wtorek, 16 lipca 2019

Kosturek

Jak wiadomo kostur to kij służący do podpierania się. Zwłaszcza, gdy ktoś ma problem z chodzeniem. Kostur może być też dziełem sztuki i obiektem służącym ku żonglerce:)


Najpierw trzeba wejść na szlak.



Potem pozyskać kij o długości co najmniej mieszczącej się pod pachą.

Niestety musi to być kij w miarę świeży (bo suche łatwo się łamią), a zatem trzeba wyciąć leszczankę czy inną przydrożną wierzbę i to jest trochę trudne, gdy ktoś mieni się przyjacielem przyrody. Dlatego wycinamy kostur zaraz na początku drogi, na stanowisku ruderalnym, tam, gdzie zagęszczenie potencjalnych kosturków jest wysokie, a i tak spora część z nich przegra w wyścigu po światło.

Kijaszek powinien być dość gruby, aby wspierając ciało nie uginał się łatwo.

Końcówki raczej tępo zakończone (choć, gdy sobie wybijemy nim oko to i tak wszystko jedno).

I już można iść dalej.

A w czasie przerwy w wędrówce siadamy, wyciągamy zza pazuchy kozik (z plecaka scyzoryk) i ozdabiamy kosturek przemyślnymi wzory.




A potem jest już tak piękny, że żal go wyrzucić po powrocie z gór i usycha na balkonie. Ale jego piękno trwa:)

Wtedy zabieramy go ze sobą na ognisko i spalamy rytualnie rzeźbiąc przy okazji nowy.

P.S. Kosturki można też obracać w ręku na różne przemyślne sposoby i używać w amatorskim fechtunku na górskiej łące. Świetnie nadają się na dzidy, które można rzucić w dal lub do celu. Gdy się ma dwa kosturki - kije do nordic walkingu jawią się jako zbędny wydatek. No i jeszcze pozostaje funkcja gnomonu - jak wiadomo kij wbity pionowo w ziemię, w słoneczny dzień o godzinie 12 wskazuje nam kierunek północny, a zatem kierunek wędrówki ku Bałtykowi.


sobota, 13 lipca 2019

Pudełka dla kota

Każdy, kto mieszka z kotem wie, jak bardzo wielbi on pudełka. Pudełka, koszyki, skrzynki, puste walizki... Po to oczywiście, żeby do nich wejść i zachować się jak ciecz (czyli dostosować swój kształt do kształtu pudełka:). My poszliśmy dalej - zrobiliśmy pudełko z pudełek dla naszego kota.

Chodziło o to, żeby COŚ zrobić z pudełkami, które pojawiają się licznie w naszym domu. Człowiek, chcąc nie chcąc, przynosi je z zakupami, wyjmuje to, co w nich tkwiło i już: można je wyrzucić, zmiażdżywszy przedtem, do makulatury. Ale tak prosto u nas nie ma. Pudełka są przecie takie ładne:)

Wymyśliliśmy domek z pudełek - dwa pudlane murki z daszkiem.

Najpierw były różne prototypy układane z niesklejonych pudełek, które kot oceniał wnikliwie:




Daszek miał być sztywny, ale pudeł brakło, a za to mieliśmy tekturkę falistą, którą Rocky ulubił był sobie już wcześniej. Przez nią/dzięki niej daszek jest giętki i konstrukcję pudełkową można rozmaicie konfigurować.



Do jej zakamarków upychamy kocie chrupki. Zakamarków jest dużo, bo w ścianach konstrukcji są większe i mniejsze pudełeczka, z wieczkiem i bez, a nawet rolki po papierze toaletowym.



Kot lubi nasze pudło, ale konfiguracje jego ułożenia i rodzaj chrupków wypadałoby zmieniać codziennie, bo takie on ma wysokie potrzeby:) Ale my zmieniamy cały układ od czasu do czasu, a przebieg poznawania jest zawsze taki sam:

Kot udaje, że pudełka go nie interesują.
Zbliża się powoli, .
Wącha.
Włazi do środka.
Zjada chrupki.
Ostentacyjnie siada tyłem ze znudzonym wyrazem twarzy. Czasem łaskawie się kładzie na tekturze falistej.

Po prostu nie chce sprawiać nam przykrości, skoro tak się napracowaliśmy.

A roboty było sporo i była to praca zespołowa na mamę i dwoje dzieci.

