wtorek, 28 grudnia 2010

Co pływa, a co nie pływa?

Postanowiłyśmy sprawdzić co pływa, a co tonie. Można użyć do tego celu dużego garnka z wodą, albo zatkanej umywalki, albo wanny podczas kąpieli (to dla tych dzieci, które nie lubią się kąpać). Najlepsza jest woda ciepła, w trakcie doświadczenia i tak wystygnie.

Ważny jest dobór obiektów, które chcemy wrzucić do wody, aby sprawdzić, czy będą tonąć czy nie. Zbieramy je po całym domu. My miałyśmy: stare karty telefoniczne i monety, klocek drewniany i plastikowy, kostki lodu,  kredkę i mazaka, kluczyk do szafy, kawałek żółtego sera, guziki plastikowe, koralik gliniany, mydło, żołędzia, taśmę klejącą. Można by jeszcze spróbować z woskiem, kredą, owocami czy warzywami, co komu przyjdzie do głowy...


Na początku Hania miała podzielić zebrane przedmioty na takie, które jej zdaniem będą pływać i na takie, które nie będą. Położyła je na osobnych talerzykach.  A potem sprawdzałyśmy.

Za sprawą napięcia powierzchniowego wody karty telefoniczne położone płasko na wodzie okazują się obiektami pływającymi, ale gdy włożyć je do wody prostopadle do jej powierzchni - toną. Tonie również karta położona na wodzie płasko, którą obciąża się kolejno następnymi kartami (zaczęły tonąć, gdy było ich 5). Ciekawe doświadczenie związane z napięciem powierzchniowym opisałam też tutaj.

Oczywiście czasem wystaje ponad wodę większa część przedmiotu, a czasem bardzo mała (zależy to od jego gęstości w porównaniu z gęstością wody). Ciekawy jest w tym doświadczeniu lód. Patrząc na pływającą kostkę lodu, prawie całkowicie zanurzoną w wodzie możemy wyobrazić sobie, że góra lodowa w podobnym stopniu jest zanurzona w oceanie. Nawet jeśli nad wodę wystaje olbrzymia masa lodu - mamy pewność, że pod wodą jest go 5 razy więcej!

Jeśli ktoś się nie boi całkowitego umazania garnka i okolic może tez zaproponować dziecku nalanie odrobiny oleju na powierzchnię wody uprzednio pytając, czy będzie pływał czy utonie.

 
W podsumowaniu dziecko próbuje powiedzieć z pamięci (z zamkniętymi oczami) co pływa, a co tonie. Albo jeszcze lepiej:  wymieniamy obiekty kolejno, a dziecko mówi, czy pływają czy toną.  A potem niech sobie wrzuca i miesza. Ubranie do przebrania, podłoga do starcia.

Więcej innych ciekawych doświadczeń tutaj:

Wczesna Edukacja Antka i Kuby

czwartek, 23 grudnia 2010

Ciałko :)

Niedawno przerobiliśmy wstęp do anatomii człowieka. Hania położyła się na dużym arkuszu papieru (zeszłoroczny kalendarz), a mama odrysowała kontury jej ciała. Potem przykleiłyśmy plakat na ścianie i korzystając z atlasu anatomii człowieka próbowałyśmy narysować, co człowiek ma w środku. Dziecko wiedziało o sercu i kręgosłupie. Potem doszła wątroba, żołądek, jelita (z zawartością), żebra i mózg. Oczywiście nie zapomnieliśmy o kolczykach i pierścionkach na wszystkich palcach oraz odpowiedniej fryzurze. Szczególnie długi wyszedł Hani język. Potem Młoda pokazała wszystkie te części na mamie i na sobie. Mniej więcej prawidłowo. Nie pytajcie dlaczego wątroba jest niebieska. Tatuś sugeruje, że nadmiernie wyeksploatowana...




Teraz zastanawiamy się, jak by tu uzyskać odcisk zgryzu. Najlepszym kandydatem wydaje mi się obecnie guma rozpuszczalna Mamba. Wkrótce spróbujemy.
A na razie Wesołych Świąt!!!

