czwartek, 7 grudnia 2017

Post: matematyka+Święta+przyroda...

... stworzony z myślą o Bajdocji i jej wyzwaniu. Gdyby nie Ty, droga Bubo, nie wiedziałabym nawet, że można te trzy kwestie połączyć w całość. Można. Voila:


Wpis-podsumowanie w Bajdocji


Tata znalazł w sieci filmiki, w których amerykański nauczyciel-entuzjasta wykonuje z i dla Młodzieży bardzo ciekawe zabawy naukowe. Polecamy go Wam serdecznie, a poniżej pokazujemy, co zrobiliśmy w domu wg jego pomysłu.





Właściwie filmik pokazuje wszystko, co trzeba, można mieć nawet kulejący angielski:)


Gdzież nam tam do oryginału! Użyliśmy maku!

Na rozpostartym prześcieradle (niestety nie było chętnego do prasowania ze szkodą dla strony estetycznej przedsięwzięcia. No bo dlaczego ja? Ale Wy Drodzy Czytelnicy sobie wyprasujcie, zwłaszcza, że idą Święta...)
Wysypywaliśmy mak z butelki PET podwieszonej pod sufitem (w suficie tkwi hak - pamiątka po zasypianiu Jacka-niemowlaka w bujanym hamaczku).

Każde dziecko (oraz dorosły) miało okazję samodzielnie wypuścić butlę z makiem nad prześcieradło, toteż za każdym razem "rysunek" wychodził nieco inny. Można również manewrować długością i sposobem zaczepu sznurka (filmik!), na którym wisi butelka i w ten sposób otrzymywać coraz to nowe wzory.

Sposób zawieszenia u nas: kij od miotły okazał się elementem kluczowym


Zwą się one fachowo figurami Lissajous (czyt. lisazu, z francuskim akcentem:). Dżentelmen z tym nazwiskiem był francuskim matematykiem i odkrywcą/wynalazcą tych pięknych linii. Voila:








Eksperyment taki warto sobie zrobić właśnie w czasie (przed)świątecznym. Dodajmy, że przed sprzątaniem. Jeśli prześcieradło będzie czyściutkie, a podłoga uprzednio wytarta na mokro możecie zaryzykować użycie maku do wypieku paraświątecznego. My robimy placek z białek. Pierwowzór przepisu znalazłam na stronie pana Roberta Makłowicza, jako przepis na tort czekoladowy z białek. Białek mamy dużo, bo Młodzież często  jada kogle-mogle. Nazwa jest zbyt szumna, wychodzi dość płaski, choć puszysty i wilgotny placuszek, który jest jednakowoż bardzo smaczny i można go rozmaicie przystroić bitymi śmietanami, galaretkami, polewami i czym tam sobie chcecie. U nas znika sauté

Po oczywistych modyfikacjach przedstawiam Wam przepis na

 Tort makowy z białek 
80 g masła (rozpuścić, ostudzić)
80 g maku (można też zmielić orzeszki włoskie, albo dać jedno i drugie pół na pół)
7 białek (ubić na sztywno ze szczyptą soli)
1/2 szklanki cukru brązowego, kokosowego czy jakiego tam lubicie
1/2 szklanki mąki (pełnoziarnistej) 

Wszystkie składniki połączyć w misie, w której ubijaliśmy białka. Wlać na średnią, okrągłą blaszkę i piec ok. pół godziny w 175 stopniach

Wersja z samym makiem

Wersja makowo-orzechowa


Nie muszę Wam chyba pisać o licznych walorach smakowych, odżywczych, a nawet leczniczych ziaren makowych. Gwoli skromnego przypomnienia: zawierają witaminy A, D, E, C oraz sporo wapnia (a także żelazo, miedź, mangan, cynk, magnez, fosfor). Dzięki wysokiej zawartości błonnika korzystnie wpływają na pracę jelit, co przy świątecznym obżarstwie jest nader ważne. Prawie połowę makowego ziarenka stanowią "zdrowe" tłuszcze omega 6, ale o właściwościach oleju makowego musicie poczytać sobie gdzie indziej:)

piątek, 24 listopada 2017

Żelki mydlane

Na fali naszych fascynacji mydlanych powstały żelki mydlane, które mogą być używane do mycia rąk i cielska w wannie, umywalce czy pod prysznicem. Przygotowanie proste, Młodzi robią wszystko sami, jestem używana wyłącznie do nalania wrzątku.



Składniki:
100 ml gorącej wody
100 ml dowolnego płynu do kąpieli czy szamponu (u nas dziecinny)

20 g żelatyny spożywczej
1 łyżeczka soli (właściwie ciągle zadaję sobie pytanie: po co?, ale robię zgodnie z instrukcją, choć może następnym razem odważymy się zrezygnować z soli)
opcjonalnie: barwnik spożywczy lub inny, nieszkodliwy dla skóry

Potrzebne pomoce:
- waga
- miseczka
- łyżka do mieszania
- łyżeczka do odmierzenia soli
- naczynie do odmierzenia 100 ml płynów (my mamy 2 zlewki)
- silikonowe foremki do kostek lodu lub większe, wg uznania

Czynności:
- odważyć potrzebną ilość żelatyny, wsypać do miseczki
- dosypać do niej łyżeczkę soli
- dolać wrzątku i mieszać intensywnie
- dalej mieszając dodać żelu kąpielowego czy szamponu oraz barwnika
- wlać powstały płyn (ma mieć jednolitą konsystencję) do foremek
- włożyć do lodówki do zastygnięcia, przy czym nie trzeba czekać do jutra, wystarczy ze 2-3 godzinki



Przechowywanie: w lodówce, poza nią żelki mają tendencję do rozpływania się. Z tego względu na prezent mikołajowy można je dawać jedynie najbliższym sąsiadom.