Pozostaje mi tylko zastanowić się, czy klej Magic jest recyklingowalny razem z tekturowymi pudełkami. Mam nadzieję, że tak.

sobota, 29 czerwca 2019

Triops

Jest to niewielki skorupiak, który zamieszkał z nami. Można go kupić w postaci jajeczek np. w Smyku, albo i przez Internet. Polska nazwa: przekopnica. Poniżej kilka ciekawostek o niej.

Tutaj - już spory i wyrośnięty triops
 Wyczytaliśmy, że to stworzenia, które w wersji prawie niezmienionej przetrwały około 200 milionów lat. To znaczy, że skamieniałości tak stare zawierają triopsy bardzo podobne do dzisiejszych. Te niewielkie, słodkowodne zwierzęta wybrały sobie do życia... kałuże. Nie ma w nich ryb, larw czy innych kijanek, które mogłyby je zjeść. Za to jest inny minus tej sytuacji: kałuża może wyschnąć. Dlatego triopsy mają szybką strategię - żyją 1 do 2 miesięcy i mogą rozmnażać się m.in. dzieworodnie, czyli bez partnera przeciwnej płci (bo przecież nie ma gwarancji, że się taki trafi w tej samej kałuży). Jajeczka, które składają są bardzo odporne na zniszczenie, dlatego mogą przetrwać nawet kilka lat, do czasu, aż znowu w miejscu ich złożenia powstanie kałuża. Gdy się mieszka w Australii - to się bardzo przydaje. Na opakowaniu naszych jajeczek nie ma takiej informacji, ale te australijskie triopsy bardzo przypominają naszego.

Doszliśmy do wniosku, że przydałyby się triopsowi piaseczek i rośliny.

Zwierzątko pływa w wodzie destylowanej (kupiliśmy ją na stacji benzynowej), ale daje radę również w wodzie przegotowanej. Jest niezwykle energiczne i pływa po swoim "akwarium" bardzo szybko, wykonując zawiłe ewolucje. Dołączono do niego karmę, ale podobno wciągnie też jabłko lub marchew, czego nie próbowaliśmy.
Triops potrzebuje ok. 25 stopni Celsjusza i ok. 14 godzin światła na dobę. Dlatego zrezygnowaliśmy z hodowli zimą, bo musielibyśmy rozkręcić mocno kaloryfer i doświetlić go lampką. Dlatego zaczekaliśmy do teraz z hodowlą, choć przyniósł nam go Mikołaj.

Światło jest w ogóle bardzo ważne dla triopsa. Ma on "trzecie oko", które reaguje na światło. Zwierzątko umieściliśmy w cieniu i Jurek zaświecił latarką tylko w jednym miejscu, a zwierzak, jak po sznureczku podpłynął do światła i w ogóle przemieszczał się za nim bardzo wytrwale.

Czego triops nie lubi?
Mętnej wody, która ma mało tlenu, a ten stan środowiska osiąga się, gdy nie zmieniamy wody zbyt długo, a za to karmimy zwierzę zbyt obficie oraz dostarczymy mu zbyt wysokiej temperatury w zbyt słoneczny i gorący dzień.

Młodszy triops, gdy woda zmętniała. Słabo go widać, prawda? Wtedy szybko trzeba zwierzakowi zmienić wodę nie zapominając, że musi być we właściwej temperaturze.

Plusy hodowli:
- dziecko uczy się dbać o zwierzę i być za nie odpowiedzialnym - musi pamiętać o stałych godzinach karmienia i zmianie wody
- wzbogacenie wiedzy przyrodniczej małolata

Minusy hodowli:
- zwierzę żyje krótko i jego odejście może być dla Młodego Człowieka trudne
- hodowla w okresie wakacyjnym, gdy się wyjeżdża naraża zwierzę na przedwczesną śmierć (nawet jeśli ma się wsparcie sąsiadów, to nie to samo, co podlewanie kwiatków) i nie daje możliwości pełnej obserwacji jego rozwoju, a przebiega on szybko - triops szybko rośnie i linieje właściwie codziennie i jest to zachwycające.

Nasz triops żył prawie miesiąc. Mamy jeszcze drugą porcję detrytu, a w nim niewidoczne gołym okiem jajeczka, z których może rozwinąć się nowy organizm. Można poczuć się niemal, jak dawca życia. I to jest dla mnie trudne.

