.
No i wytłoki z produkcji soków, u nas głównie buraczane, marchwiowe, selerowe.
W końcu okazało się, że jest z czego zrobić bulion prototypowy. Ten pierwszy, głównie z ogonków, był zielony, podsmażyłam je, jak kazali na oleju, zalałam wodą, zagotowałam, odcedziłam. Obecnie, po kilku próbach i kilku mądrych książkach później, jestem przeciwniczką podsmażania na oleju, jeśli już to na oleju kokosowym lub maśle klarowanym. Podsmażanie ma zapewne jakoś tam wpłynąć na walory smakowe, ale tak naprawdę wydłuża czas poddawania warzyw obróbce termicznej (strata witamin!), sprzyja powstawaniu wolnych rodników i nic nie wnosi. Już lepiej dodać masło po odcedzeniu wywaru z warzyw, zaś do gotowania dodać sól (obniża straty witamin) i inne przyprawy, które lubicie (kurkumę działającą przeciwzapalnie, rozgrzewające paprykę czerwoną w proszku, pieprz czarny czy inne).
A zatem po odcedzeniu dodaję sporo masła i jeśli potrzeba - przypraw. Bulion zadany przecierem pomidorowym daje nam klarowną pomidorową zupę, do której robię jeszcze lane kluski na 2 jajach podwórkowej kury. Posypać świeżą zieleniną. Z wytłoczyn buraczanych, obierek buraka i resztek czosnku wyszedł naprawdę smaczny barszcz klarowny. Wrzuciłam do niego fasolę z puszki i zjedliśmy całość na obiad.
Ogólne rzecz biorąc - działa.

Dla kogo jednak jest ta zabawa?
- dla tych którzy mają czas i pamięć do tego, żeby pamiętać o odkładaniu resztek za każdym razem, gdy nam się trafią, czasem w niewielkiej ilości. Wszak wyrzucenie to tylko jeden gest, zaś otwieranie zamrażarki i pudełeczka, a potem zamykanie wymaga o wiele więcej energii.
- dla tych którzy mają krewnych z ogrodem, ale mieszkają w dużym mieście, z dala od własnego areału uprawnego. Czyli dla takich, jak my. Jak ktoś ma własny ogródek i zagon marchwi za oknem, nie będzie się bawił w zbieranie obierków, bo może nawet nie da rady przejeść wszystkich swoich całych warzyw.
Nie mam zaufania do warzyw i owoców sklepowych. Zawsze podejrzewam je o to, że są zadane środkami przeciwgrzybicznymi na skórkę (np. jabłka), albo w ogóle nawiezione nie wiadomo czym, żeby ładnie wyglądały, a niekoniecznie smakowały. Wszak głąb kapuściany, smaczny skądinąd, potrafi zgromadzić w sobie nawet metale ciężkie.

Z obierek i gniazd nasiennych jabłkowo-gruszkowo-pigwowych wychodzi kompot. Wszak skórka i rejon pod skórką jabłka to obszary największej koncentracji witamin i soli mineralnych. I tu też nie użyłabym nigdy jabłek sklepowych, tylko ogródkowych.

A na koniec polecam bardzo ciekawy wykład pani Leny Huppert o skażeniach ukrytych w żywności i ochronie przed nimi:

http://porozmawiajmy.tv/skazenia-ukryte-w-zywnosci-jak-sie-przed-nimi-bronic-lena-huppert/

Mniej więcej w drugiej minucie wykładu można zobaczyć tabelkę pokazującą, jak znacznie spadła zawartość mikroelementów i witamin w warzywach i owocach w ciągu ostatnich 20 lat. Pozostaje tylko zastanowić się, czy w takim bulionie z resztek COŚ jeszcze jest? Optymistycznie zakładam, że jeśli użyjemy resztek z ogródka - TAK!

Smacznego!


poniedziałek, 2 października 2017

O znaleziskach leśnych

Dziwne to uczucie, gdy się wchodzi do lasu w południe, na zwykły spacer rodzinny, i widzi się grzybiarzy, którzy WIADRAMI wynoszą z niego podgrzybki brunatne. Próbowałam stłumić w sobie zazdrość, nie zbiegać zaraz w bok ze ścieżki, tłumaczyć sobie, że to przecież nie prawdziwki, ale i tak szłam z nosem przy ziemi, co chwila wznosząc okrzyki typu: "O! Popatrzcie...", "O! Zobaczcie..." i szukając pilnie znajomego widoku, a natrafiając na inne, równie ciekawe. No i się doigrałam. 



