środa, 5 lutego 2020

Unikamy plastiku - bilans styczniowy

Dzięki naszej najstarszej Latorośli, która ma hopla ekologicznego, wprowadziliśmy w czyn wiele pożytecznych działań, o których wcześniej wiedzieliśmy, ale jakoś tak się nie składało... Wszelako chyba to my jesteśmy (przynajmniej częściowo) sprawcami "hopla ekologicznego" dziecka. Czas się pochwalić tym, co udało nam się wspólnie zmienić w naszym domu.


 - porzuciliśmy szampon w płynie na rzecz szamponu w kostce, który jest zapakowany w tekturowe pudełeczko i dość wydajny. Cena ok. 20 zł (Rossman, Super-Pharm). Nie zużywamy dzięki temu plastiku-opakowania i nie wylewamy na skórę barwnika, konserwantu, zapachu i spieniacza.

- nie kupujemy już żadnych żeli pod prysznic czy płynów do kąpieli. Używamy mydeł w kostce, szukając tych zapakowanych w papier nie powleczony plastikiem (bardzo trudny w recyklingu)

- porzuciłam kremy do twarzy zasobne w konserwant, wybielacz, substancje zapachowe i podtrzymujące właściwą konsystencję. Przerzuciłam się na olejki, najlepiej w szkle (Drogeria Natura). Olejek z pestek malin przeszedł pomyślnie testy, lubię też ten z migdałów i pestek awokado. Inne czekają w kolejce do testów.

- znaleźliśmy miejsce, gdzie można kupić  kocią karmę na wagę do własnego słoika (odrobinę droższa niż supermarketowa, ale do przeżycia, za to lepsza w składzie). Wątróbki dla kota też sprzedają do słoja, ale w innym miejscu.



- do słoika sprzedają nam też w warzywniaku rzeczy na wagę, np. śliwki suszone, a latem jagody; truskawki wejdą do kobiałki, którą można również kupić w jarzyniaku. Oddajemy tam również wytłoczki po jajach, które chętnie przyjmują.

- na chleb mamy specjalny worek z tkaniny, który służy tylko i wyłącznie do noszenia chleba

- nabyliśmy maszynkę do golenia na żyletki, aby nie kupować plastikowych jednorazówek. Pierwsze testy wypadły pomyślnie, choć trzeba być bardzo ostrożnym, bo łatwo się zaciąć.



- zaczęłam też próby wyścielania kosza na śmieci papierem. Użytkujemy stare rysunki dzieci i gazetki reklamowe. Nie wystarczy wyścielić dna - trzeba wyścielić też ścianki, a raczej dościelać je w trakcie wypełniania kosza. Sporo z tym zachodu. Po wyrzuceniu śmieci wypada przynajmniej wypłukać śmietnik, zanim się go na nowo wyścieli. Zużywamy tu wodę, no i te papiery. Sama nie wiem, czy to bardziej ekologiczne. Wiem, że worki biodegradowalne nie łatwo rozkładają się na zwykłym wysypisku śmieci. Nad tym musimy się jeszcze zastanowić. Czekam jak i kiedy spółdzielnia mieszkaniowa zechce wyegzekwować od nas segregację odpadów kompostowalnych.

- nie używamy ręczników papierowych od dawna, za to używamy sporo  szmatek z dziecięcych koszulek, które się często pierze, bo i tak przy pięcioosobowej rodzinie piorę codziennie.

- chusteczki higieniczne w plastikowych opakowaniach używamy tylko wychodząc poza dom, a w domu posługujemy się chusteczkami z pudełka.

- w Kauflandzie kupiliśmy cienkie siateczki na owoce, czy warzywa, których należy używać zamiast jednorazowych woreczków. Są lekkie, jak jednorazówki. Pomysł ten wydał mi się z początku kontrowersyjny, bo żeby unikać zużywania plastikowych woreczków kupuję sobie plastikowe siateczki, Wkrótce pojęłam, że chodzi tu o wyrobienie w sobie odruchu, żeby nie tylko zabierać na zakupy własną płócienną torbę, plecak, czy koszyk, ale zabierać też własne woreczki na pomarańcze i marchew. One wcale nie muszą być jednorazowe. Mogą być 2-, 3-, 4- i więcej razowe. Te siateczkowe plastiki są może troszkę bardziej wytrzymałe, ale w końcu polegną. Za to odruch ich zabierania ma w człowieku zostać na stałe.