I nie wiem sama, czy to dobra "zabawka" dla dziecka. Na pewno nie dla każdego.


piątek, 14 czerwca 2019

Polskie księżniczki

Muszę się Wam, Drodzy Czytelnicy, znowu pochwalić książką własnego autorstwa. Na razie więcej ich nie mam na koncie, więc nie musicie się martwić, że popadnę w monotonię ciągle chwaląc się własną literaturą:)


 Co gorsza nie bardzo ta moja nowa książeczka jest zgodna z tematyką tego bloga, gdyż jest książką... historyczną, zaś tytuł jest pokrętny, czego nikt z recenzentów jeszcze mi nie wytknął (przynajmniej w tych recenzjach, które widziałam:).

Jest to coś dla dzieci i młodszej młodzieży. Niezbyt obszerne, okraszone humorem i licznymi ciekawostkami. Tekst jest ozdobiony intrygującymi ilustracjami, które w pierwszej chwili wydały mi się zbyt poważne w stosunku do żartobliwego tonu opowieści. Nie można im jednak odmówić uroku.

Opisałam krótko historie ważnych w polskiej (i nie tylko polskiej) historii pań zasiadających na tronie u boku mężów. Mimo tego, że miały być (i często były) słabymi białogłowami wywarły wielki wpływ na dzieje naszego kraju. Nie zawsze były Polkami, choć w naszej Ojczyźnie przyszło im żyć i działać.


No, dobrze. Są akcenty przyrodnicze:) Jest mianowicie mowa o tym, co Piast i Rzepicha podawali gościom do jedzenia na imprezie postrzyżyn oraz, które dokładnie jarzyny zawdzięczamy królowej Bonie.  Wyprzedzała ona swoją epokę pod wieloma względami, a lansując jarzyny, tak wysoko błonnikowe, z bogatą zawartością witamin i soli mineralnych, przeciwrakowe i przeciwmiażdżycowe byłaby na czasie również obecnie. Pewnie tylko dlatego nie została wegetarianką, że to by już zbyt mocno zaszokowało jej otoczenie, a i tak była osoba kontrowersyjną.

Zapraszam do lektury. Nadaje się świetnie na nagrody na koniec roku szkolnego, zwłaszcza dla dziewcząt w wieku podstawówkowym, które już płynnie czytają.

Tak. Jest i taka ilustracja w tej książeczce, a jak ktoś uważnie przeczyta - będzie wiedział, której królewnie siekiera wydała się przydatna do skasowania drzwi:)




wtorek, 4 czerwca 2019

Śniadania (i nie tylko) na weekend

W ciągu tygodnia, gdy rano chce się pospać, a ukochana szkółka jednak wzywa, nasze śniadania nie są wykwintne. Jajecznica, chleb z miodem lub dżemikiem z kawą zbożową, wetualnie owsianka. Za to w weekend można na śniadanie poświęcić więcej czasu i zaraz się pochwalę, co jedliśmy z Młodzieżą.

Jaja w koszulach vel szlafrokach
Nastawiamy wodę do gotowania z łyżką octu, a gdy się już solidnie gotuje wbijamy w nią jajka luzem i delikatnie popychamy łyżką, żeby białko trzymało się blisko żółtka i ładnie je opatuliło ścinając się. Wystarczy kilka minut, całość robimy czujnie, żeby białko się ścięło, a żółtko nie. Odcedzamy z wody z octem (to b. ważne, żeby resztki wody nie znalazły się na talerzu, bo to psuje estetykę i smak, można się nawet posunąć do odsączenia ściereczką). Jajko obkładamy miękkim awokado, rzodkiewkami, pomidorami, liśćmi, a nawet zielonym groszkiem (ugotowana mrożonka, ale można i z puszki). Jak się wciągnie 2 takie jaja z dodatkami to nawet nie potrzeba do tego chleba, a jest się najedzonym po dziurki w nosie.

Sałatka owocowa

 
Wersja na teraz - truskawkowa

Specjaliści zalecają jeść owoce osobno, nie z innymi posiłkami, gdyż trawią się najszybciej z tego, co zjadamy. A zatem roztropnie jest zacząć od nich poranek. Montujemy sałatkę owocową, podlewając ją olejem tłoczonym na zimno i posypując przeciwzapalną kurkumą, cynamonem, kardamonem.  Gdyby owoce były za kwaśne wetknęłabym miodu. Całość posypać orzechami, pestkami dyni, słonecznika, siemienia lnianego, sezamu itp. Zrobić tej sałatki DUŻO i nakładać kopiaste talerze. A jak ktoś będzie jeszcze po tym głodny - może sobie poprawić chlebem z miodem.


