środa, 11 września 2019

Koncert na misach

"Koło śmietnika ktoś wyrzuca jakąś porcelanę" - powiedział nieuważnie nasz Ojciec i Mąż wracając z podwórka. Jak pies gończy pomknęłam na dół pchnięta słowem "porcelana", jak ostrogą. Idę, patrzę, a tam naczynia z Mirostowic - nieistniejącego już dziś zakładu, który produkował naprawdę piękne naczynia (porcelitowe). Rzuciłam się na nie, jak harpia i stałam się właścicielką mnóstwa prześlicznych misek, które Młodzież wykorzystała po swojemu.



Gdy już się wszystko pięknie umyło w zmywarce (są to naczynia zmywarkoodporne!) ustawiliśmy miski na stole i dalejże grać!

Każda misa ma inny dźwięk, bo i średnica inna, i grubość też zróżnicowana. Jeśli naczynie nie jest pęknięte - brzmi dźwięcznie, gdy uszkodzone - brzmi głucho.
Jako pałeczek używaliśmy bambusowych patyczków do sushi.

Gdy nalewamy wody do misy zmienia się wysokość dźwięku, który ta wydaje. W ten sposób można sprawić, że dwie misy o różnych średnicach wydają dźwięk o tej samej wysokości. Wcale nie jest łatwe ustalenie, że dźwięk jest ten sam. Pomaga zanucenie:)



Wczoraj, gdy piliśmy kakao grając w Rummikuba, J. zastanowił się głośno czy filiżanka z kakao wyda taki sam dźwięk, jak filiżanka z wodą. I co? I nic - graliśmy dalej, bo dociekliwość J. się w tym miejscu skończyła, ale może jeszcze do tego wrócimy...

Ponieważ misek było sporo ustawiliśmy je w kolejności od "instrumentu" o najniższym brzmieniu do takiego, który brzmiał bardzo "cieniutko". Niestety gamy nie udało nam się wygrać, bo nie starczyło nam samozaparcia, żeby cierpliwie dodawać i odlewać wodę, ale można by się było i o to pokusić.



Niech się schowają wszystkie tybetańskie misy i gongi razem z ich terapeutycznym wpływem na ciało i ducha! Mamy w Polsce misy mirostowickie, tylko jeszcze nie odkryte dla mas.

Kilka dni później, gdy przechodziłam obok śmietnika, znowu coś mnie tknęło na widok znajomych, czarnych worów. Było jeszcze trochę ładnych Mirostowic oraz prawdziwa porcelana z "Karoliny" w Jaworzynie Ślaskiej (4 filiżanki ze spodkami:), wykończona na złoto i delikatna, jak mgiełka. Oraz półmiski z Chodzieży.



Młodzież spokojnie znosi matkę mamroczącą pod nosem zachwyty, oglądającą talerzyki pod światło, wlewającą herbatę do kolejnych filiżanek porcelanowych i porcelitowych, i jęczącą nad egzemplarzem, który okazał się pęknięty.

Chcecie wiedzieć, gdzie jest nasz osiedlowy śmietnik? Nie powiem!!!




P.S. Warto zajrzeć na bardzo ciekawą stronę poświęconą nieistniejącym już zakładom mirostowickim:  https://mirostowice.pl/
oraz przeczytać, jakie są cechy prawdziwej porcelany na stronie jaworzyńskich Zakładów Porcelany Stołowej.



piątek, 6 września 2019

Leśne obrazki

Kto chodzi z dziećmi na spacery na łono natury wie, że z pustymi rękami z takiego spaceru wrócić nie można. Spróbowałam uszczuplić ilość przynoszonych do domu eksponatów, tłumacząc Dziatwie, że przecież najpiękniejsze obiekty można ułożyć w artystyczną całość i sfotografować. 

Nie udało mi się do końca, bo niektóre rzeczy zabrane do domu być MUSZĄ. Ale trochę żołędzi, kory, hub i listowia jednak zostało w lesie i to jest cenne z punktu widzenia lokatorów małego mieszkania.