- kupujemy proszek do prania w tekturowych pudełkach, z certyfikatem EcoLabel. I tak te wszystkie foliowe powodowały u niektórych z nas swędzenie i zaczerwienieni skóry. No i wielka zaleta - nie pachną one bardzo mocno. Płynów do płukania tkanin też nie używamy. Nie kupujemy też żadnych domestosów czy cifów - czyścimy własną pastą do szorowania, z mydła i sody.


Porażki: o nich innym razem, bo jest ich zbyt wiele, ale największa jest taka, że wszystkiego tego nie da się kupić w jednym miejscu, tylko trzeba biegać zygzakiem po mieście, jeśli chce się być bardziej ekologicznym, a doba ma 24 h i to się na razie nie zmieni.

Refleksje: kwestie sposobu pakowania produktów przez producentów i dystrybutorów powinny być regulowane odgórnie i powinno się w nich nakazać szczegółowo unikanie plastików tam, gdzie tylko można. Nasz rząd, tak skuteczny w przeprowadzaniu swoich zamierzeń na siłę, mógłby tu się wykazać. Ale się nie wykaże przecież.

A w ogóle sprawa jest beznadziejna. Widzimy to za każdym razem, gdy wyrzucamy nasze śmieci, np. do śmietnika pod blokiem tekturowe opakowania po pizzy wrzucane są regularnie do śmieci zmieszanych, a 1 metr dalej stoi śmietnik na makulaturę. Zaś w szkole moich dzieci uczniowie segregują odpady, a sprzątaczka i tak zbiera je wszystkie razem (i dzieci to widzą, jak wychodzą po lekcji na korytarz, zaraz po lekcji o recyklingu:). Namawiam je na grzeczne zwrócenie uwagi owej pani. Niech działają samodzielnie na rzecz środowiska.



czwartek, 30 stycznia 2020

Świat przefiltrowany

Trafiła w nasze ręce książka Ainy Bestard p.t.:"Co kryje las?". Chodzi w niej nie tylko o to, żeby zapoznać młodego czytelnika ze zjawiskami zachodzącymi w przyrodzie, ale też zająć go zabawą z kolorami. Takie "dwa w jednym".



W książce wykorzystano zjawisko pochłaniania fal świetlnych przez kolorowe filtry: czerwony, niebieski i zielony. Jeśli białe światło przepuścimy przez barwny filtr - nabiera ono koloru filtra. Widać to ładnie na tym zdjęciu:



W efekcie z obrazka "znika" ta jego część, która ma kolor filtra, zaś kreski rysowane w innych kolorach przyjmują inne, ciemniejsze barwy. Pozwala to zobaczyć na ilustracji te jej fragmenty, które są słabo widoczne  w białym świetle, okiem nieuzbrojonym w kolorową "lupę".






J. postanowił wykonać własny rysunek przyrodniczy kolorowymi cienkopisami wzorując się na ilustracjach książkowych. Ładnie mu wyszło. Rzecz cała, wzbogacona o żółtą dedykację powędrowała do Dziadka w dniu Jego Święta. Niestety Dziadek tylko na wizycie u nas miał okazję delektować się filtrem, który ułatwiał czytanie żółtego koloru.



Z tego wszystkiego całkiem umknęła nam treść książki, a niesłusznie, bo zauważam w niej cenne kwestie, zwłaszcza te dotyczące szacunku dla przyrody. Dopiero jednak muszę zasiąść z Młodzieżą do uważniejszej lektury, bo atrakcje kolorystyczne właściwie zdominowały obcowanie Młodych z książką.

Ciekawa jestem czy są jeszcze inne książki tego typu na naszym rynku? Warto by wykorzystać ten atrakcyjny sposób rozwijania wiedzy na zajęciach szkolnych. Przez kolorowe filtry nawet starsze Dzieci chętniej sięgnęłyby  po trudniejsze zagadnienia. Tymczasem już dwulatek pobawi się nią chętnie, a czytający pierwszak łyknie troszkę wiedzy.

Posta tego zgłaszam do projektu Bajdocji, który zwie się "Pod kolor":

 

Spójrzcie, co inni blogowicze robią z kolorami i dziećmi!

niedziela, 26 stycznia 2020

Zimowe ptakoliczenie

Przyszło do nas ze Zjednoczonego Królestwa. Jest pięknym pomysłem, który pozwala spotkać się ludziom o przyrodniczych zainteresowaniach, a nawet wciągnąć w nie zupełnych nieprzyrodników. Spotykają się dzieci, rodzice i dziadkowie, żeby wspólnie spojrzeć na drzewa i zobaczyć, co wśród nich lata.

Widać tu cztery gile, prawda?

W tym roku pierwszy raz uczestniczyliśmy całą rodziną w ogólnopolskim zimowym liczeniu ptaków. Właściwie ten udział zawdzięczamy naszym Ulubionym, Zaprzyjaźnionym Sąsiadom, którzy zabrali nas ze sobą.
Miałam mnóstwo obaw na temat dzieci:
- że zmarzną i się przeziębią,
- że trasa za długa i zmęczą się ponad miarę,
- że w ogóle całość potrwa za długo, a powietrze wokoło trujące,
- że się nie wyśpią przy niedzieli, bo trzeba było się zerwać wcześniej, a sen dla młodego organizmu jakże jest ważny...
I tak dalej.



Czy się przeziębiliśmy okaże się zapewne niebawem.
Powietrze wydawało się czystsze, niż za naszym oknem - pewnie dlatego, że nie było tam zbyt dużo siedzib ludzkich.  Na pewno trochę zmarzliśmy, ale były też ciepłe chwile, które zawdzięczamy przemiłym organizatorom: ognisko, gorące napoje, ciasto domowe, ciepły, wielki, przyjazny pies, atmosfera spokoju, zainteresowania przyrodą, kompetentny przewodnik i ciekawe, wcale niełatwe konkursy dla dzieci z wartościowymi nagrodami. "Wartościowymi" określam takie, z których można się czegoś dowiedzieć, tj. książki i łamigłówki, oraz obiekty ładne i nieopakowane w plastik.




Wiadomo, że gdy się idzie w grupie - nie jest łatwo zaobserwować dzikie gatunki. Wszelako co nieco się udało. Usłyszeliśmy żurawie, które już zajęły terytoria lęgowe, bo pewnie wcale nie odlatywały na zimę. Wiele razy dał się słyszeć dzięcioł pstry. Gile siedziały w oddali. Trzy sójki przeleciały nam nad głowami, a przed nosami przebiegły sarny. Zajęły nas też inne obiekty, jako to zabytkowy pałac w ruinie, który dzielni entuzjaści chcą przywrócić do życia działając przy okazji na rzecz społeczności lokalnej, skuta lodem rzeka i wytrzymałość tegoż lodu na działanie drewna i skały, kwestia trasy i jej przebiegu (Oj, chyba musimy zawrócić!") przez drogi gruntowe, rów i zrytą przez dziki łąkę.




Było cudownie po prostu!

Organizatorzy:
Stowarzyszenie Lokalna Grupa Działania "Kraina Łęgów Odrzańskich"
Fundacja Edusilesia - tu zdjęcia z naszego liczenia
IG FUNDACJA



wtorek, 14 stycznia 2020

Numizmatyka

W ramach długiego zimowego wieczoru przejrzeliśmy jurkowy zbiór monet, który zrobił się całkiem spory zupełnie niepostrzeżenie. Okazuje się, że monety mogą wiele nauczyć.



Oczywiście, gdy już Dziecko zechce je kolekcjonować fajnie jest je gdzieś trzymać. Najpierw było pudełko po czymś tam, ale teraz mamy album numizmatyczny, z przegródkami różnych rozmiarów.
To daje pole do popisu różnym własnym segregacjom, choć najlepiej monety wyjąć.
U nas prym wiodą pamiątkowe monety z zoo wrocławskiego i opolskiego, szczególnie te z kotowatymi.



Jak się okazało w wielu miejscach atrakcyjnych turystycznie można nabyć monety pamiątkowe, bez nominałów. Łączy je wspólny napis na rewersie: Polish Heritage, Collectors Coin.






Wszelako cena ich wzrosła z 5 do 8 zł za sztukę i J. nie zdecydował się ostatnio na zakup kolejnego egzemplarza w specjalnym automacie w Zamku Królewskim.
Dziecko ma również w swoich zasobach monety polskie z różnych epok oraz egzemplarze zagraniczne. Najbardziej hołubione są te z motywami przyrodniczymi: zwierzęcymi lub roślinnymi oraz oczywiście imiennik - św. Jerzy zabijający smoka.
Gdy następnego dnia udaliśmy się do Dziadka i Babci - Dziadek wydobył z szafki jeszcze ciekawsze monety (a Babcia sernik:). Tu już byliśmy w raju! Zrobiliśmy kompleksowy przegląd dziadkowych zbiorów, natykając się na niemiecką monetę ze swastyką, hiszpańską z dziurką, dolar kanadyjski z nurem (czarno- lub rdzawoszyim, którz to wie?) i inne intrygujące egzemplarze.



Był też pamiątkowy medal ze świętą Anną, pokryty zielonawym nalotem. Babcia zasugerowała grynszpan, co poszerzyło słownik młodzieży, choć pewna jej frakcja (ta, która ma ćwiczenia z logopedą) miała kłopot z wypowiedzeniem tej nazwy.
 

Monety są też przydatne do nauki czytania liczb czterocyfrowych (rok wybicia monety) oraz układania monet w szeregu od najstarszej do najnowszej. Można też na nich ćwiczyć czytanie liter oraz języki obce. Można jeszcze zapoznać się z kursem walut i ćwiczyć przeliczanie, lub uprościć sobie sprawę zadając pytanie rodzicowi: "Ile to jest w przeliczeniu na złotówki?"
Wisienką na torcie były jeszcze pieniążki papierowe:)
 


Filatelistyka w naszych czasach chyba zamiera, ale w numizmatyce widzę kolosalną przyszłość:)
P.S. Zaś poniżej jeszcze zdjęcie w powiększeniu naszych papierowych złotówek, które mają zabezpieczenia widoczne jedynie przy znacznym powiększeniu lub w ultrafiolecie (telefon taty z aparatem fot. + nakładka powiększająca, oświetlenie ultrafioletowe).



poniedziałek, 6 stycznia 2020

Najlepszy bigos wegetariański oraz kruche rożki, wspaniałe doprawdy.

Zapisuję go tu, Drodzy Czytelnicy, żeby jego cudowna receptura nie zaginęła w mrokach zapomnienia i rozkojarzenia. Nie zapomnijcie o nim w Karnawale! Dokarmcie nim dzieci i siebie na obiad lub kolację! Cieszcie się nim i delektujcie radując Wasze jelita jego boskim składem, bez obciążania ich trudnostrawnymi  szczątkami naszych braci mniejszych.



Na bigos bierzemy:
1 słoik Wecka pełny najlepszej kapusty kiszonej
1 główkę świeżej kapusty białej
3 duże cebule
śliwki wędzone lub suszone polskie, nie za słodkie - sporo
garść rodzynek
super, gdyby były ze dwie suszone gruszki i suszone jabłka, ale bez tego też da radę
masło, wg uznania
przyprawy:
- papryka wędzona w proszku
- papryka słodka w proszku
- pieprz czarny
- kurkuma w proszku lub świeża, odrobinę
- sól
- ziele angielskie
- liść laurowy vel bobkowy
- kminek mielony
- majeranek