Wszystko robi się szybko i łatwo. Waga elektroniczna w ruchu, jak lubimy. Wkoło niezbyt mokro. Jeśli nie przeszkadza Wam, że będziecie sobie, było nie było, zimne świńskie szczątki rozsmarowywać na ciele przy okazji mycia - polecam.


poniedziałek, 20 listopada 2017

Co ma pływać nie utonie

Eksperyment jest banalny, ale dla moich Dzieci nowy. Chodzi o to, żeby sprawić, aby przedmioty unosiły się na wodzie, nawet jeśli na początku toną.



Potrzebne pomoce:
- duża micha, najlepiej szklana, pełna wody
- ziemniak surowy
- jajo surowe
- plastikowa kostka do gry
- dużo soli
- łyżka stołowa

Nalewamy do miski ciepłej wody i wrzucamy do niej kostkę do gry, jajko i ziemniaka. Idą zgodnie na dno.


Wyjęliśmy obiekty z michy i zaczęliśmy dosypywać do niej soli. Dużo soli.
Tu można zapytać: co pomaga soli w rozpuszczaniu? Naturalna odpowiedź: mieszanie łyżką. Ponadto im cieplejsza woda, tym szybciej sól się rozpuszcza oraz im mniejsze kryształki soli, tym szybciej się rozpuszczają. W eksperymencie jednak nie ma okazji do stwierdzenia tych tez, zaledwie o nich wspomniałam w czasie intensywnego mieszania i dosypywania soli.
Co jakiś czas wrzucaliśmy obiekty do miski, żeby sprawdzić, czy już będą skutecznie pływać, jak ludzie w Morzu Martwym. W nim utonąć się nie da, nawet jeśli nie umiemy pływać.



Mieszali i sypali sól, podczas gdy ja ciągle gadałam o Morzu Martwym pytając w finale dlaczego tak je nazwano. Na szczęście wiedzieli, co nareszcie zamknęło mi usta. Po pozbyciu się prawie wszystkich naszych domowych zapasów soli i wielu próbach podczas których obiekty unosiły się w misie na różnych wysokościach, nareszcie uzyskaliśmy pożądany efekt.



Dlaczego w bardzo słonej wodzie przedmioty pływają tak blisko powierzchni? Woda zasolona staje się bardziej gęsta niż wnętrze jaja i wypiera je do góry. Im gęstsza solanka, tym bardziej wypiera ciała ku górze.


Potem jak to u nas - eksperyment potoczył się własnym torem.
Jajko podczas częstego wrzucania pękło, więc Młodzi doszli do wniosku, że sprawdzą, czy bez skorupki też będzie pływało po wierzchu.
 

(Uratowałam żółtko, bo to jednak było porządne jajo od kury podwórkowej)
Białka nie było zbyt dobrze widać, ale i na to jest sposób - trzeba w misce poruszać energicznie ręką i białko się spienia. Poza tym duża ilość soli powoduje denaturację=niszczenie białka i wytrącają się  białe "frędzelki", choć słabo je widać.
Lepiej rzecz jest widoczna na ciemnym tle - dolano do michy czerwonego barwnika spożywczego i farfocle oraz piana od razu stały się lepiej widoczne.
I tu już przerwałam rozrywkę, bo za dużo wody znalazło się na zewnątrz miski.



Aha! Jeszcze przed dodaniem czerwieni w szklanej misce można obserwować taki oto obrazek:


Zakładam, że to dlatego, że ziemniak odbija się, jak w lustrze w wodzie i to od spodu. 

P.S. Można to doświadczenie wykonać nieco inaczej, zobaczcie TUTAJ.

czwartek, 16 listopada 2017

Moje foto zoo

Taki tytuł ma album, który Dziadek zmontował dla Jurka na jego własne zdjęcia zwierząt. I tak w zaraniu życia Młody staje się Autorem już kolejnego albumu.


Na początku było tak, że J. chciał robić zdjęcia tak, jak rodzice, którzy lubią fotografować. Hania też chce fotografować. I Jacek też. W związku z tym miały miejsce trudne sceny przy wyrywaniu sobie aparatu, bo każdy chciał strzelić fotkę po swojemu, temu samemu obiektowi.
H. dostała aparat dziadkowy, gdy Dziadek kupił sobie fajniejszy.
Jacek zadowala się zrobieniem zdjęcia raz na 100 lat aparatem mamy.
Jurek zbierał i zbierał kasę od wszystkich Cioć, Wujków, Dziadków, Babć i Wróżek Zębuszek. Resztę mu dołożyliśmy i kupiliśmy aparat fotograficzny. Celowo nie kupowaliśmy aparatu z etykietą "dla dzieci", bo choć są to urządzenia opisywane, jako pancerne - chcieliśmy, żeby Młody nauczył się robić zdjęcia normalnym aparatem, bez ułatwień i spłyceń. Nie mówiąc o tym, że aparaty "dla dzieci" są po prostu droższe. No i Jurek ma TYLKO aparat, a nie telefon z aparatem, na którym od razu dało by się wgrać różne gry i przy nich spędzać czas. Aparat ma też kamerkę, co ma swoje złe strony, bo nie mam ochoty być filmowana w momencie, gdy udzielam dydaktycznych przestróg, albo kroję cebulę, ale trudno. Inaczej się nie dało.