Wersja zimowa


Mleko makowe
Znalazłam je w przedwojennej "Kosowskiej kuchni jarskiej". W uproszczonej wersji mak trzeba sparzyć wrzątkiem i przez noc potrzymać w wodzie, aby napęczniał, a rankiem odcedzić i zmiksować z mlekiem, wanilią oraz surowymi żółtkami. Można osobno sparzyć wrzątkiem rodzynki i dorzucić je w całości lub również zmiksować. Pyszne! Mak tak bardzo bywa u nas zapominany, a niesłusznie, bo jest bardzo zdrowy.

Jogurt makowo-bananowy (owocowy)
Jogurt naturalny wymieszać z makiem mielonym (gotowiec) i zmiksować z bananami. Miodu nie trzeba. Dołożyć orzechów i dowolnych płatków bez cukru.
W ogóle jogurt można miksować prawie ze wszystkim i zwykle będzie to pyszne zestawienie.




 i jeszcze niedawny eksperyment:
Liście babki lancetowatej w cieście
Robimy ciasto naleśnikowe na 2 jajach, odrobinie sody i łyżce mleka (jeśli kto niemleczny - pominąć, albo wetknąć jeszcze jedno jajo). Liście umyć, osuszyć ściereczką, oprószyć mąką, wetknąć do ciasta, a potem - siup - na patelnię, na niewielką ilość masła (klarowanego). Dobre. Zwłaszcza jak się posypie cukrem z cynamonem (cukru mało, serio:)


P.S. Naszym ostatnim fantastycznym odkryciem są naleśniki wegańskie z kaszy gryczanej. Należy ją zamoczyć wieczorem w nadmiarze wody, a o poranku zmiksować blenderem na gładką masę i już można smażyć. Smażeniny nie popieram, ale dobra patelnia daje nam możliwość beztłuszczową, albo użycia grudki masła klarowanego. To + nocne moczenie kaszy sprawia, że rzecz jest lekkostrawna, a cenne składniki kaszy dobrze przyswajalne.  Naleśniki niełatwo się obracają na drugą stronę, ale i to już opanowałam, a w drugim podejściu spróbuję jednak dodać jajo. Fajnie smakują też z mrożonką - warzywami chińskimi.

wtorek, 28 maja 2019

O Fenku

Muszę się nareszcie pochwalić zaglądającym tu Czytelnikom, że stałam się autorką dzieła literackiego:) Jest to książeczka dla dzieci, wydana pięknie i starannie, tak, że miło ją wziąć do ręki, pomacać i powąchać, a potem poczytać dzieciom.




Głównym bohaterem książeczki jest Fenek - lisek pustynny, który zwiedza naszą piękną Ojczyznę, a trafia mu się przy tym mnóstwo przygód. Muszę się przyznać, że nie ja go wymyśliłam, ale mądry i pełen humoru Wydawca, który ma na swoim koncie już wiele książeczek o Fenku dla przedszkolaków. Ta "moja" jest przeznaczona dla nieco starszych dzieci, z klas 1-3 szkoły podstawowej. 
Książka przyda Wam się na wakacje.
Jest też dobrym prezentem na Dzień Dziecka.

Wiele opisywanych w niej miejsc przetestowałam osobiście i z dziećmi, a miejsca, w których nie byliśmy sprawdzałam pilnie na odległość z użyciem internetu i telefonu. I powiem Wam jedno - pracownicy muzeów w Polsce to najcierpliwsi, najuprzejmiejsi ludzie pod Słońcem. Wiele razy zadawałam durne pytania o rozkład korytarzy, możliwość dotykania eksponatów (czy da się dosięgnąć i na jakiej wysokości to wisi?) i ich precyzyjne datowanie, liczbę i rasę hodowanych w danym miejscu zwierząt itd. Nigdy mnie nie spławiono, a często dokładnie i wyczerpująco odpowiadano na pytania. Gdy się zdarzało, że ktoś czegoś nie wiedział byłam przełączana do innych kompetentnych osób albo sprawdzano rzecz osobiście.

Poza tym, gdy już się pisze książeczkę dla dzieci to własne dzieci domagają się jej przeczytania na głos przez matkę. Pierwsza część jest stosunkowo bezpieczna dla mnie, ale części jest pięć, a w niektórych nasze własne przygody rodzinne, opisane tak, jak ja je zapamiętałam. Ale Młodzież zapamiętać je mogła inaczej. A poza tym czasem dodałam coś ekstra, co mogło się wydarzyć komuś innemu, ale nam się nie przydarzyło. Drżę przed spodziewaną falą krytyki, okrzykami zdumienia i innymi kwestiami, których nie potrafię jeszcze przewidzieć.