Kapustę kiszoną gotujemy (w szybkowarze, ale bez niego też można oczywiście) z zielem angielskim (3-5 kulek) i liściem laurowym (ze 2) w odpowiedniej ilości wody, do miękkości. Odcedzamy ją z wody, którą należy zachować na potem.
Osobno dusimy na maśle i podlewając wodą, kapustę białą. Dodajemy do niej przyprawy i suszone owoce. Dusimy razem do miękkości.
Osobno należy zeszklić na maśle cebule pokrojone w kosteczkę.
Teraz w bardzo dużym garnku łączymy ze sobą obydwie kapusty i cebulkę, podlewamy wodą z gotowania kapusty kiszonej, dusimy razem przez kilka minut, dosmaczamy dodając jeszcze przyprawy, o ile to konieczne.
I już - gotowe.

Gwoli ścisłości należy dodać, że inspiracją dla tego przepisu był przepis z książki "Musierowicz na gwiazdkę", w której potrawa ta jest proponowana jako wigilijna. Nie ma w nim wszakże kapusty kiszonej, która jest niewątpliwym atutem naszego bigosu. Spożyliśmy go w Sylwestra w grupie Sąsiadów i Przyjaciół. A było w niej sporo dzieci w rozmaitym wieku i wierzę, że przynajmniej częściowo dzięki bigosowi zachowały siły, aby świętować nadejście Nowego Roku. Po wystrzeleniu fajerwerków (4 sztuki) na zewnątrz, w chłodzie i wietrze, w dzieci wlano barszcz czerwony klarowny po czym zaczęły powoli rozchodzić się na spoczynek wśród miłych pożegnań i żartów.



Warto tu odnotować, że Wrocław również w tym roku był miastem bez fajerwerków wyrzucanych w niebo na Rynku. Na drzwiach do klatki schodowej wywieszono też apel do petardowiczów, aby nie strzelali między 20.00 a 21.00 i pozwolili czworonogom w spokoju odbyć wieczorny spacer z właścicielami. Nasze 4 fajerwerki nie wpisują się w ten szczytny trend, ale mieliśmy wśród nas męską frakcję, która bardzo musiała COŚ wystrzelić. Może gdyby nie zbawczy wpływ bigosu nie poprzestaliby na czterech?:)

A jeśli został Wam jeszcze jakiś niedopity szampan można go użyć do zrobienia kruchych rożków - delikatnych i chrupkich, w sam raz do popołudniowej, zielonej herbaty. Potrzebne są:
2 szklanki mąki
1 kostka masła
szczypta soli
pół szklanki szampana (w oryginalnym przepisie - piwa, ale nie mieliśmy)
nadzienie: marmoladka, kapuściane, grzybowe czy inne. U nas babciny dżemik z czarnej porzeczki.

Na stolnicy trza wysypać mąkę i zetrzeć masło na tarce z dużymi oczkami. Potem siekamy całość krótko nożem, dodając szczyptę soli, a następnie dolewając szampana. Z ciasta wałkujemy okrągły placek (grubość ok. 3 mm), który kroimy "na gwiazdkę" otrzymując trójkąty. W nie wkładamy nadzienie i zwijamy na kształt rogalika, rulonika czy czego tam sobie chcecie (w sumie wszystko jedno). Wkładamy do piekarnika ogrzanego do 175 stopni i pieczemy do zrumienienia.

Trudności:
- dzieci chcą próbować szampana
- trzeba obronić dżem w słoiku przed wyjedzeniem do cna
- niektórzy chcą na siłę lepić, a inni nie chcą, ale muszą, bo są pannami prawie na wydaniu i mają się wprawiać w gospodarstwie domowym
- niektórzy nie chcą się wieczorem położyć do łóżka w obawie, że przez noc pozostali członkowie rodziny zjedzą ciastka
- rano dzieci chcą zaczynać śniadanie od ciastek



Aby te kruche cuda były bardziej poprawne dietetycznie warto postawić na mąkę pełnoziarnistą i masło klarowane.