Jurek zaczął robić swoje zdjęcia swoim aparatem. Większość z nich wychodzi na razie nieostra. Tłumaczymy Młodemu co i jak ustawiać, trochę próbujemy mu podpowiadać, jak ustawiać przesłonę, jak zaplanować, co ma być na obrazku, ale i tak zwykle młodzieńczy pośpiech i emocje biorą górę. Cóż, widocznie Młody musi najpierw zrobić milion nieudanych zdjęć zanim mu się uda robić udane.
Zrobił troszkę zdjęć w zoo, które po obróbce są OK. Dziadek zrobił album, do którego J. wkleja wydrukowane przez Dziadka swoje własne zdjęcia.
Nie macie pojęcia, jaka to radocha dla Młodego. Własny aparat, własne zdjęcia, własny album.
Bardzo serdecznie polecam wszystkim kupienie dziecku niedrogiego aparatu. Zakładam, że "zabawka" ta uczy obserwowania świata, dokumentacji tego, co widzimy, rozwija wrażliwość. A fotografować można wszystko, niekoniecznie zwierzęta z zoo: samodzielnie zaprojektowane stroje, samochody różnych marek, członków rodziny, zabawki ustawione w scenki rodzajowe:)

Widziałabym tu jeszcze własnoręczne podpisy nazw gatunków białą kredką, ale nie przebiłam się z tym pomysłem.

A jeśli nie fotki to... rysunki.

Mamy zeszyt-album poświęcony smokom (z ulubionego filmu "Jak wytresować smoka"), zeszyt z rysunkami dzikich zwierząt ("Mamo, co by tu jeszcze narysować?"), osobny z roślinami (a w nim seria portretów roślin owadożernych) i zeszyty z obrazkami rysowanymi z mamą. Rysujemy na zmianę - raz ja, raz J. Rysując opowiadamy sobie historie o tym, co pojawia się na obrazkach. Zwykle historie są krwiożercze: smok lub potwór pożera inne obiekty na rysunku (księżniczka z zamkiem, roślinność, meble). Trochę to dla mnie nużące, ale J. pasjami to uwielbia.

A to wszystko dlatego, że starszej siostrze kupuje się na wrzesień mnóstwo zeszytów do szkoły, więc dlaczego młodszemu bratu nie? Młodsi bracia we wrześniu też powinni dostawać piękne, nowe zeszyty z kolorowymi okładkami:)

poniedziałek, 23 października 2017

Lokator

Mamy "obcego". Jest zielony i niechętnie ujawnia swoje położenie, ale gdzieś w naszym mieszkaniu JEST. Objawi się jako ćma, ale nie znamy dnia ani godziny.

Mieszkańcy domów, zwłaszcza poza miastem, przeżywają zapewne szturm zwierząt różnego rodzaju, które pragną w zaciszu ich domostw spędzić zimę. My w bloku, w mieście, mamy zaledwie próbkę tego. Te nagle objawiające się muchy, biedronki, a nawet osy.

Pewnego ranka zauważyliśmy przykry widok na parapecie:



A pod nim jeszcze przykrzejszy:


Dokładna obserwacja pozwoliła nam zlokalizować powód takiego stanu rzeczy:



Gąsienica jest dokładnie w tym samym odcieniu co liście, więc kamuflaż jest bardzo skuteczny.

Nie jest bezbronną "galaretką". Dotykana palcem zwija się energicznie i z oburzeniem. Dokładnie wie, czego chce - po wyżarciu szczytowych liści na naszej roślinie po prostu - poszła sobie! Następnego dnia o poranku znaleźliśmy ją w przeciwległej okolicy pokoju. Przebyła kawał drogi! Wcale nie chciała wracać na roślinę i znowu ją opuściła w nieznanym tym razem kierunku. A stało się tak dlatego, że Młodzież zbiorowo zaprotestowała przeciwko usunięciu jej na zieloną trawkę pod blokiem. Wszyscy doszli do wniosku, że koniecznie musimy mieć robala w domu.

Lektura mądrych źródeł podpowiedziała, że możemy się spodziewać zamiany w motyla. Albo jeszcze teraz, przed zimą, albo już na wiosnę, gdyż nasz maluch potrafi zimować w różnych stadiach rozwojowych.
Pytanie tylko: gdzie? Możliwe, że dopiero przedświąteczne lub wiosenne porządki ujawnią położenie "gościa".

Mam tylko nadzieję, że roślina wypuści nowe liście... (jest to zdobycz z naszego PSZOK-u, gdzie można było wymienić elektrośmieć na roślinę. Dostaliśmy też wór gleby uzyskanej z kompostowania odpadów z terenów zielonych miasta).