Przy okazji tworzenia historii o Fenku dowiedziałam się mnóstwa nowych rzeczy. Już mam kilka typów cudownych miejsc w Polsce, które MUSIMY odwiedzić i kilka takich, do których bardzo chciałabym wrócić z dziećmi, choć byłam w nich kiedyś sama.

Zajrzyjcie na fenkową stronę, chociażby po to, żeby sobie wydrukować ciekawe pomoce dydaktyczne.
A na deser - fenkowa kołysanka. Bardzo ją lubię:)


piątek, 17 maja 2019

Liście do picia

Nie zapominajcie Drodzy Czytelnicy, że czas zbierania liści trwa. Im więcej sobie nazbieracie - tym dłużej będziecie się mogli cieszyć ich dobrodziejstwami w porze jesienno-zimowo-przednówkowej. No i unikniecie kupowania ziół zbieranych przy ruchliwej drodze, opakowanych w torebeczkę, tekturkę, celofan...  Poniżej krótkie migawki o liściach, które my zbieramy, może Was natchną i też coś sobie ususzycie?

Liście malin i/lub jeżyn - nasi Ulubieni Sąsiedzi karmią nimi z sukcesem patyczaki, ale my je lubimy, jako napar po ususzeniu, a jeszcze lepiej po przefermentowaniu (jak fermentować). Różany aromat, kolor naparu z czarnej herbaty, smak... smakowity:)

Pokrzywa - zbieramy tylko wierzchołkowe liście, najlepiej przez gumową rękawiczkę, trochę suszymy, a trochę zjadamy na bieżąco dorzucając do zielonego smoothie czy zupy jarzynowej. Liście starsze lub z roślin kwitnących - nie nadają się. Ususzone można parzyć, można też mielić i dodać do ciast, ciastek, chleba. A walory pokrzywy są wspaniałe i wielokierunkowe - poczytajcie u dra Różańskiego i nie zawahajcie się ich zbierać w czystych miejscach.

Pokrzywa mniej parzy, gdy zwiędnie.


Winorośl - liście suszymy i pijamy, jako napar, w zimie. Napój jest lekko kwaskowy, jasnozielony. Dobrze łączy się z innymi listkami.

Skrzyp polny - właściwie napar ze skrzypu jest do chrzanu. Aby z niego wydobyć cenny krzem trzeba go pomoczyć, np. przez noc i pogotować ok. 20 minut. Kolor odwaru: mętnozielony, niezachęcający, smak - podobnie, szału nie ma, ale z miodem ujdzie. Można nim płukać również włosy dla wzmocnienia, można go łączyć w tym celu z pokrzywą.

Krwawnik - młode listki siekamy i dorzucamy, gdzie się da, jak natkę, zaś kwitnące ziele (czyli liście razem z łodyga i kwiatostanem) suszymy w pęczkach i spijamy zimą, ale ostrożnie - nie wolno przedawkować, a i z zaleceniami i przeciwwskazaniami warto się wcześniej szczegółowo zapoznać.




Poziomka - można jej listki zbierać póki są ładne, również w czasie kwitnienia i owocowania, ale niezbyt intensywnie, aby nie osłabić roślin zanadto. Napar jest delikatny w smaku, bogaty w mikro- i makroelementy, słomkowożółty.



Szałwia - pachnie obłędnie, można a nawet należy ją pić (wbrew temu, co piszą na pudełkach z szałwią fix), chyba żeś w ciąży lub chorujesz na epilepsję. W tych wypadkach fachowcy odradzają. Napar z "własnej" szałwii to coś skrajnie innego, niż ekspresowy z torebki. Najlepiej zbierać całe ziele, z kwiatkami.




Mięta - gatunków jest mnóstwo. na łąkach znajdziecie te delikatniejsze w smaku, zaś dla właściwego orzeźwienia i w celu usprawnienia trawienia wybieram miętę pieprzową kupiona w sklepie w doniczce. Suszymy listki z łodyżką, zanim zakwitnie.

Melisa - ma cytrynowy posmak i podobno uspokaja. Dobrze łączy się z innymi listkami, o ile nie wsypiemy jej za dużo, bo wtedy zdominuje swoim smakiem cały napar (podobnie, jak mięta pieprzowa). Nie jestem wielbicielką melisy, przepraszam się z tym smakiem zimą.