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Napięcie mięśniowe - ćwiczenia

Dostaliśmy instrukcje od pani zajmującej się gimnastyką korekcyjną w naszym przedszkolu dotyczące ćwiczeń dla Hani, aby jej rozwijać napięcie mięśniowe. Zapisuję je tu, bo wypełniają nam trochę codziennie ciemne, długie popołudnia. Myślę, że większość wygimnastykowanych czterolatków umie je zrobić. My musimy ćwiczyć. Można popróbować z własnym dzieckiem, ale najlepiej oczywiście zwrócić się o poradę do fachowca. Każdy przyrodnik powinien być wszakże wygimnastykowany i mieć dobrą kondycję do poznawania przyrody.

Potrzebne pomoce:
- ping-pong/ zakrętki do mazaków
- duża książka (nie zbyt ciężka)/ wieczko od pudełka na buty lub taca
- kije, linijki lub sznureczki (ok. pół metra)
- piłka ręczna
- woreczek wypełniony grochem lub ryżem
- taśma, którą naklejamy na podłodze. Można tez wykorzystać kolorowy brzeg dywanu, albo szeroką wstążkę
- duży pokój, daleko od łatwo tłukących się rzeczy

1. Rzucamy do dziecka piłkę, powinno ją złapać obydwiema rękami (nie odbijać, nie rzucać jedną ręką). Dla naszego użytku wzbogaciłyśmy to ćwiczenie o szybkie wymienianie zwierzątek za każdym razem, gdy rzuca się piłkę do drugiej osoby.
2. Dziecko rzuca ping-ponga w dół i łapie go po odbiciu się piłeczki od podłogi. Ćwiczy z coraz mocniejszym rzucaniem - wtedy ping-pong po odbiciu leci jeszcze wyżej. Chodzi o to, aby dziecko umiało złapać piłeczkę po odbiciu. Nie uda się to, gdy rzuci ją pod kątem - wtedy piłeczka nie wraca do rzucającego.
3. Woreczek z grochem przekładamy obiema rękami wokół talii
4. Woreczek z grochem przekładamy na zmianę pod prawą i lewą nogą.
5. Dziecko bierze do ręki dużą książkę, tak jak kelner tacę. Na niej kładziemy ping-ponga. Należy z nią chodzić po pokoju dbając o to, aby ping-pong nie spadł na ziemię. Jest to wersja bardzo trudna. Zmodyfikowaliśmy ją dając Hani wieko od pudełka, z rantem, a na środku stawiając zakrętkę po mazaku - dziecko ma przenieść tę konstrukcje z jednego końca pokoju w drugi tak, aby zakrętka się nie przewróciła. Im węższa zakrętka, tym sztuczka trudniejsza.

 
6. Położyć na podłodze 3 lub 4 podłużne przeszkody (np. linijki, kije itpd.) - dziecko przeskakuje je obiema nóżkami, w wersji trudniejszej - na jednej nodze. Wykorzystujemy do skoków koło hula-hop.

Ćwiczenia zapobiegające stawianiu stóp do środka:
1. Nakleić na podłodze  lub położyć taśmę czy wstążkę. Dziecko idzie po niej stawiając kroki tip-topy, stopa za stopą.

 
2. Podobne ćwiczenie, ale stopy trzeba stawiać nie na taśmie, ale po jej obu stronach, na krzyż. Dbamy o to aby czubki palców ustawiały się w kierunku na zewnątrz.

Za każde udane ćwiczenie chwalimy, chwalimy, chwalimy. Tatuś częstuje słodkimi żelkami...

piątek, 17 grudnia 2010

Ślady, tropy i odciski

Gdy śnieg przykryje świat pojawia się okazja do śledzenia tropów, tak, jak to czynili np. Indianie. W dużym mieście udało nam się pójść na spacerze śladami kota i psa sąsiadów. Ustaliłyśmy, jak wyglądają ślady wrony czy gawrona oraz drobnego ptaszka typu sikory, wróbla.
Zauważyłyśmy też ślady skrzydeł i ogonów:



Zainteresowanie Hani budził też śnieg w kolorze żółtym. Była zawiedziona faktem, że to tylko pies pozostawił ten ewidentny ślad swojej obecności. Dla innych psów oczywiście niebywale cenny...
Oglądałyśmy też własne ślady oraz ślady sąsiadów wychodzących rano z klatki schodowej. Niestety jest ich dużo i mieszają się po kilku metrach.