P.S. Dla zainteresowanych - nasz robak nazywa się błyszczka jarzynówka (Autographa gamma Linnaeus, 1758). Dzięki znajomości nazwy można wyczytać o niej sporo.

P.S. Dokładam zdjęcie zrobione 23. listopada, kiedy to w naszym domu pojawił się Gość w nowej odsłonie - imago (tak zwie się dorosła forma owada). Czy to ten sam? Tak czy siak dał się uwiecznić, po czym wysłaliśmy go na emigrację na klatkę schodową (w nocy jeszcze bez przymrozków, ale Młodzi podnieśli protest, że zmarznie zanadto, a tak - może zakamufluje się gdzieś w piwnicy czy załomie okiennym).


Czułek - tylko jeden, ale i tak całość urocza.

poniedziałek, 16 października 2017

Piórka Jurka

Zbieramy pióra. Tzn. Jurek zbiera, reszta Młodych mu pomaga, ja cichcem wyrzucam (bo ileż można ich zmieścić w mieszkaniu w bloku?). Pióra zostały jeszcze z wakacji. Strusie i żurawie pozyskaliśmy w zoo. Sójcze i pawie zgubiliśmy. Gołębich ciągle przybywa, bo wszystkie są piękne. Przybywa też dużych czarnych, nie umiemy bowiem odróżnić podwórkowych piór wronich od gawronich. Czasem trafi się wróble lub srocze. Nasze sikory chyba w ogóle żółtych piórek nie gubią.



Gdzieś trzeba te pióra mieścić, wiec zaproponowałam album. Jerzyk sam stworzył okładkę obklejając ją korą sosnową i brzozową. Na środku miał widnieć tytuł: "Piórka Jurka", albo "Pierze Jerza":), w desperacji "Pióra Jura", ale Młody coś zwleka z tym, więc na razie w tytule pustki.

Album zmontowany jest z kartek bloku technicznego A4 z dziurkami przewiązanymi sznurkiem. Pióra przyklejamy przezroczystą taśmą klejącą.





Na tle pierzastej fascynacji do łask wróciły filmy Davida Attenborough ("Życie ptaków") i książki biblioteczne o ptakach. Babcię uszczęśliwiono wspólną zabawą w której J. był pustułką.
Bardzo podobają mi się też "Trójkowe gawędy doktora Kruszewicza", które wydano na płytce do słuchania (słuchamy w drodze, jadąc samochodem). W ogóle warto wyszukać opowieści o ptakach w interpretacji właśnie tego specjalisty, który ma nie tylko dużą wiedzę, ale też łatwość jej przekazywania, błyska humorem, anegdotami, ciekawostkami. Dla dzieci wykład jest nużący, ale starszym polecam, np. ten o ptakach pojawiających się w miastach:





Jeśli długo nic nie napiszę to znaczy, że laptop zaginął przysypany piórami:)

czwartek, 5 października 2017

Zupa z resztek, kompot ze skórek

Kilka razy natknęłam się na informacje o tym, jak wiele wyrzucamy i marnujemy jedzenia. Autorzy tekstów na ten temat proponują rozmaite sposoby zmniejszenia tego zjawiska. M. in.: "resztki po warzywach można zbierać, wrzucać do pojemnika w zamrażarce, a gdy będziemy ich już mieli całe pudełeczko – podsmażamy na odrobinie oleju, dodajemy przyprawy, wodę i aromatyczny bulion gotowy! Im więcej różnych warzyw, tym lepiej."



 "Ha, ha!" - pomyślałam sobie drwiąco - "To nie o mnie, ani dla mnie. Ja przecież wyrzucam naprawdę nie nadające się do jedzenia resztki". Gdy jednak człowiek tkwi w kuchni i gotuje obiadki dla rodziny 5-osobowej nachodzą go rozmaite refleksje. Pomyślałam, że spróbuję i sprawdzę czy uda mi się czegoś nie wyrzucić, co mi tam!
Na początku wydawało mi się, że będę w stanie uchronić przed wyrzuceniem najwyżej ogonki z zieleniny (kopru, lubczyku, selera, pietruszki). I rzeczywiście na początku głównie te składniki zbierały mi się w pudełku w zamrażarce.
Potem uświadomiłam sobie, jak wiele resztek zostaje po J., który je warzywa i owoce bardzo wybiórczo, np. jabłka tylko bez skórki, buraka tylko w postaci wyciśniętego soku, z pomidorów wysysa "galaretkę" z pestkami, a z papryki pokrojonej w paseczki po kolacji zostaje na jego talerzu zawsze kilka niedojedzonych kawałów.
Gdy przyciągnęliśmy z dziadkowego ogródka 2 dynie - po raz pierwszy zebrałam skórki z ich obrania do pudełka.