To tylko próbka. Pić można wiele innych liści (również  z drzew), kwiatów, płatków, a nawet korzeni. Warto zakupić sobie księgę dużych rozmiarów o ziołach, porządnego wydawnictwa i sprawdzonych autorów i do niej się odwoływać, zwłaszcza, gdy chcemy łączyć kilka gatunków w jednym napoju.



piątek, 10 maja 2019

Stajnia z recyklingu

Każde dziecko, które zabawia się figurkami koni lub innych zwierzątek zapragnie mieć dla nich schronienie, np. stajnię, zoo czy inne wnętrza. 
Oczywiście można rzecz taką nabyć, ale można też zrobić z naturalnych surowców (wtórnych) angażując w produkcję dzieci.




Do wykonania stajni dla plastykowych koni potrzebne są:
- stara stolnica, którą sąsiad wyrzuca na śmietnik, okropnie brudna
- stary wieszak drewniany babci tkwiący w zapomnieniu w piwnicy
- drewniana skrzynka po cytrusach (z delikatnych, jasnych deseczek)
- papier ścierny
- gwoździki, śrubki
- klej do drewna
- okorowane, suche patyczki
- kora brzozy (zdjęta z wyschniętego drzewa na spacerze)

Prace dzieci:
- czyszczenie stolnicy za pomocą papieru ściernego
- wyszukiwanie patyczków na ogrodzenie
- okorowanie patyczków
- przycięcie kory na dach nożyczkami i przyklejenie jej klejem do drewna
- inne, drobne czynności wg instrukcji dorosłego
- asysta:)
- sprzątanie po robocie

Tata dał dzieciom do ręki nawet brzeszczot, żeby cięły deseczki ze skrzynki cytrusowej z przeznaczeniem na dach. Misterną robotę wykonania zamknięć do boksów wykonał sam w meczącej asyście młodzieży, która chciała, żeby wszystko zrobiło się SZYBKO.


Proporcje są czasem zaburzone, ale kto by się tym przejmował!




No i mamy zabawkę.
Udało się uniknąć plastyku i cen za ten plastyk, od których bolą zęby.
Do stajni wkładamy za to plastykowe koniki.



P.S. Młodsza Młodzież zadowala się pomieszczeniami dla zwierzątek wykonanymi z pudełek tekturowych po produktach, które kupuje się do domu (po herbacie, kaszach, lekach itpd.). Wiele razy używaliśmy ich już z radością. Bardzo polecam! Zobaczcie na przykład TUTAJ oraz TUTAJ.

piątek, 19 kwietnia 2019

Zaobserwuję 100 gatunków w moim mieście w 2019 roku

Tak! Takie hasło rzuciła pani Kierat, autorka ciekawej książki "Pszczoły miodne i niemiodne". Zaczęliśmy od lektury tej publikacji i znaleźliśmy w niej oleicę fioletową, a potem spotkaliśmy ją na spacerze. I tak się zaczęło.




Myślę, że pomysł jest świetny. Nareszcie mamy z dziećmi silną motywację do dokładnego obserwowania tego, co żyje na naszym podwórku. Założyliśmy specjalny zeszyt i wpisujemy do niego wszystkie napotkane gatunki, jak leci. Staramy się to robić na bieżąco, ale coraz to więcej roślin kwitnie i coraz to bardziej jesteśmy wyczuleni na nowości, tak, że piętrzą się nowe formy życia i zawodna pamięć... zawodzi. Zaczęliśmy zabierać na spacery systematycznie aparaty fotograficzne i w domu przypominamy sobie za pomocą zdjęć, co widzieliśmy.
Najgorzej, gdy nie znamy jakiegoś gatunku. Ale jest to okazja do sięgnięcia do atlasu, przewodnika, internetu.
Trochę zdjęć wydrukują nam Tata albo Dziadek (mam nadzieję), trochę pospolitych roślin (typu: chwast) pozwalam zerwać z trawnika i zasuszamy je, a potem wklejamy. No i są rysunki. Najczęściej ja szkicuję, a Jurek poprawia kredkami, żeby były ładniejsze:)


A może to była oleica krówka? Teraz trudno zdobyć tę pewność, ale przynajmniej wiemy, że mamy dwa gatunki w Polsce.




Dla tych, którzy chcieliby jeszcze podjąć to wyzwanie - bo jest jeszcze przecie mnóstwo czasu, żeby namierzyć 100 gatunków w swojej okolicy - podaję ważne linki:
Szczegółowe informacje o wyzwaniu
Grupa na fejsie, gdzie można podyskutować i pochwalić się, co się znalazło.