Po obserwacjach w terenie przyszedł czas na daktyloskopię. Kilka razy już powtarzała nam się rozmowa na temat złodziei i odcisków palców. Wreszcie zrobiłyśmy swoje odciski. Najlepiej do tego celu nadają się mazaki (niestety długo trzeba je potem zmywać), albo farby akwarelowe lub plakatowe - z bardzo niewielkim dodatkiem wody. Można potem te odciski porównywać ze sobą przez lupę i zobaczyć, że rzeczywiście nie ma dwóch takich samych.

Osobny rozdział stanowią pieczątki z ziemniaka, ale ich wykonaniem powinien się zająć jednak dorosły. Może użyć foremek do ciastek. Dziecko zabawia się jedynie w malowanie i pieczętowanie (uwaga na ściany!)

 


Widziałyśmy też w sklepie zestaw dla rodziców do wykonania gipsowego odlewu stópki nowo narodzonego dziecka oraz zestawy, z których można odkopać np. kość dinozaura. Zwykłe jabłko, w czasie konsumpcji, ujawnia jak równo ustawione są zęby jedzącego.

No i wycinanie pierniczków na świąteczną choinkę. Jednak ten ślad naszej działalności można łatwo zlikwidować zjadając pierniczki (nasze nie dotrwały do Świąt - wczoraj padły ostatnie dwa).

A na deser odcinek "Budzika pt.: "Detektywi". Pokazano tam prawdziwe policyjne metody daktyloskopijne z objaśnieniem dla przedszkolaków.

Dopisuję, żebym nie zapomniała i żeby mi nie umknęło: Ślady zwierząt. Kto odwiedza Twój ogród? - bardzo dobra ściągawka dla tych, którzy natrafili na ślady na śniegu/błocie i chcą wiedzieć, jakie zwierzę je zostawiło. 

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Awokado

Kupiliśmy sobie awokado. Cel był podwójny: zjeść i wyhodować.

Dlaczego zjeść?
Wg rozmaitych źródeł internetowych awokado jest bardzo zdrowe - zawiera witaminy A, B1, B2, C, PP, K, H, kwas pantotenowy oraz wapń, potas i fosfor, sporo zdrowych tłuszczów tzw. nienasyconych. Zjedliśmy po rozgnieceniu widelcem i dodaniu soli oraz soku cytrynowego (sok zapobiega brunatnieniu miąższu). Zrezygnowaliśmy z czosnku, bo Hania nie lubi, ale za to posypaliśmy rzecz całą papryką czerwoną pokrojoną w kosteczkę. Pychota!



Dlaczego wyhodować?
A dlaczego nie? To takie przyjemne i ciekawe patrzeć, jak rośnie nowa roślinka, a na zdjęciach wydaje się bardzo ładna (bardzo ładne drzewo, dodajmy). Tak niewiele potrzeba pestce - woda i 3 wykałaczki, które Hania skrupulatnie wydzieliła. Teraz czekamy. Czy pestki zechcą wykiełkować?


A następnym razem zrobię sobie odżywczą maseczkę na twarz. Z awokado oczywiście.

czwartek, 9 grudnia 2010

Zabawy z magnesami

Jak działa magnes 4-latek już wie, bo przyczepia na lodówce różne obrazki za pomocą magnesów dołączanych do jogurtów czy innych zakupów dziecinnych.

Dziś propozycje kilku zabaw z magnesami:

1. Znajdź w domu i przynieś w wyznaczone miejsce różne rzeczy zrobione z metalu. (podpowiedziałam, że metalowe ma się błyszczeć i podałam kilka przykładów. Wśród zebranych rzeczy było lustro, poza tym ok. Pomogłam trochę szukać, bo Hania szybko się zniechęciła...)

2. Dotykając przedmiotów magnesem sprawdź, które z nich magnes przyciąga, a które nie. Można popróbować do których przedmiotów w domu magnes jeszcze się przyczepia i przy okazji wskazać te, do których magnesu zbliżać nie wolno, bo to zakłóca działanie urządzenia.


 
3. Łańcuch ze spinaczy:
Trzeba zgromadzić spinacze biurowe. Jeden z nich przyczepić do magnesu, kolejny spinacz przyczepia się do pierwszego, następny do drugiego itd.nam się udało zrobić łańcuch z trzech spinaczy. Gdyby było więcej dzieci do tej konkurencji i mocniejsze magnesy - można zrobić konkurs, komu uda się zrobić dłuższy łańcuch.


4. Wrzuć spinacz do szklanki, nalej do niej wody do pełna. Jak wyjąć z niej spinacz nie zamaczając palców? Użyj magnesu.

 
5. Spróbuj czy magnes przyciąga przez warstwę chusteczki higienicznej, przez apaszkę, tekturę, a przez wszystkie te warstwy naraz?

6. Jeśli mamy do dyspozycji dużo magnesów wyjętych z drzwi starej lodówki (wyciąć scyzorykiem, magnes ciągnie się po całym obwodzie drzwi) można z kawałków magnesu ułożyć obrazek na lodówce.





Wczesna Edukacja Antka i Kuby

sobota, 4 grudnia 2010

Siła podmuchu

Krótkie filmiki pokażą, jak bawiłyśmy się ostatnio:





Jak widać, aby sprawić sobie "pingpongową fontannę" wystarczy suszarka do włosów (im mocniejszy jej podmuch, tym lepiej), piłeczka pingpongowa i tekturowa rurka z papieru toaletowego, o takiej średnicy, aby ping-pong swobodnie przez nią przechodził.

Dla zainteresowanych: doświadczenie to jest ilustracją prawa Bernoulliego: ciśnienie (cieczy lub gazu) spada, kiedy zwiększa się prędkość przepływu. W środku strumienia powietrze płynie szybciej (niższe ciśnienie) niż na krawędziach (wyższe ciśnienie). Wyższe ciśnienie zawsze odepchnie piłeczkę.

Gdy już Mały Badacz nacieszy się zabawą z ping-pongiem można próbować dmuchać na inne "pomoce dydaktyczne", np. piórko, suchy liść, kartkę papieru (pod różnymi kątami), chusteczkę higieniczną (płaską i zwiniętą), paski bibuły czy tkaniny. Można też dmuchać na piórko własnym oddechem i zabawiać się we współzawodnictwo: kto dmuchnie wyżej lub dalej (po płaskiej powierzchni stołu).

Uważajcie tylko na gorącą suszarkę!!!

Obejrzyjcie film "Krótki kurs dmuchania", gdzie można zobaczyć inne zabawy związane z dmuchaniem. I chociaż Maluch nie potrzebuje dokładnej opowieści, dlaczego coś się dzieje, warto wysłuchać bardzo ciekawego i przystępnego wyjaśnienia w filmie.

Przedszkolak za to chętnie oglądnie odcinek Domisiów "Dobry i zły wiatr". 

piątek, 3 grudnia 2010

Jak rosną drożdże?


 Drożdżówki nie wszyscy lubią, a warto je robić i jeść, gdyż dobrze wykonana drożdżówka, bez zakalca i sklepowych ulepszaczy jest  zdrowa i pożywna (źródło witamin z grupy B). Drożdże zaś są grzybami, które bardzo chętnie współpracują z człowiekiem.

Wykonanie ciasta drożdżowego to nie tylko świetna zabawa, ale też okazja do obserwacji, jak rosną drożdże piekarnicze. 


Rozczyn przygotowujemy w dużej misce. Umieszczamy w niej:
1/3 10-dekowej kostki drożdży, 
2 łyżki cukru, 
pół szklanki ciepłego mleka (nie zbyt ciepłego, bo wysoka temperatura zabije nam drożdże!),
3 czubate łyżki mąki

Gotowy rozczyn
Dziecko wszystko wsypuje samo i miesza razem za pomocą dużej drewnianej łyżki, przykrywa lnianą ściereczką i stawia w ciepłym miejscu.  Zapominamy o cieście na 20-30 minut. W tym czasie dorosły rozpuszcza na małym gazie 1/3 kostki masła. Nie powinno się przyrumienić!

Rozczyn po wyrośnięciu
Rozczyn powinien dwukrotnie zwiększyć swoją objętość, a kiedy zamieszamy w nim łyżką (pozwoliłam Hani  zamieszać paluchem), powinny być widoczne uwięzione w nim pęcherze dwutlenku węgla powstałe w wyniku fermentacji alkoholowej przeprowadzanej przez rosnące i rozmnażające się drożdże.

Do wyrośniętego rozczynu dolewamy roztopione i wystudzone masło, wbijamy 2 jajka (wcześniej dziecko rozbełtało je widelcem w kubku), szczyptę soli, skórkę otartą z cytryny lub cukier waniliowy. Teraz dosypujemy mąkę. Jeśli damy jej zbyt mało - ciasto będzie zbyt rzadkie i trudno będzie nam je formować, ale większym złem jest dodanie zbyt dużej ilości mąki, bo ciasto nie wyrośnie tak pięknie i będzie twardsze.  Po wyrobieniu ciasto nie powinno przyklejać się do dłoni. Dziecko też chce wyrabiać ciasto, upaprać ręce, próbować i nie obejdzie się bez obsmarowania wszystkiego wokół. Dorosły w tym momencie ćwiczy swoją cierpliwość. Życzę powodzenia :)

Co zrobimy z ciastem zależy od naszej inwencji. Poszukajcie w Internecie. Przygotowanie i wsadzanie farszu do ciasta czy dodawanie różnych składników to osobny, wesoły rozdział zabawy. W najprostszej wersji  proponujemy wrzucić do ciasta dużo rodzynek (próbując, czy aby są wystarczająco słodkie) i  przełożyć do wysmarowanej tłuszczem formy. Smarujemy je z wierzchu rozbełtanym jajkiem, żeby ładnie błyszczało. Najlepiej teraz znowu poczekać, aż wyrośnie, ale jeśli bardzo nam spieszno do próbowania - wkładamy je od razu do zimnego piekarnika. Wraz z rosnącą temperaturą ciasto wyrasta. W naszym piekarniku drożdżówka potrzebuje 30-40 minut w temperaturze 175 stopni Celsjusza.

 
Ciasto jesienne - ze śliwkami-węgierkami i kruszonką
Jeść można dopiero, gdy ciasto wystygnie. To bolesne, ale można je przecież wystawić na zimny balkon!  

Smacznego!!!

poniedziałek, 29 listopada 2010

Uwierz zmysłom

Przeciętny śmiertelnik posługuje się na co dzień pięcioma zmysłami. Wzrok odgrywa tu bardzo dużą rolę. A gdyby tak postawić na pozostałe zmysły?

Zasłońmy dziecku oczy szalikiem. Niech spróbuje rozpoznać, jaki przedmiot podajemy mu do ręki. Zacznijmy od łatwych przedmiotów, czyli takich, których Maluch używa na co dzień, np. kredek, maskotek, szczoteczki do zębów itd. Stopniujmy trudność podając do łapki przedmioty, których używa rzadziej lub może jeszcze nie miało w ręku, np. żarówkę, dziadka do orzechów, śrubokręt. Przy okazji można się zorientować w zasobie słownictwa Badacza. Starajmy się unikać rzeczy ostrych lub łatwo ulegających zniszczeniu.

Gdy dziecko ma problem z nazwą zapytajmy do czego służy dany przedmiot.

W niektórych wypadkach, np. przy odróżnianiu cytryny od pomarańczy przydatny może być zapach obiektu. Tu mogą pojawić się 2 dodatkowe warianty zabawy: rozpoznawanie po zapachu, a w wersji dla niejadków - rozpoznawanie po smaku. Pamiętajmy jednak, aby zbytnio nie mieszać produktów spożywczych - ograniczmy się np. do owoców i warzyw w jednym podejściu.



Wieczorna wersja to zabawa z cieniem. Trzeba zaopatrzyć się w dobrą latarkę lub lampkę nocną i zgasić światło. Dziecko patrzy na oświetloną ścianę, a my za jego plecami pokazujemy przedmioty rzucające cień. Musimy zaznaczyć, że dziecko nie może się odwracać.  Na podstawie cienia maluch odgaduje nazwy przedmiotów. Gdy któryś z nich sprawia mu trudność trzeba nim troszkę pokręcić, aby można było zobaczyć cień obiektu z różnych stron. Kolejnym ułatwieniem jest wydanie dźwięku, np. postukanie w obiekt, czy zaszeleszczenie nim, jak to zrobiłam w przypadku zagadkowej dla Hanki paczki chusteczek higienicznych.



Moje dziecko zechciało następnie przetestować mnie i ja musiałam zgadywać, cóż to za cienie widzę na ścianie. Propozycje były dosyć monotematyczne (przegląd wszystkich pluszaków), co nie oznacza, że dla mnie łatwe :)

Aż się chciało mieć wosk pod ręką, zwłaszcza, że Andrzejki za pasem...
Wczesna Edukacja Antka i Kuby

czwartek, 25 listopada 2010

Gra w kolory - odcinek trzeci

Znalazłam opis jeszcze jednego doświadczenia z wywarem z czerwonej kapusty w roli głównej (choć można użyć też innego barwnika). W naszym wykonaniu zabawa ta poszła oczywiście własnym torem, ale ogólne założenia zostały zrealizowane.

Należy przygotować i kolejno wykonywać następujące czynności:
- jeden litrowy słoik pełen zimnej wody (można wyziębić w lodówce)
- 5 kostek lodu, które wrzucamy do wody, aby dodatkowo ją ochłodzić
- drugi litrowy słoik, pusty
- mały słoiczek (np. po koncentracie pomidorowym), do którego wlewamy gorący wywar z kapusty (po brzegi)
- folię aluminiową, której używamy do zamknięcia małego słoiczka z wywarem oraz gumkę, która tę folię dodatkowo przytrzymuje.



Gdy już przygotujemy mały słoiczek, wkładamy go do pustego litrowego słoika (trudne zadanie, nawet dla Rodziców z wąskimi palcami, może się troszkę wywaru przesączyć na zewnątrz przy przechylaniu słoiczka i tym się nie przejmujemy), zalewamy bardzo zimną wodą, z której uprzednio wyjęliśmy lód. Do pełna.


Odciągamy uwagę dziecka zafascynowanego kostkami lodu i kierujemy ją na słoik.

Teraz dziecko używając zaostrzonego ołówka robi dziurę w folii aluminiowej okrywającej mały słoiczek. Następuje clou programu, a mianowicie kolorowy wywar zaczyna wydobywać się do wody w dużym słoju niczym znaki dymne puszczane przez Indian - takie pulsujące kółeczka. Wygląda to ciekawie.



Dziecko poświęca temu widokowi zaledwie chwilę, ponownie kierując ją w stronę topniejących kostek lodu leżących nieopodal w miseczce. W tym momencie proponujemy wykonanie drugiej dziury w folii aluminiowej, co dziecko przyjmuje z entuzjazmem.

Efekt: kolorowy wywar wypływa tylko z jednej dziurki. Drugą dziurką zimna woda wpływa do słoiczka.

Dziecko z własnej inicjatywy wykonuje kolejną dziurę (barwnik wypływa już dwoma otworami i tworzy piękne fioletowe kłęby w górze zimnego słoja). Kolejne dziury wykonane z entuzjazmem doprowadzają do zabarwienia całej wody w dużym słoju na fioletowo.