Z lasu przynieśliśmy:

a/ kulki galasówki dębianki, z których powstał atrament (w szklanej zlewce umieścić opiłki żelaza pozostałe z ostrzenia noża i 2 gwoździe zardzewiałe, wcisnąć w nie sok z galasów, nieznacznie podlewając wodą, poddać obróbce termicznej na fajerce uzyskując stopniowo bardzo ciemny roztwór). Użyć na bieżąco, maczając w tym zaostrzone ptasie pióro.
P.S. W dawnych czasach do atramentu dodawano piołunu, aby zniechęcić myszy do podgryzania rękopisów (gorzki piołun nie smakował myszom).




b/ grzyby: kanie (zjedzone z patelni na kolację) i podgrzybki (kilka sztuk, które uchowały się przed bliźnimi z wiadrami)


Zdjęcie porównawcze. Żeby nauczyć się odróżniać kanię od muchomora trzeba się im uważnie przyjrzeć, nie tylko z góry.
c/ zdjęcia grzybów, których było mnóstwo pięknych i niejadalnych w różnych rozmiarach, kształtach i kolorach. No i jak tu nie zrobić takiemu obrazka?




d/ zęby ssaka, po którym została tylko mocno nadwyrężona żuchwa, każdy chciał mieć swojego zęba, więc Ojciec Rodu musiał je z tej żuchwy wydłubać. Niestety zaledwie mogę podejrzewać, że może to był dzik...



e/ żołędzie rozsiane po kieszeniach, z których co chwila wypadają, również w pralce


f/ korę sosnową i brzozową (dla której trzeba w domu natychmiast po powrocie sporządzić specjalne pudełko, a wcześniej uświadomić rodzica, że to on będzie je robił i powtórzyć mu to ze 20 razy, bo jeden raz to na pewno za mało, żeby rodzic pojął, jak to jest bardzo istotne)

g/ kwiaty słonecznika szorstkiego (o którym myśleliśmy pierwotnie, że to topinambur) do wazonu



h/ szyszki chmielowe do wysuszenia i parzenia (literatura zielarska podpowie co i jak)

i/ ładne kamyczki, zwłaszcza krzemienie

j/ dzidę, tzn. zaostrzony kij, rękodzieło własne

k/ korzeń łopianu (obrać, wrzucając szybko do wody z cytryna, żeby nie ciemniało, ugotować i zjeść. Kiedyś jedliśmy tez duszone na maśle)

l/ 2 patyki uderzająco przypominające swym kształtem pistolety (a może jednak udało nam się je zgubić?)

A musicie wiedzieć, Drodzy Czytelnicy, że nasze mieszkanie w bloku powierzchnią swą nieznacznie przekracza 48 metrów kwadratowych.

Na obrzeżach lasu Jurek wlazł w nieużytek, z którego, niemal spod stóp, wyfrunęły mu bażanty.

Słońce świeciło, jak szalone.

Serdecznie Wam życzę, Drodzy Czytelnicy, tak miłych, jak nasz, spacerów jesiennych:)

P.S. Jeśli przypadkiem jeszcze nie znacie serialu "Tętno pierwotnej puszczy" - możecie go obejrzeć on-line na cda razem z Dziatwą, jako i ja zamiaruję.


środa, 27 września 2017

Nie fluoryzujemy

Gdyby przeczesać Internet napotka się mniej więcej tyle samo głosów "za", co "przeciw" fluoryzacji. Przeczesaliśmy, poczytaliśmy (również w druku), pomyśleliśmy... I kiedy Hania powiedziała: "Mamo, na jutro mamy przynieść 2,50 zł na fluoryzację" - kasy nie dostała. 

Forsuję też szczotkę elektryczną, ale na razie zęby nią myję ja i czasem H.

W różnych mądrych lekturach wyczytałam, że związki fluoru są toksyczne. Nawet, jak się wypłucze buzię po myciu zębów (a po fluoryzacji szkolnej się nie płucze), to i tak mają zdolność wnikania w ciało przez błony śluzowe w jamie ustnej. Są ponadto obecne powszechnie w tym co jemy i pijemy, zwłaszcza (ale nie wyłącznie!) w okolicach rozwiniętych przemysłowo. Fluor jest nam potrzebny, owszem, ale w ilościach niewielkich, mniej więcej takich, jakie są w jednej szklance czarnej herbaty (która bardzo łatwo wchłania fluor z gleby).
Wszelako czymś trzeba myć zęby, żeby zachować je w dobrym zdrowiu. Wlazłam do wielkiej drogerii w dżungli centrum handlowego. Namierzyłam pasty alternatywne - jest ich sporo -  i teraz testujemy.