Robię też Młodym miksturę czosnkową Bonifratrów (czosnek - 6 ząbków zetrzeć na drobnej tarce, wymieszać z sokiem z 1 cytryny i wodą przegotowaną - 0,5 szklanki, wymieszać, odcisnąć na drobnym sitku, dać dzieciom codziennie po łyżce, efekt odrobaczający i wzmacniający odporność). Zostaje mi po tym sporo czosnkowych resztek.
No i wytłoki z produkcji soków, u nas głównie buraczane, marchwiowe, selerowe.
W końcu okazało się, że jest z czego zrobić bulion prototypowy. Ten pierwszy, głównie z ogonków, był zielony, podsmażyłam je, jak kazali na oleju, zalałam wodą, zagotowałam, odcedziłam. Obecnie, po kilku próbach i kilku mądrych książkach później, jestem przeciwniczką podsmażania na oleju, jeśli już to na oleju kokosowym lub maśle klarowanym. Podsmażanie ma zapewne jakoś tam wpłynąć na walory smakowe, ale tak naprawdę wydłuża czas poddawania warzyw obróbce termicznej (strata witamin!), sprzyja powstawaniu wolnych rodników i nic nie wnosi. Już lepiej dodać masło po odcedzeniu wywaru z warzyw, zaś do gotowania dodać sól (obniża straty witamin) i inne przyprawy, które lubicie (kurkumę działającą przeciwzapalnie, rozgrzewające paprykę czerwoną w proszku, pieprz czarny czy inne).
A zatem po odcedzeniu dodaję sporo masła i jeśli potrzeba - przypraw. Bulion zadany przecierem pomidorowym daje nam klarowną pomidorową zupę, do której robię jeszcze lane kluski na 2 jajach podwórkowej kury. Posypać świeżą zieleniną. Z wytłoczyn buraczanych, obierek buraka i resztek czosnku wyszedł naprawdę smaczny barszcz klarowny. Wrzuciłam do niego fasolę z puszki i zjedliśmy całość na obiad.
Ogólne rzecz biorąc - działa.

Dla kogo jednak jest ta zabawa?
- dla tych którzy mają czas i pamięć do tego, żeby pamiętać o odkładaniu resztek za każdym razem, gdy nam się trafią, czasem w niewielkiej ilości. Wszak wyrzucenie to tylko jeden gest, zaś otwieranie zamrażarki i pudełeczka, a potem zamykanie wymaga o wiele więcej energii.
- dla tych którzy mają krewnych z ogrodem, ale mieszkają w dużym mieście, z dala od własnego areału uprawnego. Czyli dla takich, jak my. Jak ktoś ma własny ogródek i zagon marchwi za oknem, nie będzie się bawił w zbieranie obierków, bo może nawet nie da rady przejeść wszystkich swoich całych warzyw.
Nie mam zaufania do warzyw i owoców sklepowych. Zawsze podejrzewam je o to, że są zadane środkami przeciwgrzybicznymi na skórkę (np. jabłka), albo w ogóle nawiezione nie wiadomo czym, żeby ładnie wyglądały, a niekoniecznie smakowały. Wszak głąb kapuściany, smaczny skądinąd, potrafi zgromadzić w sobie nawet metale ciężkie.

Z obierek i gniazd nasiennych jabłkowo-gruszkowo-pigwowych wychodzi kompot. Wszak skórka i rejon pod skórką jabłka to obszary największej koncentracji witamin i soli mineralnych. I tu też nie użyłabym nigdy jabłek sklepowych, tylko ogródkowych.

A na koniec polecam bardzo ciekawy wykład pani Leny Huppert o skażeniach ukrytych w żywności i ochronie przed nimi:

http://porozmawiajmy.tv/skazenia-ukryte-w-zywnosci-jak-sie-przed-nimi-bronic-lena-huppert/

Mniej więcej w drugiej minucie wykładu można zobaczyć tabelkę pokazującą, jak znacznie spadła zawartość mikroelementów i witamin w warzywach i owocach w ciągu ostatnich 20 lat. Pozostaje tylko zastanowić się, czy w takim bulionie z resztek COŚ jeszcze jest? Optymistycznie zakładam, że jeśli użyjemy resztek z ogródka - TAK!

Smacznego!


poniedziałek, 2 października 2017

O znaleziskach leśnych

Dziwne to uczucie, gdy się wchodzi do lasu w południe, na zwykły spacer rodzinny, i widzi się grzybiarzy, którzy WIADRAMI wynoszą z niego podgrzybki brunatne. Próbowałam stłumić w sobie zazdrość, nie zbiegać zaraz w bok ze ścieżki, tłumaczyć sobie, że to przecież nie prawdziwki, ale i tak szłam z nosem przy ziemi, co chwila wznosząc okrzyki typu: "O! Popatrzcie...", "O! Zobaczcie..." i szukając pilnie znajomego widoku, a natrafiając na inne, równie ciekawe. No i się doigrałam. 



Z lasu przynieśliśmy:

a/ kulki galasówki dębianki, z których powstał atrament (w szklanej zlewce umieścić opiłki żelaza pozostałe z ostrzenia noża i 2 gwoździe zardzewiałe, wcisnąć w nie sok z galasów, nieznacznie podlewając wodą, poddać obróbce termicznej na fajerce uzyskując stopniowo bardzo ciemny roztwór). Użyć na bieżąco, maczając w tym zaostrzone ptasie pióro.
P.S. W dawnych czasach do atramentu dodawano piołunu, aby zniechęcić myszy do podgryzania rękopisów (gorzki piołun nie smakował myszom).




b/ grzyby: kanie (zjedzone z patelni na kolację) i podgrzybki (kilka sztuk, które uchowały się przed bliźnimi z wiadrami)


Zdjęcie porównawcze. Żeby nauczyć się odróżniać kanię od muchomora trzeba się im uważnie przyjrzeć, nie tylko z góry.
c/ zdjęcia grzybów, których było mnóstwo pięknych i niejadalnych w różnych rozmiarach, kształtach i kolorach. No i jak tu nie zrobić takiemu obrazka?




d/ zęby ssaka, po którym została tylko mocno nadwyrężona żuchwa, każdy chciał mieć swojego zęba, więc Ojciec Rodu musiał je z tej żuchwy wydłubać. Niestety zaledwie mogę podejrzewać, że może to był dzik...



e/ żołędzie rozsiane po kieszeniach, z których co chwila wypadają, również w pralce


f/ korę sosnową i brzozową (dla której trzeba w domu natychmiast po powrocie sporządzić specjalne pudełko, a wcześniej uświadomić rodzica, że to on będzie je robił i powtórzyć mu to ze 20 razy, bo jeden raz to na pewno za mało, żeby rodzic pojął, jak to jest bardzo istotne)

g/ kwiaty słonecznika szorstkiego (o którym myśleliśmy pierwotnie, że to topinambur) do wazonu



h/ szyszki chmielowe do wysuszenia i parzenia (literatura zielarska podpowie co i jak)

i/ ładne kamyczki, zwłaszcza krzemienie

j/ dzidę, tzn. zaostrzony kij, rękodzieło własne

k/ korzeń łopianu (obrać, wrzucając szybko do wody z cytryna, żeby nie ciemniało, ugotować i zjeść. Kiedyś jedliśmy tez duszone na maśle)

l/ 2 patyki uderzająco przypominające swym kształtem pistolety (a może jednak udało nam się je zgubić?)

A musicie wiedzieć, Drodzy Czytelnicy, że nasze mieszkanie w bloku powierzchnią swą nieznacznie przekracza 48 metrów kwadratowych.

Na obrzeżach lasu Jurek wlazł w nieużytek, z którego, niemal spod stóp, wyfrunęły mu bażanty.

Słońce świeciło, jak szalone.

Serdecznie Wam życzę, Drodzy Czytelnicy, tak miłych, jak nasz, spacerów jesiennych:)

P.S. Jeśli przypadkiem jeszcze nie znacie serialu "Tętno pierwotnej puszczy" - możecie go obejrzeć on-line na cda razem z Dziatwą, jako i ja zamiaruję.


środa, 27 września 2017

Nie fluoryzujemy

Gdyby przeczesać Internet napotka się mniej więcej tyle samo głosów "za", co "przeciw" fluoryzacji. Przeczesaliśmy, poczytaliśmy (również w druku), pomyśleliśmy... I kiedy Hania powiedziała: "Mamo, na jutro mamy przynieść 2,50 zł na fluoryzację" - kasy nie dostała. 

Forsuję też szczotkę elektryczną, ale na razie zęby nią myję ja i czasem H.

W różnych mądrych lekturach wyczytałam, że związki fluoru są toksyczne. Nawet, jak się wypłucze buzię po myciu zębów (a po fluoryzacji szkolnej się nie płucze), to i tak mają zdolność wnikania w ciało przez błony śluzowe w jamie ustnej. Są ponadto obecne powszechnie w tym co jemy i pijemy, zwłaszcza (ale nie wyłącznie!) w okolicach rozwiniętych przemysłowo. Fluor jest nam potrzebny, owszem, ale w ilościach niewielkich, mniej więcej takich, jakie są w jednej szklance czarnej herbaty (która bardzo łatwo wchłania fluor z gleby).
Wszelako czymś trzeba myć zęby, żeby zachować je w dobrym zdrowiu. Wlazłam do wielkiej drogerii w dżungli centrum handlowego. Namierzyłam pasty alternatywne - jest ich sporo -  i teraz testujemy.

Co proponują producenci zamiast związków fluoru?
- krzemionki koloidalne
- wyciągi ziołowe (tymianek, jałowiec, mięta, rozmaryn, szałwia, bazylia)
- ksylitol
- glukonian wapnia
- D-pantenol
(tu Czytelnicy muszą sobie sami poszukać informacji, jak działają te substancje, tak jak ja to zrobiłam we własnym zakresie. Bardzo polecam, o ile macie czas, Świadomość tego, czego i ile potrzebują zęby znacznie rośnie) 

Nasze pasty do zębów w okresie przejściowym. Z fluorem i bez.

W sumie niezłe propozycje. Pasty bez fluoru tak jak te fluorowe po prostu czyszczą zęby tak skutecznie, jak tego chce ręka dzierżąca szczotkę do zębów. Nawet pułap cenowy ten sam mniej więcej. Po prostu pasty te nie są tak powszechne, nie znajdziemy ich w każdym przydrożnym sklepie. Wierzę, że w dbaniu o higienę uzębienia najważniejsza jest regularność i częstotliwość mycia zębów, częste wizyty profilaktyczne u stomatologa etc. Dlatego pastom z fluorem mówimy: "Nie!"

Najtrudniejszy emocjonalnie okres ("A może by tak jednak myć z fluorem? Przecież wszyscy myją") przeczekujemy używając pasty dla dzieci z mniejszą dawką fluorków.