Oto przykładowe kompozycje ze zbiorów spacerowych. Prawda, że ładnie  wyszły?










Może Wasze Dzieci też nabiorą ochoty na tworzenie Przyrodniczych Obrazów? Późne lato i jesień to najlepszy ku temu czas, bo nasion, traw, grzybów, owoców i czego tam jeszcze jest pod dostatkiem. Miłej Zabawy!

piątek, 30 sierpnia 2019

Botanika dotykowa

Znowu wędrowaliśmy z dziećmi po lesie i łące, a nawet po ogrodzie botanicznym. Zauważyłam, jak ważne i przyjemne jest dotykanie roślin.



One oczywiście pięknie wyglądają. Zwykle też pachną rozmaicie i słusznym jest chłonięcie ich wszystkimi zmysłami.

A gdyby tak postawić głównie na dotyk? Tak przecież poznają świat osoby niewidome. Spróbowaliśmy, choć jesteśmy takimi zapamiętałymi wzrokowcami, ciągle przypiętymi do monitorów, że często nie doceniamy przyjemności dotykowych, mimo że na to zasługują.

Najpierw wymyśliłam, że zrobimy roślinny zeszyt dotykowy, ale porzuciłam ten pomysł, bo trzeba by żmudnie suszyć liście o różnej fakturze, wklejać do zeszytu, opisywać.... W międzyczasie mięsiste liście na skutek suszenia zmieniałyby się w dotyku. Fajne, ale na szybko i wakacyjnie - trudne w praktycznej realizacji.

Prościej:
- macać rośliny ile wlezie palcami
- dać się pogłaskać po głowie nisko rosnącym gałęziom drzewa
- wtulić twarz w płatki
- zrobić sobie maseczkę owocową, albo choć z płatków owsianych

- pochodzić po trawie na bosaka i poleżeć na niej troszkę, a może nawet się poturlać

A najlepiej wszystkie te opcje  wdrożyć w życie w jednym dniu, co nam się udało.

Po prostu nie idźcie tylko na spacer do lasu, ogrodu czy parku. Wyjdźcie, żeby dotykać!

Przykłady "dotykowych roślin", które nam się trafiły:

Skrzypy wyglądają miękko, ale z racji zawartości krzemionki są szorstkie.

W kosówce można się schować, a ona przy okazji "przeczesze" fryzury (żywica została we włosach, nie pytajcie o wrażenia dotykowe z wyskubywania jej:)

Kolce w niespodziewanym miejscu
 
A oto tryskawiec sprężysty. Gdy dotkniemy takiego dojrzałego owocu wystrzeli nasiona z impetem. Dobrze jest mieć wtedy okulary (ochronne) na nosie.

Szorstkie liście słonecznika, to przeciwieństwo...
 
... zajęczych uszu. Od razu widać skąd ta nazwa, prawda?
  
Na jednej roślinie ostre kolce i aksamitna skórka owoców.
Amarantus (szarłat) jest nie tylko zdrowy i piękny, ale również miły w dotyku.
 
Dotykamy prehistorii - skamieniały pień drzewa
 
Oko powie, że to kuliste kształty, ale palce tego nie potwierdzą.

Za to korę drzewa można sobie macać bez ograniczeń.




Oby tylko nie trafić na barszcz Sosnowskiego!

P.S. Jeśli macie możliwość spróbujcie dotknąć mimozy. Efekt dotyku jest natychmiastowy i spektakularny, bo jej listki prawie od razu się składają i to na sporej powierzchni. Szkoda, że nie trafiliśmy na nią w ogrodzie botanicznym. Może turyści macali ją zanadto i nie zniosła tego?

środa, 28 sierpnia 2019

Znane widoczki/zabytki/krajobrazy

Właściwie każdy chyba odróżnia wieżę Eiffle`a, prawda? A w jakim wieku zaczyna się ją rozpoznawać? A Bramę Brandenburską znacie? A w jakim to mieście? W jakim kraju? Zabawiłam moje dzieci z użyciem bogato ilustrowanych katalogów biura podróży.


 Zadania mamy:
- w trakcie sprzątania z makulatury wyłuskać katalogi biura podróży
- wyciąć z nich obrazki znanych miejsc. Co jest "znane", a co nie - to kwestia subiektywna. Wszystko zależy od Was. U nas były, np. Most Karola w Pradze, parlament w Budapeszcie, Big Ben, syrenka w Kopenhadze, kawałek Zakazanego Miasta...
- do ściany przykleić dużą białą kartkę, na której będzie się mocować obrazki
- przekazać dzieciom, co chcemy, żeby zrobiły. Ja napisałam instrukcję na piśmie (czytanie ze zrozumieniem), a potem jeszcze dopytałam, czy wiedzą o co chodzi.

Zadania dzieci:
- za pomocą dostępnych pomocy (tablet z internetem, atlas geograficzny i coś, co tam jeszcze sobie wybrali z półki z książkami) ustalić co pokazano na obrazku i w jakim ten obiekt leży mieście i kraju, a następnie pokazać to miejsce na mapie. Mi pokazać (dodajmy, że "mi" siedzącej sobie spokojnie na tapczaniku z herbatą i ciasteczkiem w dłoni ewent. pakującej się na wyjazd wakacyjny i zaprzątniętej czymś zupełnie innym)
- przykleić obrazki do dużej płachty na ścianie i opisać je

Motywacja (nie wiem, czy szczególnie pedagogiczna, ale 1/3 moich dzieci tego potrzebowała):
"Jak zrobicie wszystko bezbłędnie  - nie będziecie musieli składać prania". A było to podwójnej objętości pranie zdjęte przed chwilą ze sznurka. Trzeba ładnie poskładać ubranka, ręczniki i inne szmatki z podziałem na właścicieli i porozmieszczać w odpowiednich szafkach i szufladkach w domostwie. Jest to codzienne zajęcie naszej Młodzieży, o ile nie jesteśmy poza domem. Młodzież nie wielbi szczególnie tego zadania, jak się domyślacie.

Niedociągnięcie:
Nie ustaliłam ram czasowych, więc rzecz się przeciągnęła w moim odczuciu za bardzo, ale machnęłam na to ręką, bo jeszcze są wakacje, prawda?


Potknęli się lekko w jednym miejscu, więc jakoś to przełknęłam i złożyłam to pranie sama. Na szczęście dzieci nie doszły do wniosku, że chciałyby to często powtarzać, bo ktoś to pranie musi składać.


niedziela, 25 sierpnia 2019

Piosenki (i jedzenie) przy ognisku

Gdy spotykamy się w licznym gronie przy ognisku, a przynajmniej jedno z nas ma gitarę - koniecznie trzeba pośpiewać. Ale najważniejsze, żeby mieć wspólny repertuar, bo bez tego ze śpiewu nici.



Poniżej wklejam subiektywną playlistę z repertuarem mieszanym, żeby rodzice (a z czasem dzieci) mogli poćwiczyć w cichości mieszkań w bloku, zanim znowu zasiądą razem przy ognisku z gitarą. Idea jest taka, że dzieci mają słuchać, jak śpiewają starzy i się z czasem przyłączać i wdrażać do śpiewów przyogniskowych.
Playlistę będę poszerzać, proszę o propozycje - zwłaszcza proszę tych, którzy śpiewają z nami:)


Playlista - przy ognisku



Młodzież, kształcona w szkole muzycznej, zaśpiewała na głosy "Gaudeamus" (całość po łacinie) oraz "Prząśniczki" a capella. Wysłuchaliśmy też solówki na trąbkę. A gitara była elektryczna.
Normalka przy ognisku:)

P.S. Co (fleksi)wegetarianie mogą spożyć przy ognisku?
- przyjść po sutej kolacji i wypić tylko herbatę z okolicznymi ziołami
- jabłko upieczone na kijku
- chleb zamieniony nad ognichem w grzankę, posmarowany masłem czosnkowym
- żółty ser - kawałek nadziany na kijek i upieczony nad płomieniem (Uwaga! Bardzo ciężkostrawne!)
- poddać się i dać się poczęstować kiełbaską

Opcji ostatniej niektórzy z nas mówią "Nie!" - dlatego wszelkie inne, smaczne sugestie skrzętnie tu dopiszę.



niedziela, 18 sierpnia 2019

Ciekawe miejsca we Wrocławiu i okolicach na 1-dniowe wycieczki

To jeszcze jedna odsłona cyklicznych wpisów na ww. temat.

Plac zabaw na Polance Zachodniej (Park Zachodni we Wrocławiu) - dla tych, którzy jeżdżą tramwajem wskazówka: należy z niego wysiąść na przystanku przy kościele św. Jadwigi i za tym kościołem wejść cienistą ścieżką w park. Plac zabaw jest fantastyczny dla osób w wieku od lat 2 do 102 bo sprzęty są dostosowane do rozmaitych rozmiarów ciała i możliwości fizycznych, co nie zmienia faktu, że można tu sobie naprawdę wyćwiczyć mięśnie. Przy tym urządzenia są niesztampowe, o przemyślanej konstrukcji, z naturalnych surowców (głównie drewno i grube sznury) i bardzo mocne (czyt. huliganoodporne). Mankament: w upalny dzień zero cienia, choć znajdziemy go wszędzie wokoło i żwirek, którym wysypano hojnie plac włazi do sandałów. Ale nie dla wszystkich to problem.





Muzeum Farmacji - leży przy bocznej uliczce wrocławskiego rynku, wstęp wolny, obok Piernikarnia, gdzie można się wzbogacić w korzenne kalorie i tego nie sposób uniknąć. Gdy już jesteśmy pokrzepieni wchodzimy do muzeum, a tam kawał historii podany wyjątkowo ciekawie, bo eksponatów jest sporo i tylko żal, że nie ma przy nich bardziej wyczerpujących opisów. Przydałoby się zwiedzanie z przewodnikiem, ale muzeum organizuje też zajęcia dla zainteresowanych, więc wiele jeszcze przed nami:). Fantastyczna ekspozycja muzealna mieści się w pięknej kamienicy, która zachwyca już samą swoją architekturą, świetlikiem w dachu, kręconymi schodami... Udogodnienia dla wózków obecne i niegłupie. Ze wszech miar zacne miejsce do zwiedzania z Młodzieżą. Polecam!




Opole - jest osiągalne autostradą i bocznymi drogami, a nawet pociągiem w godzinkę z hakiem. Przeżyliśmy zachwyt tym miastem, w którym z roku na rok jest coraz piękniej i ciekawiej.



Serdecznie zachęcam do wejścia z przewodnikiem na Wieżę Piastowską, na której przygotowano zaskakujące multimedialne smaczki. Widok z góry w słoneczny dzień jest wspaniały. O ile jesteście fanami Festiwalu Piosenki - można zajrzeć i na scenę, ale my pomknęliśmy na Rynek - ukwiecony, zadbany, z pysznymi lodami i miłymi zakątkami. Nie przegapcie do zwiedzania z dziećmi Kamienicy Czynszowej w pobliżu Rynku, oddziału Muzeum Śląska Opolskiego.

Podobało nam się też bardzo w Opolskim Zoo i w Muzeum Wsi Opolskiej w Bierkowicach, ale to propozycje na osobne wypady całodniowe.

Zamek Grodno w Zagórzu Śląskim - to rzut beretem od Świdnicy. Wspinaczka pod górę nie jest zbyt długa, choć z wózkiem ryzykowna, ale da się na upartego. Za to gdy wejdziecie na górę zwróćcie uwagę na ciekawe detale architektoniczne, kota wylegującego się przy bramie głównej w słońcu, lipę sądową i widok z wieży. Mogą na nią wejść dzieci, które nie obawiają się wysokości. Tylko pierwszy i krótki odcinek wejścia na wieżę jest trudniejszy - bo ciasno i ciemno, ale potem już jest łatwiej i warto dziecko wesprzeć w tej wspinaczce. Na zamku można zjeść solidny obiad. Żałuję, że nie załapaliśmy się na zwiedzanie z przewodnikiem (zbiórka o pełnych godzinach). Gdy ktoś zmotoryzowany - warto objechać autem (rowerem?) zalew (Jezioro Bystrzyckie), który tak pięknie jest widoczny z zamkowej wieży. Można i przy nim zamieszkać i stąd zrobić sobie bazę wypadową w Góry Sowie.



poniedziałek, 29 lipca 2019

Jak zrobić wierzbowy gwizdek? DIY

Instrukcja poniżej na wypadek, gdybyście, Drodzy Czytelnicy, dysponowali wierzbą w zasięgu ręki. Powodzenia!

Najpierw należy pozyskać wierzbowe kijaszki - grubości palca dorosłego człowieka mniej więcej (no dobrze - dorosłej, chudej mamy:).Następnie pociąć je na kawałeczki, jak na zdjęciu poniżej:



Potem od strony przyszłego ustnika ścinamy kawałek patyczka:



Następnie odwracamy kijaszek na drugą stronę i nacinamy w korze dziurkę, o tak:




Teraz po obwodzie przyszłego gwizdka nacinamy korę:



Teraz walimy ile wlezie trzonkiem kozika o kijaszek-gwizdek obracając go przy tym. Uzyskujemy perkusyjne efekty dźwiękowe, co widać na filmiku:





Tak obita kora powinna chcieć się zdjąć z patyczka, a jak nie chce - walimy w nią dalej, aż do skutku.



Teraz wykonujemy komorę, przez którą będzie płynęło powietrze. Im większa będzie - tym dźwięk gwizdka niższy.




Za komorą ścinamy kolejny fragment gwizdka - ten od strony ustnika.


 Gdy nałożymy na gwizdek korową osłonkę wygląda on z przodu tak:



W trakcie ścinania tych powierzchni zakładamy co i rusz pochewkę z kory na gwizdek i próbujemy, jak gwiżdże. Ma gwizdać ładnie, a jak nie chce - cierpliwie pogłębiamy ścięcia, aż do zamierzonego skutku. Cierpliwość i wytrwałość są tu czynnikami istotnymi.


Gwizdek powinien wydawać dźwięk mniej więcej taki:



W innym modelu Tata zrobił dziurkę z boku i gwizdek uzyskał dodatkowy ton:






Niestety następnego dnia kora wysycha i gwizdek nie chce działać.

Możemy wtedy z całym spokojem zabrać się do produkcji nowego.

Kolejne etapy przed nami to flecik, fletnia Pana oraz klarnet :)




poniedziałek, 22 lipca 2019

Wyżywienie w dziczy

Powyższy temat jest bardzo rozległy. Jak się jedzie na wakacje z dala od cywilizacji - trzeba zabrać dużo jedzenia ze sobą. Zaś przed wyjazdem zagłębić się między marketowe półki by wyłowić coś, co nas zanadto nie otruje i zrobić z tego zapas na cały pobyt. Poniżej informacje, jak się ogarnęliśmy z tym tematem przy pięcioosobowej rodzinie.

Cały rok gotuję w domu zdrowe obiady. Każdy, kto to robi na co dzień wie, jak wiele serca i inwencji trzeba włożyć w posiłki, żeby były gotowe na określoną porę, lepsze niż w przedszkolu, ładnie wyglądały i pachniały, były urozmaicone, smakowały wszystkim (he, he) i zawierały te wszystkie żelaza, potasy, witaminy C, błonniki itd. Dlatego w czasie wakacyjnego wyjazdu baaardzo nie chcę gotować. Od tego też należy się odpoczynek.
Nawet sporządzenie makaronu z sosem pomidorowym wzbudza mój opór, a mycie naczyń w warunkach polowych zwalam na innych.
Pierwsze zakupy jedzenia na tydzień dla 5 osób zleciłam Tatusiowi i Córce. Po przerażających zakupach sprzed dwu lat (zupy chińskie górą!) w zeszłym roku wzięłam udział w buszowaniu po półkach i było to trudne popołudnie pełne kompromisów i jęczenia.
W tym roku znowu poszli sami i wrócili z kompromisem, w którym nie musiałam brać udziału.
Poniżej zapisuję, ku pamięci wnioski z nadzieją, że za rok o tej porze najemy się jeszcze lepiej niż w tym roku w dziczy.

- ponieważ przez cały rok nigdy nie jemy chińskich zupek muszę się zgodzić na jakąś ich porcyjkę, bo Młodzież niemądrze nalega, ale unikać smaku krewetkowego i innych, na których piszą, że są ostre lub z papryką (zawsze jest ostra)

- dobrym pomysłem jest fasolka w puszce - są różne opcje, nie tylko nieśmiertelna "po bretońsku". Najbardziej smakują nam te z Bonduelle, ale nie tylko. Unikać tych z karagenem i mlekiem w proszku (bo rakotwórcze). Warto szukać fasolki w szkle zamiast w puszce (o ile nie musimy jej daleko nosić szkło jest zdrowsze do przechowywania pożywienia i słoików można użyć po umyciu na różne sposoby, zwłaszcza, że się szczelnie zakręcają).

- unikać jednoosobowych saszetek śniadaniowych z płatków owsianych i mleka w proszku (rakotwórcze). Kupować te bez mleka w proszku, w dużej torebce, np. ok. 500 g. Szukać również innych płatków niż owsiane (w tym roku trafiły nam się jeszcze bardzo dobre jaglane) z Melvitu (Secret).

- zupy typu "gorący kubek" też wybieramy bez karagenu i mleka w proszku. W tym roku trafiliśmy na jedną, która była wzbogacona w witaminy. Co prawda nie wierzę do końca, że one (o ile są) ładnie się wchłoną, ale można im pomóc do gorącego kubka dorzucając ciemnozielone liście spotkane na szlaku np. babki, krwawnika, szczawiu i szczawiku zajęczego, mniszka, stokrotki, maliny i jeżyny - drobniutko posiekać i wrzucić do zupy tuż przed zjedzeniem.

- dobrym pomysłem jest zasilenie potrawy jajem ugotowanym na twardo.

- koniecznie trzeba zabrać czekoladę gorzką i deserową, z rodzynkami i orzechami.



- inne dobre przekąski na drogę: migdały, orzechy, duże rodzynki (wsypywane bezpośrednio do ust z torby), banan. Ciasteczka też byłyby dobrym pomysłem, o ile miałyby dobry skład. Na razie tylko ciasteczka Fit firmy Sante uważam za dobre pod tym względem, bo nie mają cukru i oleju palmowego, ale np. zawartości tłuszczów trans nie podaje się w naszym kraju na opakowaniach, więc można sobie żyć w błogim chrupaniu:)


- o ile droga wiedzie przez łąki i lasy z drobnymi owocami jagodowymi (borówki czernice i brusznice, poziomki, jeżyny, maliny, dzikie czereśnie itp.) zawsze trzeba je podjadać ile wlezie.



- w drodze można zebrać liście poziomek, jeżyn, malin, kwiatostany koniczyny różowej, macierzankę itp i zaparzyć z nich "herbatkę" lub dodać do własnej herbaty zielonej, którą się wzięło z domu.