Co proponują producenci zamiast związków fluoru?
- krzemionki koloidalne
- wyciągi ziołowe (tymianek, jałowiec, mięta, rozmaryn, szałwia, bazylia)
- ksylitol
- glukonian wapnia
- D-pantenol
(tu Czytelnicy muszą sobie sami poszukać informacji, jak działają te substancje, tak jak ja to zrobiłam we własnym zakresie. Bardzo polecam, o ile macie czas, Świadomość tego, czego i ile potrzebują zęby znacznie rośnie) 

Nasze pasty do zębów w okresie przejściowym. Z fluorem i bez.

W sumie niezłe propozycje. Pasty bez fluoru tak jak te fluorowe po prostu czyszczą zęby tak skutecznie, jak tego chce ręka dzierżąca szczotkę do zębów. Nawet pułap cenowy ten sam mniej więcej. Po prostu pasty te nie są tak powszechne, nie znajdziemy ich w każdym przydrożnym sklepie. Wierzę, że w dbaniu o higienę uzębienia najważniejsza jest regularność i częstotliwość mycia zębów, częste wizyty profilaktyczne u stomatologa etc. Dlatego pastom z fluorem mówimy: "Nie!"

Najtrudniejszy emocjonalnie okres ("A może by tak jednak myć z fluorem? Przecież wszyscy myją") przeczekujemy używając pasty dla dzieci z mniejszą dawką fluorków.

Do poczytania o fluorze

P.S. Zadziwia fakt, że w przedszkolu państwowym Sanepid nie pozwala myć dzieciom zębów, (zaś w prywatnym kazali Hani przynieść szczoteczkę i szorować zęby po obiadku:), a w szkole już pozwala: te 2,50 zł to na szczoteczki jednorazowe, bo fluor dają darmo.

poniedziałek, 25 września 2017

O szorowaniu wanny

Gdy już nacieszymy się własną babeczką musującą w wannie (patrz poprzedni post) i woda spłynie z niej w siną dal, okazuje się, że wanna wygląda naprawdę strasznie (u nas resztki kakao i makaronu). Ale to nic! Wyprodukowaliśmy sobie własny środek do czyszczenia wanny, w dalszym ciągu na fali fascynacji mydlanej:)

Tym razem zajrzałam do książki pani Ewy Kozioł p.t.: "Wyrzuć chemię z domu" (zajrzyjcie też do bloga Autorki, który zwie się "Zielony zagonek"). A w książce zwięzła instrukcja, jak sobie zrobić własne mydło w płynie i pastę do szorowania wanny. Potrzebne są:
- szare mydło (zetrzeć na tarce z dużymi oczkami, zalać gorącą wodą)

- soda oczyszczona
- olejek eteryczny

Proporcje zgubiłam, na blogu są podane jakieś inne niż w książce, mieszam rzecz całą "na oko" do uzyskania konsystencji budyniu.




Dziecinne i mamine przyjemności z tym związane:
1) Wycieczka z Hanią do sklepu ze "zdrową żywnością" (ach, jak mi się podoba ten zwrot, uświadamiający człowieka, że cała żywność wokoło jest niezdrowa) i nabycie NATURALNYCH:) olejków eterycznych, które sobie Dziecko samo wybrało z naprawdę bogatej puli. Wąchałyśmy, porównywałyśmy ceny i wyszłyśmy z trzema zaledwie olejkami (z drzewa herbacianego, cytrynowym i wiśniowym)



2) Zakup przez internet wielkiej torby szarego mydła w granulkach (nie trzeba trzeć na tarce), taniego jak barszcz, produkcji białoruskiej. No, to nie jest za bardzo "eko" ten zakup zza wschodniej i odległej od Wrocławia granicy. Ale pokażcie mi lokalnego producenta szarego mydła, którego mogłabym ewentualnie zasilić gotówką. Brak.


Gdy paczka przybyła przeczytałam sobie skład tego szarego mydła - po raz pierwszy napisany po polsku, a nie po angielsku i z użyciem niezrozumiałych skrótów literowych. Mianowicie:
"Sole sodowe kwasów tłuszczowych pochodzących z olejów roślinnych, tłuszczów spożywczo-technicznych, tłuszczów zwierzęcych, produktów przerobu olejów roślinnych, woda, wodorotlenek sodu, chlorek sodu"


Lektura ta uświadomiła mi, że oto mam przed sobą kawałek krowy lub małej, kudłatej, mądrej kózki, którą przerobiono na mydło. Oszczędzę Wam wszystkich moich skojarzeń i przemyśleń. Zastanawiam się obecnie intensywnie czy cała reszta mydeł też w sobie ma tę krowę. Możliwe, że nie ma, za to jest dwutlenek tytanu, PEGi (które podobno nie są wcale takie straszne, jak o nich piszą) i całe stado dodatków i konserwantów. I co tu wybrać?
Na razie jednak odkładam refleksje na bok, bo mam kilogram szarego mydła w granulkach. Producent zaleca je wykorzystywać do prania.