Do poczytania o fluorze

P.S. Zadziwia fakt, że w przedszkolu państwowym Sanepid nie pozwala myć dzieciom zębów, (zaś w prywatnym kazali Hani przynieść szczoteczkę i szorować zęby po obiadku:), a w szkole już pozwala: te 2,50 zł to na szczoteczki jednorazowe, bo fluor dają darmo.

poniedziałek, 25 września 2017

O szorowaniu wanny

Gdy już nacieszymy się własną babeczką musującą w wannie (patrz poprzedni post) i woda spłynie z niej w siną dal, okazuje się, że wanna wygląda naprawdę strasznie (u nas resztki kakao i makaronu). Ale to nic! Wyprodukowaliśmy sobie własny środek do czyszczenia wanny, w dalszym ciągu na fali fascynacji mydlanej:)

Tym razem zajrzałam do książki pani Ewy Kozioł p.t.: "Wyrzuć chemię z domu" (zajrzyjcie też do bloga Autorki, który zwie się "Zielony zagonek"). A w książce zwięzła instrukcja, jak sobie zrobić własne mydło w płynie i pastę do szorowania wanny. Potrzebne są:
- szare mydło (zetrzeć na tarce z dużymi oczkami, zalać gorącą wodą)

- soda oczyszczona
- olejek eteryczny

Proporcje zgubiłam, na blogu są podane jakieś inne niż w książce, mieszam rzecz całą "na oko" do uzyskania konsystencji budyniu.




Dziecinne i mamine przyjemności z tym związane:
1) Wycieczka z Hanią do sklepu ze "zdrową żywnością" (ach, jak mi się podoba ten zwrot, uświadamiający człowieka, że cała żywność wokoło jest niezdrowa) i nabycie NATURALNYCH:) olejków eterycznych, które sobie Dziecko samo wybrało z naprawdę bogatej puli. Wąchałyśmy, porównywałyśmy ceny i wyszłyśmy z trzema zaledwie olejkami (z drzewa herbacianego, cytrynowym i wiśniowym)



2) Zakup przez internet wielkiej torby szarego mydła w granulkach (nie trzeba trzeć na tarce), taniego jak barszcz, produkcji białoruskiej. No, to nie jest za bardzo "eko" ten zakup zza wschodniej i odległej od Wrocławia granicy. Ale pokażcie mi lokalnego producenta szarego mydła, którego mogłabym ewentualnie zasilić gotówką. Brak.


Gdy paczka przybyła przeczytałam sobie skład tego szarego mydła - po raz pierwszy napisany po polsku, a nie po angielsku i z użyciem niezrozumiałych skrótów literowych. Mianowicie:
"Sole sodowe kwasów tłuszczowych pochodzących z olejów roślinnych, tłuszczów spożywczo-technicznych, tłuszczów zwierzęcych, produktów przerobu olejów roślinnych, woda, wodorotlenek sodu, chlorek sodu"


Lektura ta uświadomiła mi, że oto mam przed sobą kawałek krowy lub małej, kudłatej, mądrej kózki, którą przerobiono na mydło. Oszczędzę Wam wszystkich moich skojarzeń i przemyśleń. Zastanawiam się obecnie intensywnie czy cała reszta mydeł też w sobie ma tę krowę. Możliwe, że nie ma, za to jest dwutlenek tytanu, PEGi (które podobno nie są wcale takie straszne, jak o nich piszą) i całe stado dodatków i konserwantów. I co tu wybrać?
Na razie jednak odkładam refleksje na bok, bo mam kilogram szarego mydła w granulkach. Producent zaleca je wykorzystywać do prania.




3) Mydło w płynie zrobiłam sama, zapach nieszczególny, spotęgowany nieszczególnym zapachem olejku z drzewa herbacianego. Ale powoli się przyzwyczajam, następnym razem zrezygnuję z odkażających właściwości herbaty, na rzecz milszej opcji cytrynowej czy innej. Wszelako rzecz cała odbyła sie z użyciem wrzątku i blendera (bo nie chciałam mieć grudek), więc to sobie stworzyłam w samotności.

4) Mleczko do szorowania: Mieszanie mydła w płynie z sodą oczyszczoną odbyło się w wykonaniu chłopców na kuchennym stole. Młodszy mieszał, starszy dosypywał, ja tylko sprawdzałam konsystencję.

5) Hania wyszorowała wannę, zaś Jurek umywalkę. Niestety czasy, gdy czynność ta fascynowała moje dzieci już bezpowrotnie minęły (no, może jeszcze Jurka trochę to bawi, ale bez przesady), ale jakoś się przemogli i wyszorowali co trzeba. Po moich własnych, wcześniejszych próbach mogę śmiało powiedzieć, że specyfik ten równie skutecznie czyści wannę czy umywalkę, jak Cif czy inne mleczka. Soda jest rzeczywiście ŁAGODNYM środkiem szorującym, dlatego jeśli chcemy porządnie wyszorować jakąś powierzchnię, dobrze jest to robić szczoteczką. Wtedy efekt murowany i szybszy niż zwykłą szmatką.