W dobie strajku nauczycieli mój pierwszak nie zapomni, jak się pisze:) Ćwiczenia ortograficzne też się zdarzają (vide przetacznik ożankowy).

Szkoda, że mamy się trzymać granic własnego miasta, ale Wrocław jest duży i 100 gatunków spokojnie znajdziemy. Dziś widzieliśmy sarny z okna samochodu - w granicach miasta oczywiście.

Ponieważ młodzież jest małoletnia nie upieram się za bardzo przy ścisłym określaniu gatunków. Tzn. powiedziałam im, że mamy dwa gatunki pokrzyw w Polsce, ale do zeszytu wpisaliśmy po prostu czereśnię nie wnikając, jaka jest nazwa gatunkowa (drugi człon nazwy). Za to na fotkach ładnie widać czym się różni kwiat czereśni od kwiatu gruszy z sąsiedniego podwórka.


Przypadkiem (w książce "Dżungla", wyd. Arkady, 1997) trafiliśmy na reprodukcję zeszytu naukowca sprzed około 150 lat. Prawie, jak nasz:)



Miłych spacerów wielkanocnych na łonie natury z rodziną życzę z całego serca 
WSZYSTKIM CZYTELNIKOM!!!


niedziela, 7 kwietnia 2019

Wiosenny czas obserwacji

Trwa obecnie okres bardzo intensywnych zmian w przyrodzie. Obserwować je jest bardzo łatwo, nawet pod blokiem w dużym mieście. Nie przegapcie tego z Młodymi.



Metodyka dostrzegania tych zmian jest u nas następująca. Codziennie, gdy wychodzimy przed drzwi klatki schodowej zaglądamy co się zmieniło wśród roślin przyblokowych. Zmiany są spore. Kiełkowanie widoczne niemal gołym okiem. Tam, gdzie jesienią wetknęłam cebulki widać zielone czubki. Kibicujemy - nie wiemy, czy wszystkie wyjdą.
Widoczne są też siewki drzew. Próbujemy zgadnąć z jakiego drzewa pochodzą, co jest nieoczywiste. Listki w siewce lipy nie przypominają liści lipowych.
Na trawniku zauważamy, że ciągle zakwita coś nowego.


Stokrotka - kwiat jadalny, ale bardziej wartościowe do jedzenia są listki. Szkopuł - są bardzo malutkie.

Jasnota purpurowa

Glistnik jaskółcze ziele

Krwawnik pod światło

Młoda pokrzywa
Powyższe zdjęcia zrobiło moje dziecko w ogródku niedaleko domu Babci i Dziadka.
Obserwacje kontynuujemy pod przedszkolem, gdzie nasadzono nie tylko rośliny cebulowe - choć jest ich mnóstwo i bardzo rozmaite - widać też  kwiaty na drzewach i krzewach.
Zauważcie, że wiele z nich najpierw zakwita, a dopiero potem wypuszczają liście.
Rośliny wieloletnie wsadzone w zeszłym roku też się zmieniają. Łatwo odróżnić, które liście są zeszłoroczne, a które już tegoroczne.
Gdy wreszcie noce staną się cieplejsze wszystko wystrzeli w oczach - niemal, jak pajacyk na sprężynce wyskakujący z pudełka. Przydałby się tylko deszcz.



Jeśli chodzi o zmiany w świecie zwierząt - nie każdy może mieć takie obserwatorium, jak my - wprost przed oknem na drugim pietrze. Do niedawna mogliśmy codziennie obserwować, jak sroki budują gniazdo. A srocze gniazdo ma daszek! Ptaki jednak zrezygnowały z budowy. Może dlatego, że przegoniła je wrona siwa? Może odkryły, że gałęzie wokół są suche i gniazdo nie skryje się wśród nich (tak, to nasze bolesne, zeszłoroczne odkrycie - część konarów bożodrzewu przed naszym oknem uschła).

Widać też doskonale ślady intensywnego rycia dżdżownic.

Przyjemnie budzić się słysząc śpiew ptaków.

Przyjemnie widzieć latające owady. Spójrzcie na piękne zdjęcia Krzysztofa Leśnego Mikundy.
I my mamy swój udział w dogadzaniu zapylaczom - tata zrobił w dwóch miejscach domki dla trzmieli. Mamy nadzieję, że nie za późno (powstały w ostatnich dniach marca).