3) Mydło w płynie zrobiłam sama, zapach nieszczególny, spotęgowany nieszczególnym zapachem olejku z drzewa herbacianego. Ale powoli się przyzwyczajam, następnym razem zrezygnuję z odkażających właściwości herbaty, na rzecz milszej opcji cytrynowej czy innej. Wszelako rzecz cała odbyła sie z użyciem wrzątku i blendera (bo nie chciałam mieć grudek), więc to sobie stworzyłam w samotności.

4) Mleczko do szorowania: Mieszanie mydła w płynie z sodą oczyszczoną odbyło się w wykonaniu chłopców na kuchennym stole. Młodszy mieszał, starszy dosypywał, ja tylko sprawdzałam konsystencję.

5) Hania wyszorowała wannę, zaś Jurek umywalkę. Niestety czasy, gdy czynność ta fascynowała moje dzieci już bezpowrotnie minęły (no, może jeszcze Jurka trochę to bawi, ale bez przesady), ale jakoś się przemogli i wyszorowali co trzeba. Po moich własnych, wcześniejszych próbach mogę śmiało powiedzieć, że specyfik ten równie skutecznie czyści wannę czy umywalkę, jak Cif czy inne mleczka. Soda jest rzeczywiście ŁAGODNYM środkiem szorującym, dlatego jeśli chcemy porządnie wyszorować jakąś powierzchnię, dobrze jest to robić szczoteczką. Wtedy efekt murowany i szybszy niż zwykłą szmatką.

6) Mydło w płynie i mleczko do szorowania trzymam w szklanych słoikach z szerokim wejściem, a więc w opakowaniach wielorazowego użytku, które nie rozkładają się z wydzielaniem nie wiadomo czego do gleby (zastanawiam się czy szkło w ogóle się rozkłada, wszak czytałam kiedyś o szklanych paciorkach znalezionych przez archeologów...). Gdy mydło się zestala wystarczy dodać troszkę wody i energicznie zamieszać.


wtorek, 12 września 2017

Mydlane ciastka

Trafiła w nasze ręce książka o kosmetykach, które można ręcznie zrobić w domu ("Cukiernia kosmetyczna" Adriany Sadkiewicz). Najciekawsze dla Młodych jest to, że kosmetyki owe, na sugestywnych zdjęciach, wyglądają jak pyszne słodycze, babeczki, czekoladki, lody, lizaki... Postanowiliśmy zrobić takie w domu.




Można zmontować sobie "babeczkę do kąpieli", musującą, a na niej umieścić część mydlaną do mycia. I użyć całości przy kąpieli w wannie.

Babeczka kąpielowa (proporcje na dwie babeczki):
- mąka ziemniaczana 20 g
- soda oczyszczona 80 g
- kwasek cytrynowy 40 g
- olej rzepakowy 10 ml
- olejek zapachowy - kilka kropli (można zastąpić pachnącym dodatkiem, np. cynamonem, wanilią itpd.)
- woda w spryskiwaczu

Młodzież z własnej inicjatywy dorzuciła kakao, a z mojej inicjatywy do jednej z babeczek dodaliśmy suszone płatki nagietka.



Czasy, gdy robiliśmy wszystko w jednym egzemplarzu, a każdy miał w działaniach swój udział, skończyły się bezpowrotnie. Teraz każde dziecko chce wszystko robić samo od początku do końca. Dobrze, że jakoś bez kłótni używają wagi, bo mamy ją tylko jedną. Grzecznie czekają na swoją kolej, a każdy miesza w talerzu swoje składniki. Używaliśmy głębokich talerzy do zupy i łyżek do zupy, a potem, do mieszania - dłoni.
Składniki mieszamy ręcznie i delikatnie spryskujemy wodą, tak aby uzyskać konsystencję mokrego piasku do robienia babek w piaskownicy. Gdyby za bardzo musowało - trzeba musowanie stłumić dłonią.
Następnie upychamy "piasek" do silikonowych foremek na muffinki, ugniatamy mocno i zostawiamy w ustronnym miejscu na dobę do stwardnienia. Można na tym poprzestać i taką muffinkę wrzucić sobie do wanny obserwując musowanie.