6) Mydło w płynie i mleczko do szorowania trzymam w szklanych słoikach z szerokim wejściem, a więc w opakowaniach wielorazowego użytku, które nie rozkładają się z wydzielaniem nie wiadomo czego do gleby (zastanawiam się czy szkło w ogóle się rozkłada, wszak czytałam kiedyś o szklanych paciorkach znalezionych przez archeologów...). Gdy mydło się zestala wystarczy dodać troszkę wody i energicznie zamieszać.


wtorek, 12 września 2017

Mydlane ciastka

Trafiła w nasze ręce książka o kosmetykach, które można ręcznie zrobić w domu ("Cukiernia kosmetyczna" Adriany Sadkiewicz). Najciekawsze dla Młodych jest to, że kosmetyki owe, na sugestywnych zdjęciach, wyglądają jak pyszne słodycze, babeczki, czekoladki, lody, lizaki... Postanowiliśmy zrobić takie w domu.




Można zmontować sobie "babeczkę do kąpieli", musującą, a na niej umieścić część mydlaną do mycia. I użyć całości przy kąpieli w wannie.

Babeczka kąpielowa (proporcje na dwie babeczki):
- mąka ziemniaczana 20 g
- soda oczyszczona 80 g
- kwasek cytrynowy 40 g
- olej rzepakowy 10 ml
- olejek zapachowy - kilka kropli (można zastąpić pachnącym dodatkiem, np. cynamonem, wanilią itpd.)
- woda w spryskiwaczu

Młodzież z własnej inicjatywy dorzuciła kakao, a z mojej inicjatywy do jednej z babeczek dodaliśmy suszone płatki nagietka.



Czasy, gdy robiliśmy wszystko w jednym egzemplarzu, a każdy miał w działaniach swój udział, skończyły się bezpowrotnie. Teraz każde dziecko chce wszystko robić samo od początku do końca. Dobrze, że jakoś bez kłótni używają wagi, bo mamy ją tylko jedną. Grzecznie czekają na swoją kolej, a każdy miesza w talerzu swoje składniki. Używaliśmy głębokich talerzy do zupy i łyżek do zupy, a potem, do mieszania - dłoni.
Składniki mieszamy ręcznie i delikatnie spryskujemy wodą, tak aby uzyskać konsystencję mokrego piasku do robienia babek w piaskownicy. Gdyby za bardzo musowało - trzeba musowanie stłumić dłonią.
Następnie upychamy "piasek" do silikonowych foremek na muffinki, ugniatamy mocno i zostawiamy w ustronnym miejscu na dobę do stwardnienia. Można na tym poprzestać i taką muffinkę wrzucić sobie do wanny obserwując musowanie.

Ale można jeszcze zrobić "górę" babeczki - krem mydlany. Dowolne mydło   trzeba zetrzeć na tarce z dużymi oczkami i wymieszać z połową szklanki wody ogrzewając całość w kąpieli wodnej. Potem trzeba mieszankę zmiksować blenderem na puszystą masę. Następnie wkładamy ja do rękawa cukierniczego i formujemy piękne zwieńczenie babeczki. Ha! To nie u nas. Rękawa cukierniczego brak - zrobiłam ze śliskiej, grubej gazetowej okładki papierowe tutki wzmocnione taśmą izolacyjną. Zdały egzamin, choć to jednak jednorazówki. Wszelako nie osiągnęliśmy efektu estetycznego, jak we wzorcowym przepisie. Efekt jest - w porównaniu ze wzorem - wręcz szokujący. Jest to wszak dziecięce rękodzieło i nie ma co czepiać się szczegółów. Babeczki zostały ozdobione kakao i makaronem w kształcie zwierzątek.




Można się nabrać prawda?
Jeszcze nie nadszedł wieczór testowania babeczek w wannie. Jak widzicie wieczorów będzie kilka, bo idea jest taka, że wrzucamy jedną babeczkę na wannę. Dzięki dodatkowi kakao i makaronu Młodzież będzie się taplała w brązowej brei i zapewne trzeba ich będzie dodatkowo opłukać, ale co tam! Żyje się raz!


Zakładam, że mąka ziemniaczana i olej dobrze wpływają na skórę, podobno kakao ma również na nią zbawienny wpływ. Nie wiem, jak soda oczyszczona czy kwasek cytrynowy, ale chyba raczej nie są szczególnie szkodliwe. Wszak to rzeczy spożywcze.
Zajrzyjcie do bloga Autorki książki. Gdy już ominiecie te wszystkie reklamy dotrzyjcie do przepisów. Można się naprawdę wciągnąć - jeśli ktoś ma czas, chęci i zechce zakupić dodatkowe składniki. Przydaje się też smykałka do prac ręcznych. Na razie obawiam się, że Babcie i Dziadkowie zostaną uszczęśliwieni kolejnymi dziecinnymi wytworami, bo Młodzi złapali bakcyla.

P.S. W trakcie produkcji mydlanych ciastek Młodzi próbowali mieszać składniki według własnych pomysłów - kuchnia wyglądała jak stajnia Augiasza. Jest to zajęcie bez wątpienia dobre na długie, zimowe wieczory. Pozwoliłam im mieszać do woli, uprzedzając, że będą sprzątać. Sprzątnęli jakoś, tylko poprawiłam rozmazany blat i podłogę po swojemu.