- w schroniskach i knajpach unikamy placków ziemniaczanych i bigosów. Można śmiało postawić na pierogi, zawsze z bukietem surówek. Zupa dnia to też dobry wybór i w ogóle wszystko, co gotowane, a nie smażone, choć pułapka frytek ze smażonym serem okazała się nie do zwalczenia.
Teoria: jeśli zamawiamy wszyscy tę samą potrawę (marzenie ściętej głowy) kelner przyniesie ją szybciej niż w opcji, gdy każdy zamawia coś innego.

- najlepszą kawę dają na Orlenie (nie słodzą jej przemocą, jak nam się to trafiło w innym miejscu) i są tam zniżki dla rodzin wielodzietnych po okazaniu ogólnopolskiej Karty Dużej Rodziny. Hot dogi z parówką sojową są tam pyszne. Testy wegetariańskich burgerów z burakiem jeszcze przed nami - już się nie mogę doczekać!

- szklane butelki wody w plecaku sprawdzają się równie dobrze, jak plastik, o ile całego zapasu nie niesie jedna osoba.

- jajo gotowane na twardo w dalszym ciągu uważam za superfood na każdej trasie. Zapakowane ekologicznie, bogate w składniki odżywcze, nawet, jak się lekko pogniecie.




A jak źle wyliczycie ilość jedzenia, które mieliście ze sobą zabrać - śniadanie ostatniego poranka może wyglądać np. tak:

Dzbanek zielonej +3 grapefriuty dla 5 osób. Dr Dąbrowska też by się przyłączyła:) 


Najbardziej przytłacza fakt, że szybkiego jedzenia, takiego do zalania wrzątkiem, jest bardzo duży wybór i obfitość. To znaczy, że cała masa Polaków żywi się tym często, a nie okazjonalnie, jak my.



wtorek, 16 lipca 2019

Kosturek

Jak wiadomo kostur to kij służący do podpierania się. Zwłaszcza, gdy ktoś ma problem z chodzeniem. Kostur może być też dziełem sztuki i obiektem służącym ku żonglerce:)


Najpierw trzeba wejść na szlak.



Potem pozyskać kij o długości co najmniej mieszczącej się pod pachą.

Niestety musi to być kij w miarę świeży (bo suche łatwo się łamią), a zatem trzeba wyciąć leszczankę czy inną przydrożną wierzbę i to jest trochę trudne, gdy ktoś mieni się przyjacielem przyrody. Dlatego wycinamy kostur zaraz na początku drogi, na stanowisku ruderalnym, tam, gdzie zagęszczenie potencjalnych kosturków jest wysokie, a i tak spora część z nich przegra w wyścigu po światło.

Kijaszek powinien być dość gruby, aby wspierając ciało nie uginał się łatwo.

Końcówki raczej tępo zakończone (choć, gdy sobie wybijemy nim oko to i tak wszystko jedno).

I już można iść dalej.

A w czasie przerwy w wędrówce siadamy, wyciągamy zza pazuchy kozik (z plecaka scyzoryk) i ozdabiamy kosturek przemyślnymi wzory.




A potem jest już tak piękny, że żal go wyrzucić po powrocie z gór i usycha na balkonie. Ale jego piękno trwa:)

Wtedy zabieramy go ze sobą na ognisko i spalamy rytualnie rzeźbiąc przy okazji nowy.

P.S. Kosturki można też obracać w ręku na różne przemyślne sposoby i używać w amatorskim fechtunku na górskiej łące. Świetnie nadają się na dzidy, które można rzucić w dal lub do celu. Gdy się ma dwa kosturki - kije do nordic walkingu jawią się jako zbędny wydatek. No i jeszcze pozostaje funkcja gnomonu - jak wiadomo kij wbity pionowo w ziemię, w słoneczny dzień o godzinie 12 wskazuje nam kierunek północny, a zatem kierunek wędrówki ku Bałtykowi.