Ale można jeszcze zrobić "górę" babeczki - krem mydlany. Dowolne mydło   trzeba zetrzeć na tarce z dużymi oczkami i wymieszać z połową szklanki wody ogrzewając całość w kąpieli wodnej. Potem trzeba mieszankę zmiksować blenderem na puszystą masę. Następnie wkładamy ja do rękawa cukierniczego i formujemy piękne zwieńczenie babeczki. Ha! To nie u nas. Rękawa cukierniczego brak - zrobiłam ze śliskiej, grubej gazetowej okładki papierowe tutki wzmocnione taśmą izolacyjną. Zdały egzamin, choć to jednak jednorazówki. Wszelako nie osiągnęliśmy efektu estetycznego, jak we wzorcowym przepisie. Efekt jest - w porównaniu ze wzorem - wręcz szokujący. Jest to wszak dziecięce rękodzieło i nie ma co czepiać się szczegółów. Babeczki zostały ozdobione kakao i makaronem w kształcie zwierzątek.




Można się nabrać prawda?
Jeszcze nie nadszedł wieczór testowania babeczek w wannie. Jak widzicie wieczorów będzie kilka, bo idea jest taka, że wrzucamy jedną babeczkę na wannę. Dzięki dodatkowi kakao i makaronu Młodzież będzie się taplała w brązowej brei i zapewne trzeba ich będzie dodatkowo opłukać, ale co tam! Żyje się raz!


Zakładam, że mąka ziemniaczana i olej dobrze wpływają na skórę, podobno kakao ma również na nią zbawienny wpływ. Nie wiem, jak soda oczyszczona czy kwasek cytrynowy, ale chyba raczej nie są szczególnie szkodliwe. Wszak to rzeczy spożywcze.
Zajrzyjcie do bloga Autorki książki. Gdy już ominiecie te wszystkie reklamy dotrzyjcie do przepisów. Można się naprawdę wciągnąć - jeśli ktoś ma czas, chęci i zechce zakupić dodatkowe składniki. Przydaje się też smykałka do prac ręcznych. Na razie obawiam się, że Babcie i Dziadkowie zostaną uszczęśliwieni kolejnymi dziecinnymi wytworami, bo Młodzi złapali bakcyla.

P.S. W trakcie produkcji mydlanych ciastek Młodzi próbowali mieszać składniki według własnych pomysłów - kuchnia wyglądała jak stajnia Augiasza. Jest to zajęcie bez wątpienia dobre na długie, zimowe wieczory. Pozwoliłam im mieszać do woli, uprzedzając, że będą sprzątać. Sprzątnęli jakoś, tylko poprawiłam rozmazany blat i podłogę po swojemu.

środa, 30 sierpnia 2017

Leśne zagadki


Dla młodego człowieka las jest pełen zagadek. Spacerujemy po lesie i opowiadam o tym, o czym mam jakie takie pojęcie, pomijając jakoś to, czego nie wiem. Las to również mnogość nowych słów, zwłaszcza dla bardzo młodego Przyrodnika. Poniżej nasze leśne zagadki.


„I spy” zrobione ze skarbów zebranych ostatnio. Bawimy się w to następująco: Wszyscy gracze patrzą na obrazek (może być kolorowy wydruk, albo na ekranie, format duży, a najlepiej na żywo, świeżo po zebraniu obiektów). Jedna z osób zadaje pytania: „Kto pierwszy pokaże szyszkę świerkową?”, „Kto pierwszy znajdzie patyczek?” itd. Już się kiedyś tak bawiłyśmy z małą Hanią i małym Jurkiem, a szczegóły rozrywki i jej pułapki dokładnie opisałam TUTAJ. O ułożenie obrazka poprosiłam jedno z dzieci, a pozostałe zastały przed sobą już „gotowca” - im trudniej rzecz całą przeszukiwać wzrokiem, niż temu, który układał. 

A ten warkocz - z końskiej grzywy!

Drugi sposób to spacerowanie z dziećmi po lesie i umożliwienie im zadawania pytań. Zaobserwowałam, że pytania padają częściej, jeśli się opowiada o tym, co się widzi w danym momencie. Nie wolno jednak przegiąć – milczenie w lesie i spokojne kontemplowanie też jest wskazane.

Trzeci sposób na zagadki, to pozwolić matce na samotny spacer do lasu. Weszłam w cudowną ciszę, zieleń i zapach. Poczułam się prawie jak Krzysztof Mikunda Leśny. Zamarzyło mi się nawet, że mi przez drogę przebiegnie jakiś jeleń czy sarenka. Ha! Nie przez drogę, ale bokiem przemknął jeleń, dość szybko, spłoszony gdzieś dalej. Zarejestrowałam tylko poroże, kolor, rozmiar i już go nie było. Nawet nie zdążyłabym włączyć aparatu.
Ze spaceru przyniosłam różne obiekty, które spotykaliśmy wcześniej na wspólnych wycieczkach leśnych i odpytałam Młodzież, czy wiedzą, co to jest. Wzruszyłam się, gdy prawidłowo rozpoznali borówkę brusznicę. Ciekawe, jak długo będą pamiętać tę czarowną nazwę. A może lepiej zapamiętają smak z odrobiną goryczki. A najlepiej zapamiętaliby by zapewne konfiturę z tego owocu, którą ja pamiętam z dzieciństwa, ale jeszcze się nie zdobyłam na zrobienie jej.

 
 
 
 
 


Czwarty sposób na zagadki leśne:
Ułożyć obiekty , które mają cechę wspólną, w rządku, a między nimi umieścić obiekt, który tej cechy wspólnej nie posiada i zadać pytanie „Co tu nie pasuje?”. Pytać – dlaczego nie pasuje. Stopniowo zwiększać młodemu ilość obiektów. Zadać Starszym, żeby ułożyli tę zagadkę dla Młodszego. To tylko teoria – w praktyce ułożyłam tylko tę jedną, jedyną zagadkę, która jest widoczna na zdjęciu i poszliśmy jeść jagody.



Piąty sposób na zagadki leśne. Wziąć ze sobą do lasu obcokrajowca lub osobę dwujęzyczną i dręczyć go pytaniami, np: „Jak jest po flmandzku las, drzewo, droga, jagody...”. Udało nam się to, odpytywany współpracował, szczerze powiedziawszy nic nie pamiętam, ale brzmienie swojskich nazw w innym języku było ciekawe.

Szósty sposób – gdy już wrócimy do domu, zgramy wszystkie obrazki z aparatów fotograficznych do jednego pliku i będziemy je sobie oglądać i przypominać, co zostało sfotografowane i gdzie i w ogóle po co. To będzie bardzo dobre w listopadzie, gdy już szarzyzna obowiązków szkolnych nas przygniecie. Szósty sposób uważam za najlepszy do realizacji wieczorową porą, przed snem, żeby zasnąć sobie z widokami lasu i jeziora pod powiekami i nie myśleć o jutrzejszym sprawdzianie.

wtorek, 22 sierpnia 2017

Prace ręczne przy ognisku

W czasie wakacji nie chodzi o to, żeby nic nie robić, ale żeby robić to co nam sprawia przyjemność. Cel ten osiągnąć mogą Prawdziwi Mężczyźni, gdy mają w ręku ostre narzędzie. Ja tylko robiłam zdjęcia.

Ostrzenie noża na kamieniu oraz wszelkie wprawki w posługiwaniu sie nożem. Nabyliśmy też w sklepie chińskim dwa noże dla chłopców, którymi zabawiali się pod opieką Taty (samodzielne rozrywki nożownicze były zakazane).



Piłowanie (piłka też jest ciekawa, przyleciała z Chin w postaci stalowej linki, którą należy naciągnąć na wygiętym nieco kiju)



Wprawki do pracy siekierą (Ha! Na niej przynajmniej nie widniał napis "Made in China"). Okazało się, że trzeba było poddać ją reperacji - założyć ostrze na reanimowany trzonek, wetknąć weń klin i wzmocnić dodatkowo klejem z żywicy i popiołu.



Rozpalanie łuczywa (żywiczny kijaszek nie palił się aż tak, jak by się chciało, ale był w sumie niezły). Wyobraziliśmy sobie, jak to było w mrokach średniowiecza (dosłownie), gdy czymś takim trzeba było posłużyć się dla oświetlenia drogi przez zamkowe korytarze.



Odłupywanie kawałków krzemienia w celu wykonania skutecznych ostrzy.

Rozniecanie ogniska z użyciem krzesiwa (chińskiego, a jakże:) oraz kory brzozy. Iskry krzesają się fajne, ale zapalenie od nich czegoś wymaga dużego samozaparcia.




Ponadto Ojciec Rodu ogląda sobie hobbystycznie filmiki survivalowe i Młodzi przy okazji też. Bywały czasy, że nawet "Strażak Sam" z "Jak wytresować smoka?" poszli w odstawkę.