Mam w pamięci taki obrazek:
Wielka betonowa ściana centrum handlowego "Magnolia".
Przy niej trawnik - trawa równo przycięta.
Wśród tej trawy pojedyncza, mała kępka koniczyny.
Kilkanaście koniczyn kwitnących.
Wśród nich jeden trzmiel pracowicie przeglądający kwiat za kwiatem.

Mam nadzieję, że i w tym roku go tam spotkamy:)

P.S. Wszystkie powyższe zdjęcia roślin do tego posta zrobiło moje dziecko swoim aparatem. W końcu, jak matka ciągle coś podziwia pod nogami i na okrągło każe patrzeć w dół na zielone - to młodzież też się wkręca. Matka posuwa się jeszcze dalej, nie tylko oglądając i komentując, ale też zrywając młodą pokrzywę i krwawnik w ogródku u dziadków.
Nie przegapcie zielonych, młodych listków z witaminami! Zmiksowane z pomarańczą,  jabłkiem i bananem smakują świetnie. A jeszcze lepiej z miodem i cynamonem.

P.S. 2. Najlepiej jednak wybrać się poza miasto. Wszystkie piękne miejsca wiosną są jeszcze piękniejsze.





czwartek, 4 kwietnia 2019

O przyrodniczych imprezach masowych z dziećmi

Nie, nie i jeszcze raz nie, zwłaszcza z dziećmi. Ale zanim doszłam do tego wniosku pozwoliliśmy się nabrać na wrocławską wystawę roślin owadożernych. Rośliny były piękne, ale cóż z tego?


Niestety żeby je podziwiać przybyło mnóstwo ludzi. I to nasi bliźni, wcale nie złośliwi, ani głośni, ani agresywni, jeno przytłaczający w swej ilości stanowią problem, zwłaszcza, gdy wybieramy się z dziećmi. Moje najmłodsze dziecko miało rośliny przed nosem, na wysokości wzroku. Ale poza tym musiało się przeciskać przez ciżbę osób dużo wyższych, co raczej nie jest miłe, nawet gdy się trzyma członka swojej rodziny za rękę.
Cieszę się, że kupiliśmy bilet przez internet, bo przynajmniej nie musieliśmy stać w kolejce po bilet. Gdy opuszczaliśmy imprezę odkryliśmy, że wtedy już nawet do wejścia z biletem samodzielnie wydrukowanym trzeba było stać w bardzo długiej kolejce. Nie wyobrażam sobie, jaki ścisk musiał zapanować na wystawie, gdy cała ta kolejka ludzi weszła do środka.

Poza tym masowa impreza=masowy handel. Tylko niewielki fragment bezinteresownie eksponował rośliny. Cała reszta ekspozycji miała metki z cenami. To była po prostu jedna wielka giełda, a żeby móc kupować, trzeba było kupić bilet wstępu za wcale nie małe pieniądze. To tak, jakby sprzedawano bilety wstępu do Biedronki czy innego Kauflandu.




Dzieci miały swoje portfeliki i od razu odczuły imperatyw opróżnienia ich. Zamieszkały zatem z nami nowe rośliny, wcale niełatwe w hodowli, zwłaszcza, gdy przyjdą wakacyjne wyjazdy, a one lubią stać w bagienku. Kot nam ich nie podleje dwa razy dziennie, oj nie.

W tym czasie świeciło cudowne Słońce.
A my tkwiliśmy w zamkniętych, zatłoczonych pomieszczeniach.
A we mnie wzbierała frustracja i myśli, jak cudnie jest teraz w lesie.
Dobrze, że dzieci nie zdążyły zgłodnieć, bo gdybym miała jeszcze stać w kolejce po niezdrowe kalorie - stałabym się chyba agresywna.

A gdyby ktoś z Was, Drodzy Czytelnicy, chciał pooglądać we Wrocławiu rośliny owadożerne - niech się uda do Ogrodu Botanicznego, gdzie jest piękna kolekcja na wolnym powietrzu, a tak tłumnie, jak na rzeczonej wystawie nigdy nie bywa.

Zanim wybierzecie się na imprezę masową z dziećmi zastanówcie się, czy warto. A gdy już musicie - przeczytajcie jeszcze o naszych poradach po wizycie we wrocławskim zoo, gdzie też bywa bardzo tłoczno. O czym pamiętać przed następną wizytą w zoo. 

Na pociechę mamy zdjęcia:



 Storczyki też były: