środa, 26 kwietnia 2017

Pokrzywa w naszej kuchni

Jeśli jeszcze nie są Wam znane walory pokrzywy - szybko się z nimi zapoznajcie i korzystajcie póki są młode listki! Nasze dzieci na wiadomość, że potrawa jest z pokrzywą reagują sztampowo: "Bleeee!". A czasem się zdziwią: "Nawet niezłe!". Jest jeszcze reakcja trzecia - coraz powszechniejsza - po prostu brak reakcji negatywnej, ale i pozytywnej również. Pewnie dziatwa się już pogodziła z myślą, że trudna matka i tak im podetknie wiosną pokrzywę, czy chcą czy nie. Normalka.


Na początku obrazek pokazujący co do tej pory udało mi się zmontować z pokrzywą (rysowała Hania przypominając sobie jak wygląda notatka-mapa myśli. W szkole też to stosują, choć nieczęsto):



Teraz kilka ilustracji z komentarzami:

Koktail bananowo-pokrzywowy. Nie wystarczy zblendować - trzeba przetrzeć, bo czuć dośc mocno szorstkie liście i włókna, a więc pracochłonny. Gdy sie jednak uprzecie - myślę, że lepszy będzie jeszcze z dodatkiem soku z cytryny.

Zrobilismy napary porównawcze: ze świeżych liści, z suszonych i z suszonych przefermentowanych - te ostatnie zdecydowanie najsmaczniejsze, z najgłębszym smakiem. Na świeżo najmniej nam smakowały.




Pierś kurczakowa z posiekaną pokrzywą i groszkiem. Dodałam jeszcze chrzanu, bo nam został po Świętach, ale można i bez tego. Sądzę, że i wersja z dodatkiem pomidorów byłaby smaczna.


*Przepis na ciasteczka - dla nas jeszcze do przetestowania - zapisuję tu, żeby nie zapomnieć. Zaczerpnięty jest z tegorocznego, majowego Weranda Country:


Ciasteczka owsiane z pokrzywą i nagietkiem

2,5 szkl. płatków owsianych górskich
3/4 szkl. cukru
1 szkl. mąki
1 kostka masła
1 jajko
1 cukier wanilinowy
1/2 łyżeczki sody
pęczek pokrzyw - same liście
kwiaty nagietka - same płatki

Utrzeć masło z cukrem, c. wanilinowym i jajkiem. Dodać resztę składników i wymieszać. Formować kulki i spłaszczać, 170 st. 10-15 min. do zrumienienia

Myślę, że na pozostałe rzeczy przepisów podawać szczególnie nie trzeba, bo nazwy mówią same za siebie. Warto tylko nadmienić, że nadmierne spożycie pokrzywy też nie jest wskazane, bo może ona spowodować reakcję alergiczną. I że jemy tylko czubki i młode listki - im późniejsza pora roku tym więcej w nich szczawianów w wersji krystalicznej, raczej niezdrowych. Jeśli się tylko da jadamy pokrzywę na surowo, bo wtedy jest najbogatsza w wartościowe składniki. Praktycznie jest sparzyć ją wrzątkiem, żeby można było siekać bezboleśnie do surówki. Obserwacja własna: młoda pokrzywa przechowywana w lodówce w wilgotnym woreczku przez kilka dni - przestaje parzyć, choc nie traci na jędrności. Do napojów na zimno nie sparzam, tylko umieszczam w naczyniach trzymając przez foliowy woreczek.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Test - przyroda i marki produktów

Gdy dziecko się uczy - testowanie go nie jest dobrą opcją - zabija ciekawość i motywację. Cóż, szkoła musi to robić, wszak i nauczycieli rozlicza się z tego ile i jak nauczyli. Rodzice testować nie muszą, ale jeden mały sprawdzianik potraktowany, jako zabawa można zrobić. Sprawdzianik skłaniający do refleksji, dodajmy.

Znalazłam go w książce Sergieia Boutenko "Dzika spiżarnia". Książki nie cenię szczególnie - jest powierzchowna i efekciarska, a miejscami  nierzetelna, choć ma kilka ciekawych fragmentów. "Test" w niej zawarty wygląda tak:



Ponieważ marki produktów są amerykańskie i u nas nie wszystkie popularne postanowiłam zmontować własny zestaw, ale okazało się, że nie muszę. Dzieci zainfekowane biedronkową akcją kolekcjonowania kart ze zwierzątkami przyniosły do domu album na te karty, a tam:



Karty są fajne. Wyciągnęłam 12 kart z łatwo* rozpoznawalnymi zwierzętami, zasłoniłam nazwy i dalejże prosić dziatwę o nazwanie zwierząt. Nazwali te, które umieli.

* przynajmniej tak mi się wydawało

Nie będę Was zanudzać statystykami mojej rodziny, ale wyszło na ogół, że lepiej rozpoznają marki produktów, niż zwierzątka (i nie ma tu znaczenia fakt, że H. poza tym szczególnie dobrze rozpoznaje rasy koni, a J. kotowate i inne drapieżniki).

Dla dobicia (matki) zebrałam kilka roślin na wietrznym i krótkim spacerze pod blokiem - rozpoznali połowę.


Za to w czasie świątecznego spaceru przyszło mi do głowy, żeby test roślinny rozbudować. Wszak 6 gatunków do rozpoznawania to za mało, pokazało się ich już o wiele więcej. Ale tu faza samego testowania mi nie wystarczyła. Chęć poduczenia Młodych wzięła górę. Mimochodem, między mazurkiem, a filmem o Monster High w ogłupiaczu.



Do roślin dorobiłam karteczki z ich nazwami. Zajmuje to chwilę, gdy się ma je w głowie, więc było mi łatwo. Wiedziałam też na pewno, że są to rośliny, które dzieci często widują i czasem je zrywamy, czasem o nich się opowiada, wmontowuje w bukiety itd. A więc powinni być obeznani. No i mieli dopasować nazwy do roślin. Tato też wziął udział, nawet nieźle mu szło i się rozpędził, tak, że zaistniała obawa, że dzieciom nic nie zostawi. Gdy się mylili mówiłam, że to nie ta roślina i podawałam opis właściwej (np. kolor kwiatów, rozmiary, kształt liści), tak, że w końcu wszystkie rośliny zostały "podpisane" jak należy.
Tu "testowanie" właściwie nie zaszło. Ale może im coś zostanie w głowach.

A czy tak naprawdę to jest najważniejsze? Żeby podać nazwę? Nie!!! Po stokroć nie!!! Lepiej jest wiedzieć, ale ważniejsze, żeby Młodemu wykształcić POSTAWĘ PROPRZYRODNICZĄ, żeby wiedział, że z organizmami żywymi należy postępować delikatnie i łagodnie, jak najmniej ingerować, pomagać ile wlezie i że każdy ma udział w tym, że białych niedźwiedzi jest coraz to mniej.

Dlatego niech już będzie ten album z Biedronki, choć się wściekam, że przy okazji informacji o zwierzętach Młodzież domaga się czytania o lodach i parówkach. Są tu też informacje o segregacji śmieci, oszczędzaniu prądu i samodzielnej hodowli roślin podane na równorzędnych z reklamami prawach. Choć oczywiście bardzo powierzchowne, ale to ma być w końcu dla małych dzieci.

Dlatego prawie wyłączyłam balkon z użycia, żeby gołębie mogły wyprowadzić sobie ten lęg i staram się nie myśleć o tym, że może im się spodobać to na stałe.

I tu nam się zarysowuje jeszcze jeden problem. Często (coraz częściej) bywa tak, że interesy człowieka i zwierząt się rozmijają. Ja tu chcę wieszać pranie, a gołębie wysiadywać. My chcemy drogę asfaltową, a tu bagno z chronionymi żabami. Nie wspomnę o wycince puszczy amazońskiej. Współczesny człowiek tych dylematów nie uniknie. Chciałabym nauczyć moje dzieci rozstrzygania ich zgodnie z tezą św. Franciszka o naszych braciach mniejszych. Mam nadzieję, że się uda.



sobota, 8 kwietnia 2017

Mancala (kalaha, sungka) w domu i w plenerze

Jest to gra dla 2 osób, podobno przeznaczona dla ludzi od lat 7 wzwyż. Nasz 6-latek pojął jej zasady bezproblemowo, a wierzę, że i młodsze dziecko da sobie z nimi radę. Można ją sobie wydłubać w glebie i zagrać w plenerze, albo narysować kredą na chodniku. Poniżej zasady z ilustracjami.

PRZYGOTOWANIE

Do gry potrzebna jest plansza-tablica z dołkami, która w luksusowym wydaniu wygląda tak:



W "naszym" przedszkolu odbył się konkurs dla dzieci i rodziców na własnoręczne wykonanie gry. Zrobiliśmy mankalę:
Podstawa - tekturka ze starej teczki A4,
kamyki - zebrane na podwórku.
pojemniki na kamyczki - zakrętki z butelek po mleku i 2 pokrywki z wiaderek po maśle klarowanym,
przyklejone taśmą dwustronną do podłoża



Wydanie plenerowe polega na wydłubaniu sobie w gruncie dołków w odpowiednim układzie, rozmiarze i ilości. Można planszę również narysować kredą na asfalcie.

Następnie należy nazbierać 48 gładkich kamyczków podobnego rozmiaru, otoczaki są idealne, ale nie dajmy się zwariować. Każde kamyczki będą dobre - kolor nie ma znaczenia.

W wersji luksusowej mieliśmy szklane "kamyczki".


ZASADY GRY

Plansze kładziemy między dwoma przeciwnikami poprzecznie, czyli w ten sposób, że każdy z graczy ma przed sobą 6 małych dołków, a po bokach 2 podłużne dołki.

Dołek z prawej strony gracza jest jego bazą. Celem gry jest zebranie w bazie jak największej ilości kamieni.

Grę zaczynamy wkładając do każdego z małych dołków po 4 kamienie. Bazy są na początku puste.

Gracz rozpoczynający bierze z dowolnego dołka wszystkie kamienie i wrzuca je do kolejnych dołków leżących na prawo od dołka, z którego kamienie zabrał. Kamyczki wrzucamy po jednym, zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Bazę traktujemy przy tym, jak każdy inny dołek. Wyjątek stanowi baza przeciwnika: do niej kamyczka nie wrzucamy - mijamy ją.

Jeśli ostatni z kamieni zostanie wrzucony do bazy - gracz ma w nagrodę prawo do dodatkowego ruchu.

Jeśli ostatni z wrzucanych kamieni wpadnie do WŁASNEGO pustego dołka wtedy możemy zabrać do swojej bazy ten kamień i wszystkie kamienie gracza leżące w dołku naprzeciwko!

Gra kończy się, gdy wszystkie 6 dołków jednego z zawodników zostaje opróżnionych. Wtedy drugi zawodnik zabiera do swojej bazy wszystkie kamyki, które zostały jeszcze w jego dołkach. Liczymy kamienie. Ten, kto zebrał ich więcej - wygrywa.


A teraz ciekawostki

Członkowie plemienia Mursi w Etiopii też grają w mankalę - nie mają baz, a zatem tu wersja gry jest inna:



Wersja azjatycka, na Filipinach - sungka - więcej dołków, a zamiast kamyków- muszelki (instrukcja wyświetla się po angielsku na obrazie, ale nie testowaliśmy):



A gdybyście woleli po francusku - proszę bardzo - gra w wersji karaibskiej zwie się awale. Spójrzcie, jaka ładna plansza!


Grzebiąc dalej w sieci można natrafić na jeszcze inne wersje gry, milion nazw i wszystkie chyba nacje grające w kulki, kamyczki, muszelki, nasiona... Przeważnie w plenerze, czego i Wam tej wiosny życzę Drodzy Czytelnicy!

PS. Na ostatku trafiłam na stronę MANKALA najstarsza gra świata. A tam już możecie znaleźć nawet wersję on line, instrukcję gry (może lepszą niż ta tutaj) i przekonujący wywód, jak bardzo gra rozwija talenta matematyczne dzieci.

czwartek, 30 marca 2017

Co można przynieść z marcowego spaceru

Gdy się jest mieszczuchem można przede wszystkim przynieść upajającą pewność, że wiosna się zaczęła na dobre, nawet jeśli ciągle było zimno i listopadowo. Widzieliśmy zająca, sarnę, kruka! No i całe mnóstwo wspaniałego zielska. A ze spaceru przynieśliśmy do domu:

a/ drewno różnego rodzaju, jak na obrazku. Pozyskane z porzuconych i przewróconych przez wiatr drzew. Do pozyskania dziatwa używa noży pożyczonych od taty. Tata prowadzi szkółkę posługiwania się nożami i kwestia ta zasługuje na osobnego posta, ale to dopiero wtedy, gdy nazbieram więcej materiałów.



b/ Rany cięte od noża w związku z pkt a/. Statystyki: na 3 dorosłych i 6 dzieci ran dwie. Nie jest tak źle, choć lepiej by było bez tych atrakcji.

c/ igliwie sosnowe - dla nas: odkrycie miesiąca. Po przygotowaniu odwaru, czyli czegoś w rodzaju kompotu z gałązek sosnowych (trochę niech się pogotuje, ok. 15 min.) i odcedzeniu ich - wlaliśmy gorący, zielony płyn do wanny - pachniał cudownie! Kąpiel przemiła! Zbyt duże rozcieńczanie niewskazane.



Do przygotowaniu odwaru do picia oderwałam od gałązek same igiełki, dokładnie wypłukałam i gotowałam przez kwadrans. Odwar odcedzamy i wlewamy do przezroczystego dzbanka, w którym można podziwiać przemiany kolorów - na świeżo całość jest żółtozielona, z czasem przybiera kolory pomarańczowo-czerwone, następnego dnia - brązy, jak zwykła herbata. Najbardziej aromatyczna jest jednak świeża. I zapewne najlepiej smakuje w plenerze. Na powierzchni unosi się chyba (?) rozpuszczona żywica. Całość ma smak przyjemny, bynajmniej nie gorzki. Dla dziatwy podrasowałam babcinym sokiem malinowym, co atrakcyjności mu jedynie przydało.

Natchnienie zaczerpnęliśmy z książki Sergeia Boutenko "Dzika spiżarnia, czyli zbieractwo dla początkujacych", Białystok, 2016. Nie jestem wielbicielką całej książki, której autor Rosjanin zamerykanizował się bardzo i widać to np. w przepisach na "dzikie" potrawy, wiele informacji jest tu nader powierzchownych, a inne wręcz nierzetelne, kilka omawianych gatunków u nas nie występuje. Mimo wszystko książka ma kilka ciekawych fragmentów, choć niekoniecznie wartych wydawania na nie 50 zł.

Wg powyższego źródła proporcje w herbatce z igieł sosnowych są następujące: 1/2 szklanki igieł, rozdrobnionych
2 szklanki wody
gotowanie: 15-20 min.
zaparzanie: 10-20 min.
"Taką herbatę można robić ze wszystkich igieł drzew wiecznie zielonych: jodły, świerku, cedru" - pisze beztrosko autor. Z cisa nie róbcie, bo wyjdzie Wam trucizna. Miałabym chęć zrobić jeszcze ze świerka i najlepiej równolegle z sosny i porównać. Z cedru... hmmm. Chciałabym zobaczyć w ogóle cedr na żywo, ale proste to nie jest w dzisiejszych czasach. Do Libanu daleko, a i tam zostało cedrów niewiele. Nie wiem, jaki cedr ma na myśli Sergei, może jakiś amerykański, optymista z niego.

d/ kleszcza - na 9 osób kleszcz był 1 - w tatusiowej łydce, ale to znaczy, że już są żwawe i rześkie i trzeba się oglądać po wyjściu z lasu.

e/ tony błota, ale to normalka

f/ młodą pokrzywę, z której należy wycisnąć sok i pić, gdyż jest to środek wysoce witaminowy z dużą zawartością dobrze przyswajalnego żelaza. Zrobiłam dyżurną ziemniaczankę z pokrzywą, ale udało się też wycisnąć sok z jabłek i pokrzywy, podrasowany sokiem z cytryny, co było przepyszne i Młodzież piła aż miło. W planach mam smoothie pokrzywowo-bananowe.

g/ korzeń pokrzywy (prostata, witaminy, żelazo) i szczeci (zniechęca kleszcze, leczy boreliozę), korę wierzby (salicylany - przeciwbólowe i przeciwgorączkowe, ale nie śmiem testować na dzieciach, raczej spróbuję na sobie w przypadku bólu głowy)

Nie trafiliśmy na dobre źródła młodych liści mniszka czy krwawnika, podbiał za to sobie kwitł, woda na jeziorku z delikatną zmarszczką fal, ptaszki śpiewały niemrawo (bo było popołudnie), słońce przygrzewało jak szalone. No, raj po prostu, czego i Wam życzę Drodzy Czytelnicy.

wtorek, 21 marca 2017

Ptasi zakątek

Tak, to właśnie u nas.





Spośród wielu balkonów w bloku to właśnie nasz (właściwie jest to loggia o minimalnej powierzchni) wytypowała para gołębi jako najlepszy do założenia gniazda. Była w tym częściowo moja wina, gdyż pozwoliłam Hani "dokarmić gołąbki ziarenkami", gdy siedziały na parapecie ze "smutnym wyrazem twarzy". Lubią kaszę jęczmienną, pęcak i płatki owsiane. Ptactwo postanowiło uwić gniazdo w donicy z winobluszczem trójklapowym.

Co będzie dalej?
Jeśli złożą jajo jakoś przetrwamy. Przecież nie będę wyganiać wysiadującej matki. Nie umyję okna, nie będę wieszać prania na świeżym powietrzu, o wietrzeniu pościeli z tabunów roztoczy nie wspominając, nie będę podlewać rośliny w donicy i tego ona nie przetrwa.  Gdy wreszcie dorośli wyprowadzą lęg trzeba będzie skrobać odchody szpachelką - Hanka zadeklarowała, że sama, własnoręcznie posprząta. Ale zanim złożą jajo próbuję im przekazać, że jest to zły wybór. Że tu się jednak wiesza pranie, podlewa roślinę, uchyla okna. Płoszą się, ale zaraz wracają - widocznie przywiązały się do myśli o gnieździe u nas.

Za oknem największego z naszych pomieszczeń, zwanego szumnie "dużym pokojem" powstaje gniazdo srok. Zajrzeliśmy do książki ("Gniazda naszych ptaków", J. Gotzman, B. Jabłoński, PZWS, Warszawa, 1972), która podaje, że możemy spodziewać się gniazda zadaszonego, z dwoma wejściami, wylepionego gliną... Bardzo byłabym ciekawa obserwacji stopniowego powstawania tego dzieła, gdyż po gołębiach wiele w materii architektonicznej spodziewać się nie możemy. Ponieważ jednak w oknach nie ma firanek my i sroki widzimy się nawzajem bez przeszkód. Sądzę, że im to może przeszkadzać. Na dodatek wybrały sobie drzewo niefortunnie - bożodrzew dość późno wypuszcza liście. Zaczyna wtedy, gdy na sąsiednich drzewach są one już spore i gniazda przysłaniają. Tu tak nie będzie.

Co będzie dalej?
Dziś zaistniało podejrzenie, że sroki jednak skapitulują. Przestały przynosić patyczki i pracowicie upychać je w gnieździe. Była u nich z wizytą głośna i napastliwa para wron siwych, a potem zaczęły wyszarpywać patyczki z gniazda i zanosić je gdzieś w lewo. A zatem to okno będę mogła zapewne umyć.

Ptaki, które można obserwować w okolicy naszego bloku:
- sroki
- wrony (wersja siwa)
- gawrony (zimą liczne, to pewnie te syberyjskie, ale latem też są)
- gołębie (w tym, choć rzadko, sierpówki, a nawet grzywacze - rzadko)
- sikory (bogatka, modraszka rzadziej)
- wróble (czy mazurki, czy nie - nie wiem, tu jeszcze trzeba mi obserwacji)
- zimową porą kaczki krzyżówki i mewy śmieszki, ale to raczej pojedyncze przypadki
- kosy - rzadko
- szpaki
- kawki
- jerzyki - są założone na bloku drewniane skrzynki lęgowe
Tyle rzuca się w oczy na spacerze albo na parapecie, widoczne są gołym okiem, bez lornetek, blisko. Najbardziej płochliwe: grzywacze, sikory. Najmniej płochliwe: wrony siwe i gołębie podwórkowe. Jerzyki śmigają co roku z piskiem, nawet nie wiem w jakim stopniu nas zauważają. Staram się ciągle i zawsze zwracać uwagę Młodych na ptaki. Żeby potrafiły skojarzyć te podstawowe gatunki. A najważniejsza jest oczywiście względem nich postawa. Dopiero potem okaże się, czy byłam skuteczna. Na razie mam w domu wielką wielbicielkę gołębi i dwójkę posłusznych jej względnych wielbicieli.

W zeszłym roku widzieliśmy pod blokiem pisklęta sikor, które nie potrafiły wrócić do gniazda. Wyglądało na to, że rodzice o tym wiedzą i dokarmiają młodzież na ziemi. Zostawiliśmy je w tej sytuacji bez ingerencji. Albo jakoś poderwały się same w górę, albo spotkały Olka (vel Figusia) - dyżurnego, podwórkowego kota. Olek chyba zostawiłby jakieś piórko, więc optymistycznie założyliśmy pierwsze rozwiązanie, jako bardziej wiarygodne.

Traf chciał, że właśnie przeczytałam książkę "Dwanaście srok za ogon" Stanisława Łubieńskiego. Czytałam o niej wcześniej. Same zachwyty. Z przyjemnością stwierdzam, że książka nie jest przereklamowana. Ten człowiek pisze jak Herbert. Zachwycam się stale. Wracam do ulubionych kawałków. Niestety trzeba ją będzie oddać bibliotece. Fajnie, że Autor ma bloga.




czwartek, 16 marca 2017

Wiosenne porządki

Sprzątamy. Walczymy z kurzem, który nagromadził się przez zimę w rzadko odwiedzanych zakątkach. Robimy przegląd w szafie, na półkach i wszędzie, gdzie się da, usuwając rzeczy zbyteczne. Poniżej kilka ciekawostek wybranych pod kątem tematyki bloga.

Nadchodzi czas na odświeżanie roślin. Młodzi zwykle lubią zabawiać się z ziemią. Dostają łyżki stołowe do przesypywania gleby, a potem i tak wszystko robią ręcznie. Doszłam do wniosku, że wyścielanie stołu gazetami nie ma sensu, bo grunt zawsze wydostaje się poza gazety i to obficie.
Przycięłam geranium i czekam aż "góra" rośliny puści korzenie. Stary "dół" wyrzuciłam, zaś pozostałe liście zostały użyte w wannie. Naczytałam się mnóstwo o ciekawych właściwościach tej rośliny.

 
Liście wrzuciliśmy do wieczornej kąpieli (pocięte nożyczkami), jako, że mają korzystnie wpływać na skórę. Przyszłościowo będę jednak robić napar liściowy i wlewać do wanny, bo szorstkie kawałki w załomach ciałka kłują. Można też dodawać liści do herbaty. Spróbujcie!


Wyrzuciłam odwieczną hodowlę kryształów soli (jaką sól "hodowaliśmy" przeczytajcie TUTAJ). Wcześniej jednak skłoniłam Ojca Rodu, żeby zrobił jej zdjęcia w powiększeniu. Wyglądają efektownie - sami zobaczcie:








Utylizacji doczekał się także podręczny zbiór nasion, które walały się po kuchni (nie, nie sadzimy ich tym razem - na parapetach panuje zbyt wielki tłok). Zapytałam wcześniej Młodych, czy pamiętają z jakich owoców pochodziły te nasiona. Okazało się, że tak całkiem wszystkiego nie wiedzieli, a myślałam, że to dla nich oczywistość. Zbiór mieliśmy taki:

A Wy, Drodzy Czytelnicy, wiecie czyje to pestki?
 Okazało się, że mamy całe mnóstwo zbędnych papierów - wrzucamy je sukcesywnie do zbiornika na makulaturę, ale z niektórymi mam problem. Na przykład zeszłoroczny kalendarz z fotografiami różnych urokliwych zakątków świata. Wymyśliłam taką rozrywkę:
Na kartkach zapisałam nazwy miejsc pokazanych na obrazkach. Dzieci mają intuicyjnie dopasować nazwy do obrazków, tak, jak im się wydaje poprawnie. Następnie należy dokonać korekty poprawności ze "ściągą" w ręku. Na końcu odszukać miejsca z obrazków w atlasie geograficznym. Można do tego celu użyć również "dziecinnej" mapy ściennej -  karteczki z nazwami położyć tam, gdzie na mapie leżą TE miejsca. Do tej zabawy ciągle się przymierzam, bo inne rzeczy nas zaprzątają.



A potem - kalendarz na makulaturę.
Bez sentymentów.

Mam jeszcze jeden kalendarz. Duże reprodukcje obrazów Vermeera.
Ale jak tu wyrzucić "Dziewczynę z perłą"?

niedziela, 5 marca 2017

Wstęp do systematyki zwierząt

Mamy w domu mnóstwo plastikowych figurek zwierząt oraz stworów fantastycznych, przeważnie made in China, pochodzących z różnych źródeł (jajka-niespodzianki, darowizny, załączniki, zakupy w sklepie za 4 zł, naciąganie Babci, spadek po starszym koledze itd). Cichcem utylizowałam co brzydsze. Ale mimo to jest ich trochę. Wykorzystaliśmy je do celów naukowych.


Przygotowałam karteczki z zapisanymi nazwami taksonów. Dla lepszego zrozumienia idei przez Młodych kręgowce i bezkręgowce dałam w innym kolorze niż gromady kręgowców, zaś wybrane rzędy ssaków - w jeszcze innej barwie.

Karteczki rozłożyłam na podłodze tłumacząc ogólnie podział, który zawierały. Powiedziałam Młodym, że kręgowce mają kręgosłup, a bezkręgowce nie mają i na tym poprzestałam. Kwestie strunowców zataiłam, mają jeszcze na nią czas. Jak się później okazało nie było im łatwo intuicyjnie wpaść na to, czy jakieś zwierzę ma kręgosłup. Pamiętam onegdaj, że uczniowie upierali się, że wąż jednak kręgosłupa nie ma, bo taki jest giętki. Dopiero fotka szkieletu węża okazała się przekonywująca.

Tu był też moment na wspomnienie o szkielecie zewnętrznym, np. pancerzu chitynowym owadów czy roli muszli. J. zapytał też: "Jak byśmy wyglądali bez kręgosłupa?" Nieciekawie zaiste, ale tu były dłuższe rozważania, które już Wam daruję.

Potem wyjęłam karteczki z napisami: RYBY, PŁAZY, GADY, PTAKI i SSAKI. Dokładnie w tej kolejności, bo i kolejność niesie w sobie informację o przebiegu ewolucji.


Na końcu wyłożyłam karteczki z nazwami niektórych rzędów ssaków. Tylko tych, o których wiedziałam, że je mamy w naszej plastykowej zbieraninie.


Całe to wykładanie karteczek na podłogę trwało minutę mniej więcej, bo Młodzi i tak nie umieją czytać, a ta ich frakcja, która umie, odrabiała lekcje.

Teraz szybko rzucili się do ustawiania zwierząt przy odpowiednich karteczkach, domagając się, żeby im je czasem odczytać. J. już niektóre litery łapie, więc nawet sobie co nieco próbował sam odcyfrowywać, ale potem H. porzuciła odrabianie lekcji i włączyła się w czytanie i ustawianie zwierząt.

Co by sie przydało? Jeszcze podział gadów na: WĘŻE, KROKODYLE, ŻÓŁWIE, JASZCZURKI, DINOZAURY (wiem, że to umowne, ale na tym etapie wystarczające, jak sądzę). Padały też pytania, jak odróżnić gada od płaza. To nie jest takie proste, bo nie widać, że salamandra, która ma kształt jaszczurki, a jest płazem, ma delikatną, cienką skórę bez łusek - i tym się właśnie już na pierwszy rzut oka od jaszczurki różni. Opowiedziałam o tym, ale i tak salamandry nie mamy, a żaby po prostu przyjęli do wiadomości, jako płazy.

Miałam też pomysł, że Hania może posłużyć się encyklopedią (mało znany obiekt obecnie, szkoła jej jeszcze nie pokazała, że istnieją encyklopedie, a jak coś trzeba wyjaśnić biegnie się do netu), żeby ustalić, do jakiego rzędu zaliczyć mrówkojada czy zająca, ale mój pomysł się nie przyjął, a poza tym po co szukać w starodawnej encyklopedii, skoro mama i tak wie od razu.

Potem ustawialiśmy jeszcze łańcuch pokarmowy, a właściwie sieć pokarmową, co jest ideologicznie słuszniejsze. Nie wiem, dlaczego w szkole autorzy programów upierają się przy łańcuchach, skoro to zawsze są sieci pokarmowe. Pewnie dla ułatwienia, które jest de facto przekłamaniem (nawet koala nie żre wyłącznie eukaliptusa).


Następnego dnia zabawialiśmy się jeszcze w zgadywankę dotykową: do worka wrzucałam zwierzaki, a Małolaty bez podglądania zgadywały, co to za zwierzę. Dużo było przy tym śmiechu, zwłaszcza, jak wyjęli żaglowiec, ale bardzo im się
to podobało, nawet mnie i ojca rodu przetestowano.

I tyle. Zwierzaki wróciły do torby.


niedziela, 26 lutego 2017

Jak się udał zielnik?

Zielnik postanowiłam zrobić zeszłoroczną porą zimową, gdy było nam już bardzo tęskno za wiosną i zielonymi listkami. Właśnie mam ten sam objaw, choć Młodzież jeszcze czeka na śnieg. Tak czy siak zielnik powstał i dziś poniżej wklejam kilka jego zdjęć i komentarzy.



Nie jest łatwo tworzyć zielnik rodzinny.

Wiele roślin zebrałam na naszych wspólnych wycieczkach, a potem pozwoliłam im uschnąć w plecaku, bo okazywało się, że trzeba koniecznie, już, natychmiast dać komuś coś do picia, jedzenia (najlepiej na ciepło i dużo), pocieszyć po walnięciu ciałem w twardą powierzchnię, uspokoić jakiś konflikt itd.

Potem się wciągnęli:
"Mamo, czy to już masz w zielniczku?"
"TO koniecznie musisz mieć w zielniku!"
"Nazbieramy do zielnika i dla chomika!"

A jak już się wszystko ładnie ususzyło, wkleiłam i opisałam - chcieli oglądać. O to mi właśnie chodziło. Ale zasuszone rośliny są bardzo delikatne. Macanie, zwłaszcza lekko lepkimi paluszkami, szkodzi im bardzo. Doszło do tego, że już nie chciałam, żeby oglądali.

Na końcu okazało się, że jest jeszcze kilka roślin zasuszonych, ale w zielniku brak już na nie miejsca. Nie można roślin przyklejać dwustronnie, bo zawadzają o siebie nawzajem i się niszczą. Poza tym zielnik robi się od nich grubaśny i to tak grubaśny, że się nie chce domknąć. A zatem doklejanie dodatkowo zdjęć nie wchodzi w grę.

Ostatecznie postanowiłam stworzyć zielnik numer 2. Ten będzie zawierał rośliny pokryte folią (są takie albumy na zdjęcia, które pozwalają na pokrycie fotek folią, która jednocześnie przytwierdza je do karty). W ten sposób Młodzi będą mogli bezkarnie zielnik oglądać, a rośliny przetrwają dłużej.









Bardzo pasują mi wiersze w zielniku. Właściwie nigdy nie byłam szczególną wielbicielką poezji, ale jednak parę wierszy człowiekowi utkwiło w pamięci. Hania w 4. klasie w ogóle nie omawia na lekcjach wierszy, nie mówiąc o uczeniu sie ich na pamięć. Jest to bardzo smutne. Dlatego postanowiłam w puste miejsca wpisać wiersze, które pamiętam i lubię. Trochę zaczęło mi to zawartością przypominać podręcznik do polskiego w LO (wersja rozszerzona), ale postaram się, żeby nie do końca tak to wyglądało, a nawet gdyby - podejrzewam, że w tej rodzinie ścisłowców taka pamiątka po matce akurat nie zaszkodzi.



W zielniku zamieszkały też ciekawe, małe robale, które Tata sfotografował w powiększeniu, po uprzednim uwięzieniu zwierzaka pod przezroczystą taśmą klejącą. Podejrzewam, że może to być gryzek, zwany także bardzo ładnie psotnikiem  lub zakamarnikiem, a nawet wszą książkową. Podobno zwierzęta te mogą okazać się bardzo niesympatyczne, zwłaszcza w dużej liczbie. Nasze 2 okazy w zielniku miały rozmiar główki od szpilki i wypuściliśmy je na wolność, może zbyt pochopnie. W każdym razie mogą pożreć zielniczek, gdyby znalazło się ich więcej niż 3 sztuki, które spotkaliśmy.




czwartek, 16 lutego 2017

Inspirujace "kawałki" o wychowaniu dzieci

Mama czyta książki, zupełnie nie poświęcone kwestiom wychowawczym, ale niechcący trafia na fragmenty o wychowaniu traktujące. Wyciąga z nich wnioski i potem ciemięży biedne dzieci. Domaga się samodzielności, niezależnego myślenia i rezygnacji z e-atrakcji, wykonywania bez szemrania rozmaitych, ciężkich, czynności domowych. Przekazuję te inspirujące fragmenty innym Mamom, żeby też mogły ciemiężyć biedną dziatwę oraz zajrzeć do ciekawych lektur.

Z książki p.t.: "Róża" autorstwa Róży Thun (Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków, 2014): 


 "Nie mieliśmy nigdy telewizora w domu, żeby dzieci nie przesiąkły propagandą komunistyczną i wstrętnym językiem*. Nie oglądaliśmy dobranocek. Uczyliśmy się wierszy na pamięć**, graliśmy w gry, mama czytała nam na głos."

piątek, 10 lutego 2017

Na katar? Chusteczka!

Pewnego wieczoru w sezonie infekcyjnym ujrzeliśmy dno w pudełku z chusteczkami higienicznymi. Pospiesznie zużyliśmy resztki zasobów chusteczkowych rozsianych to tu, to tam w foliowych opakowaniach. Widmo wycierania nosów w papier toaletowy było bliskie (a używamy tego eko, z makulatury, szorstkiego, jak diabli). I wtedy przypomniałam sobie o "tradycyjnych" chusteczkach.

Tak, mamy takie!

Z czasów gdy chodziłam do przedszkola:


 W tym samym czasie moja Mama używała "dorosłych":


A po Prababci mamy takie (batyst, ręcznie szydełkowana koronka):


Podobno chusteczki higieniczne są lepsze, bo w nich nie przechowują się chorobotwórcze zarazki z nosa. A raczej przechowują się, tylko już poza naszym bliskim zasięgiem. Ale wirusy i tak nie przetrwają zbyt długo poza organizmem gospodarza, niezależnie od tego, w jakiej chusteczce tkwią. A chusteczki się przecież pierze. Chusteczki higieniczne zapakowane w 10-sztukowe paczki owinięte dodatkowo folią w 10-paki dają nam mnóstwo foliowego śmiecia. I niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego te zapakowane w folię są tańsze niż te w tekturowym pudełku? Inna sprawa, że gdy naszą 5-osobową rodzinę ogarnie katar - ilość zużywanych chusteczek jest oszałamiająca. Nadążyłabym z praniem?

Z innych rzeczy na katar: Odkrycie sezonu i bezinteresowna reklama - Irigasin. Jest to sprytna, elastyczna butelka plastikowa, do której należy wlać osoloną wodę. Wtykamy końcówkę do jednej dziurki nosa i wyciskamy do nosa wodę z butelki - woda wypływa przez drugą dziurkę. Na początku myślałam, ze utonę, ale za namową Babci wciągnęłam się w temat w zaciszu domowym i rzeczywiście okazał sie to strzał w dziesiątkę. Nos czyści sie bardzo skutecznie! 10-letnia Hania również używa tego z sukcesem (nawet z mniejszą dawka jęków i obaw niż ja). 6-letni Jurek przetestował na sobie to urządzenie, ale z obrzydzeniem zrezygnował, czego bardzo żałuję. Słona woda wlewała mu się do gardła i to go bardzo zniechęciło. Produkt zaleca się dla dzieci od 4-ego roku życia, kobiet w ciąży, alergików... Myślę, że jest to bardzo dobry wynalazek i szczerze go wszystkim polecam.


Inhalacje: sól+ rumianek, krwawnik, szałwia - warunek: trzeba je robić często, a dzieciom - bardzo ostrożnie, gdyż mają delikatniejsze drogi oddechowe od dorosłego i łatwo o oparzenia.




Inhalacja z cebuli pokrojonej w kosteczkę. Zamykamy oczy i wciągamy nosem (przeciwkataralnie) lub ustami (gdy wirus rzucił się na gardło). Powinno się odczuć pieczenie i to wcale nie małe - zapewne te słynne siarkowe olejki
eteryczne cebuli działają nie tylko na zarazki, ale również na nasze błony śluzowe. Ale jeżeli TAK działają - sądzę, że są skuteczne. Jak zwykle diabeł tkwi w szczegółach - należałoby się często inhalować cebulą.


Ponadto sadzam Młode przed bajką w komputerze i podłączam do inhalatora z solą fizjologiczną, najlepiej i ze 3 razy dziennie. Ilość decybeli znaczna, bo, żeby było słychać bajkę trzeba ją włączyć dość głośno, ale dzięki temu młodzież inhaluje się bez szemrania.
Pamiętam czasy gdy jedno z naszych dzieci inhalowało się tylko przy utworze "Jedzie, jedzie pan, na koniku sam" na kolanach mamy przez bite 20 minut. Z koniecznymi do tego ruchami mamusinych kolan. Byłam wykończona.

Stosujemy też końskie dawki witaminy C oraz D, zakupione hurtem przez Internet, co, o dziwo, działa. Infekcje przebiegają normalnie, ale jakoś jakby lżej i nie tak długo, czego Wam bardzo serdecznie, Drodzy Czytelnicy, w tym newralgicznym lutym życzę:)



poniedziałek, 6 lutego 2017

Eksperyment - rzeka (woda+barwnik+sól)

Młody człowiek skazany przez wirusa na tkwienie w domu może mieć wielką inwencję twórczą w zakresie eksperymentów. Właściwie z trudem nadążałam podtykając szmatki do wycierania i próbując rzecz utrwalić na obrazkach, a wszystko działo się w porze produkcji obiadu. Ogólnie rzecz ujmując można zabawić się tak, jak poniżej:

I Faza - sama woda

Wlać do dużego pojemnika bardzo zimną wodę, do średniego - bardzo gorącą, do najmniejszego - znowu zimną. Włożyć pojemniki jeden w drugi, zgodnie z rozmiarami. Badać stopniowe zmiany temperatury zachodzące w pojemnikach. Palcem. A jeśli macie odpowiedni termometr i znające się na nim dziecko - można badać zmiany termometrem.



Wlać do jednego pojemnika bardzo gorącą wodę, do drugiego wodę o temperaturze pokojowej, a do trzeciego - zimną. Włożyć palec do gorącej, a potem do pokojowej, która wydaje się naprawdę chłodna. Następnie włożyć inny palec do zimnej, a potem do pokojowej, która wyda nam się naprawdę ciepła:)

Odmierzyć litr wody. Zważyć go na wadze kuchennej i sprawdzić czy 1 litr wody waży tyle co 1 kg wody. Uwzględnić wagę pojemnika, w którym ważymy wodę. Zważyć wodę w innym pojemniku. Spróbować ustalić, ile waży pojemnik. U nas były to: plastikowy pojemnik z miarką i stalowy rondel ważący prawie 1 kg, więc różnice w wadze rzucały sie w oczy. Użyć wody do rozpuszczania zabarwionej soli (patrz Faza III)

Jest to okazja, żeby przy okazji przemycić informacje na temat miar, nazewnictwa, przeliczania itd. zależnie od umiejętności Młodego Badacza. To właściwie mogłyby być osobne, ciekawe zajęcia. Myślę, że jeszcze do tego wrócimy.

II Faza - woda z barwnikiem

Wlać wodę do kilku pojemników, a następnie dodawać do nich barwnik, do każdego kolejnego pojemnika dodając go coraz więcej. Powstaje coś w rodzaju szeregu rozcieńczeń (oczywiście rozcieńczeń "na oko").

Najlepiej by było mieć jednakowe pojemniki, ale nawet gdy ich nie mieliśmy J. spędził intensywne chwile na dolewaniu czerwieni i porównywaniu odcieni


Odmierzyć równe porcje wody z barwnikiem - wlać je do pojemników o różnych powierzchniach dna. Spekulować na temat, z której woda szybciej wyparuje, jeśli stoją w tym samym miejscu oraz gdybyśmy je ustawili w różnych miejscach (parapet kuchenny i łazienka, przy rurce kaloryferowej). A po spekulacjach - sprawdzić (patrz - Faza III).



III Faza - woda z barwnikiem i solą (roztwór nasycony soli)

Wodę zabarwioną tym samym barwnikiem, ale w różnym stopniu wzbogacić o sól sporządzając roztwory nasycone. Zostawić na parapecie i zaglądać codziennie. Gdy woda odparuje otrzymujemy sole o różnych kolorach - u nas różowe i łososiowe. Niestety w domu nie było różowej soli himalajskiej dla porównania.



Pokazać Młodemu inne sole, które ma się w domu (u nas: askorbinian sodu czyli witamina C, chlorek sodu z Kłodawy - sól kamienna, Vegeta Natur:), wodorowęglan sodu czyli soda oczyszczona). Porównać rozmiar kryształów soli (można przez lupę).



Wrzucić wszystkie sole do garnka z wodą. Gdy nie chcą się rozpuścić - podgrzać (tu warto wspomnieć jakie warunki pozwalają na skuteczne rozpuszczanie: mieszanie, ogrzanie, duża powierzchnia kontaktu soli z wodą - cukier w kostkach rozpuszcza sie dłużej niż sypki i drobny, sól w dużych kryształach np. pamiątka z Wieliczki, której poskąpiłam do eksperymentu, rozpuści się wolniej niż ta drobnokrystaliczna).

Przefiltrować mieszaninę przez lejek wyścielony płatkami kosmetycznymi lub watą, filtr do kawy też się nada. Tak uzyskany roztwór pozostawić na parapecie do ponownego odparowania (można w kilku różnych pojemnikach).


PS. Najbardziej podobało mi się to, że Dziecko zabawiało się samodzielnie, ja tylko podrzucałam pomysły. Najmniejszym zainteresowaniem cieszył się pomysł, żeby po eksperymentach posprzątać, ale jakoś i to przeforsowałam. Zaparłam się, gdy J. postanowił  podjąć wnikliwe badania nad wodospadem z kolorowej wody, który lał się cienkim strumyczkiem ze stołu na krzesło, a z krzesła na podłogę. To mnie przerosło.