Najlepszy jest pan z cyklu "Primitive technology", który poza spodenkami bokserkami używa wyłącznie akcesoriów leśnych.
Ciekawe są też (zwłaszcza dla Tatusiów;) filmy  z serii "Survival Lilly", w których pani w wyprasowanych spodniach używa w lesie rozmaitych cywilizacyjnych akcesoriów, ale nawet sobie z nimi nieźle radzi.




sobota, 19 sierpnia 2017

Sen nocy letniej - post sprzed trzech tygodni:)


Tkwimy w puszczy. Właściwie na obrzeżach. Zwalczamy nasze przyzwyczajenia cywilizacyjne. A jak zwalczamy – poniżej. Może i Wam się to przyda, Drodzy Czytelnicy, na wypadek puszczańskich wakacji.

 

W nocy jest ciemno. I nie jest to ciemność taka, jak w mieście, gdzie zza firanki przebija łagodne światło ulicznych latarni, a nawet, gdy latarnie zniszczy chuligan – jest ogólnie jaśniej. Miasto świeci milionem żarówek i neonów. 

 Tu jest ciemno choć oko wykol. 

Gdy otwieram oczy nie widzę żadnych zarysów przedmiotów, żadnych półcieni, no może jedynie przy oknie, ale i to niewiele. Zwłaszcza, jeśli atmosfera jest deszczowa. Wtedy nawet gwiazdy niewidoczne. Dzieci nasze prezentują skrajne postawy względem tego stanu rzeczy: przesypiają ciemność jednym ciurkiem albo przybywają do mojego łóżka po omacku, bo się boją. "Normalnej" ciemności się nie obawiają, ale ta puszczańska jest dla nich jakaś groźna. Dostaliśmy od Babci małą latareczkę, jako wsparcie w najtrudniejszych emocjonalnie chwilach. Ale nastąpiło to dopiero po kilku nocach oswajania się z ciemnością i okazała się już niepotrzebna. Przyzwyczailiśmy się. I tak jest lepiej. Przecież to właśnie taka prawdziwa ciemność jest naturalnym środowiskiem człowieka. I trzeba ją oswoić i polubić.

Dom jest drewniany. W nocy trzeszczy, skrzypi i ogólnie rzecz biorąc sprawia wrażenie żywego. Zza okna dobiegają odgłosy zgoła inne niż we Wrocławiu – cykanie świerszczy, pobzykiwanie miliona owadów, jakieś trzepoty, szumy wiatru w koronach drzew. Poza tym jest cicho, tak, że człowiek w tej ciszy słyszy jakby więcej, wyczula się na każdy szmer. „Mamo, co to za dźwięk?” Ano nie wiem. Tylko, że jakoś się tą swoja niewiedzą nie przejmuję i chętnie spałabym dalej. A tu Młode przejęte. Przytulamy, gadamy, drapiemy po pleckach. Zasypiamy.

 

 Gdy trafi się burza z piorunami i błyskawicami to dopiero jest COŚ! Szum deszczu o dach zagłusza wszystko, nawet telewizję nastawioną bardzo głośno. Dość szybko po nagłych błyskach słychać naprawdę donośne grzmoty. I dość często. I na dodatek tkwimy w ciemnościach. Tłumaczę, że mamy piorunochron (tu cała opowieść o piorunochronach dla odwrócenia uwagi od walących grzmotów), że gdyby miało w coś walnąć to na pewno w tę wielką lipę, a nie w naszą małą drewnianą chatkę, w której wnętrzu jest przecież tak spokojnie, zacisznie, bezpiecznie, mimo, że gdzieś tam na zewnątrz szaleje burza. Liczymy sekundy od błyskawicy do grzmotu (bo światło rozchodzi się przecież szybciej niż dźwięki). Ogólnie rzecz bojąc jedni śpią, ledwo rejestrując burzę kątem świadomości, inni przybiegają się przytulać ze strachu. Przydałyby się może codziennie burze – spowszedniałyby, jak ciemność.


O bardzo wczesnym poranku robi się jasno. Jest po burzy. Kojącą ciszę zakłóca tylko mucha. Spaliście kiedyś z muchą? Gdy jest ciemno mucha śpi. Gdy robi się jasno – mucha lata i bzyczy. Ma też głupi zwyczaj siadania na człowieku i łaskotania co bardziej czułych miejsc: fragmentu ucha, powieki, policzka…

Sposoby na muchę: Zasłonić okna szczelnie ciemną tkaniną (koc się sprawdza) i zrobić jej noc. Mucha myśli, że jest czas na sen i nie lata, choć na zegarze np. 8.00.

Zakryć się w całości kołderką i wystawić tylko nos. Zdaje egzamin, gdy jest chłodniej, gdy śpimy przykryci tylko poszwą. Mucha siada na głowie, ale okrytej, więc jej nie czujemy.

Podobnie jak mucha działa komar. Jeszcze gorzej dwa komary i dwie muchy naraz.

Ufff, jak to dobrze, że już poranek. Po burzy. Muchy wyleciały na zewnątrz. Jest cudownie! 

 

 

piątek, 14 lipca 2017

Drewniane, zabytkowe, wiejskie

Nigdy ich nie przegapiam. Co gorsza ciągam Młodych, żeby też ze mną obeszli świątynię dookoła, a nawet wleźli do środka jeśli się da (rzadko). Jeden obiekt, a moc wrażeń, często przyrodniczych. Drewniany, zabytkowy, wiejski kościółek to bardzo dobre miejsce na wakacyjny spacer.


Wrażenia zapachowe - bejca, której używa się do impregnowania świątynnego drewna pachnie bosko! Zwykle wącham intensywnie. Nie wiem, czy jest to zdrowe, ale zapach drewna zmieszany z wonią bejcy czy innego impregnatu jest zniewalający:) Możecie to sobie nazwać inhalacją lub ćpaniem, jak wolicie.

Do budowy drewnianych świątyń użyto najczęściej sosny, świerka lub jodły, rzadziej buka albo dębu. Można przyjrzeć się słojom drewna, ale tylko w nowych konstrukcjach, starsze są po prostu czarne lub brunatne, widać po nich upływ czasu i to ma też swój nieodparty urok.

Kościoły drewniane często mają konstrukcję zrębową, tzn. ściany są skonstruowane z bali drzewnych łączących się na narożnikach na różne sposoby. Dach jest kryty gontem, czyli małymi deseczkami.



Sprawdzamy też czy jest obecny piorunochron.

Lubię porównywać wzrost dzieci i swój z rozmiarem drzwi. Podobno kiedyś ludzie bywali niżsi niż obecnie ("Dlaczego mamo?" Eeee... Bywali niedożywieni? Ewolucja idzie w kierunku zwiększania rozmiarów ciała? Tak budowano ze względów ekonomicznych, tradycyjnych?). Tak czy siak, prawie zawsze trzeba by się schylić, jeśli chcemy wejść do środka.


Hania ma nieco ponad 140 cm

Czasami zaglądamy przez szybkę do środka. Trafia się widok stylowej szafy, szat liturgicznych, książek, zakurzonego stołu, pajęczyn.

W wielu kościołach zdarzają się dodatkowe, zadaszone schodki z zewnątrz budynku prowadzące do zamkniętych drzwi. Podejrzewam, że jest to zewnętrzne wejście na galerię, pięterko, żeby wierni nie tłoczyli się zanadto we wnętrzach.

Z zewnątrz bywa też dzwonnica, zupełnie osobny budynek. W Grębieniu można było nawet spróbować zadzwonić. Dzwonem!



Przy kościele bywa cmentarzyk. Ach te napisy w gotyku, po niemiecku! U nas, na Dolnym Śląsku, zawsze po niemiecku. Pamiętam jakie zdumienie wzbudziły we mnie napisy na pomniku hetmana Czarnieckiego w Tykocinie. Po polsku! Nie do wiary! U nas zawsze niemieckie! Młodzież domaga się czytania i tłumaczenia. No to czytam i tłumaczę, jak umiem. Czasem każę im liczyć ile lat przeżył zmarły.





Nagrobki ponadto są nadgryzione zębem czasu. Nadgryzione za pomocą korzeni i pędów roślin, pokryte mchami, porostami i inną ciekawą florą (O! Fiołek trójbarwny! Dobry podobno na trądzik!). Zawsze coś ciekawego na cmentarzu przykościelnym wyrasta.


No cóż, nie każdy może chciałby mieć zestaw ziół na grobie. Mi by nie przeszkadzały.

Zwróćcie też uwagę na ogrodzenie kościoła. Trafiają się grube mury kamienne o funkcjach obronnych, bywa, że i z daszkiem na obwodzie! Albo figury czy płaskorzeźby drogi krzyżowej, albo jeszcze jakieś epitafia... Do wyboru, do koloru.
Czasami widać, że kościół postawiono na wzniesieniu, lokalnej górce. Jeśli dołączymy do tego gruby mur, to prawie na pewno całość miała funkcje obronne. 

W czasie długiej podróży samochodowej warto zatrzymać się na popas przy wiejskim kościółku. Chrześcijanom jest tu łatwiej, ale nie trzeba być osobą wierzącą, żeby docenić atmosferę miejsca. Cisza, spokój, poczucie zatrzymania się w czasie. Sami się wyciszamy. Jeśli nie trafi Wam się kościółek drewniany, może być i murowany. Na pewno na nim, albo przy nim zauważymy coś ciekawego, choćby nawet ładną klamkę:)