W tym momencie dziecko wrzuca radośnie lód do wody, miesza ołówkiem ze szczątkami pływającej folii i domaga się soku z cytryny w celu zabarwienia całości na różowo. Wkłada mały słoik pełen różowego koloru do dużego słoika pełnego fioletu. Następnie wkłada pusty mały słoiczek do dużego słoja z wodą i dziwi się, że nie tonie (znajdujący się w małym słoiczku pęcherz powietrza uniemożliwia mu pójście na dno, mały słoik pływa w dużym). Następuje lizanie kostek lodu i domaganie się dodatkowych kostek. Reszta jest milczeniem. Postępowanie dorosłego: jak przy dwóch poprzednich zabawach z wyciągiem z kapusty.

wtorek, 23 listopada 2010

Przyroda na 6

Od dzisiaj zmiany.
Uczniów szkoły podstawowej, a także ich Nauczycieli, zapraszam na nową stronkę Przyroda na 6, gdzie znajdą opis obserwacji i eksperymentów przeznaczonych dokładnie dla nich, z dodatkowymi zadaniami i ciekawostkami. Są one dostosowane do możliwości i umiejętności uczniów klas 4-6 polskiej szkoły podstawowej i jak najbardziej zgodne z podstawą programową. Dość często będą to też zadania wychodzące poza podstawę, dla uczniów szczególnie zainteresowanych przyrodą.
Frajda Przyrodnika pokaże Szanownym Czytelnikom zadania, które udało mi się zrealizować z moją córką Hanią, 4-letnią przedszkolaczką. Wierzę, że pokazane tu zajęcia będą natchnieniem dla Rodziców, którzy mają ochotę pobawić się ze swoimi dziećmi, szczególnie wtedy, gdy brzydka pogoda czy choroba dziecka zatrzymuje nas w domu. Oczywiście pokażemy też ciekawe zajęcia na świeżym powietrzu, bo dla Przedszkolaka-Przyrodnika to właśnie wycieczki i spacery oraz zdobywane wtedy doświadczenia, są największą frajdą.
Serdecznie zapraszam do oglądania, czytania, wykorzystywania, kopiowania i krytykowania.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Gra w kolory - odsłona druga

Na wniosek Hani powtórzyliśmy zabawę w kolory, w troszkę innej wersji.

Należy wziąć 3 kieliszki z wodą. Do pierwszego nie dodajemy nic, do drugiego - wsypujemy sodę oczyszczoną (mieszać), do trzeciego wyciskamy trochę soku z cytryny (wymieszać).



Następnie do każdego z kieliszków dodajemy wywaru z liści czerwonej kapusty, oczywiście mieszamy.



Posłużyłyśmy się plastikową rurką do napojów, jak pipetą: rurkę wkładamy do wywaru kapuścianego, jej wylot zatykamy palcem, wyjmujemy rurkę z wywaru nie odsuwając palca.  Odsuwamy go z rurki, gdy znajdzie się ona  np. nad wodą z sodą, wtedy wywar z rurki spływa do kieliszka.


Przyznam, że dla czterolatki najtrudniejsze było właściwe chwycenie rurki kciukiem i palcem środkowym, a zatkanie jej palcem wskazującym. Poświęciłyśmy na to dłuższą chwilę, aż się udało. W późniejszych mieszaniach zdecydowałyśmy się jednak na łatwiejsze przelewanie łyżeczką.

Oczywiście - im więcej wywaru z kapusty - tym ciemniejsze kolory, tym więcej mieszania i ścianki kieliszków wypaprane mocniej.


Do kolejnego zadania potrzeba 2 kieliszków: jeden  (suchy!) zawiera sodę oczyszczoną, zaś drugi - sok z cytryny. Dziecko wlewa sok do sody i tworzy się ładna piana z wydzielającego się dwutlenku węgla. Pianę można porozlewać do innych kieliszków i zafarbować ją na rozmaite kolory.


A potem nastąpiło radosne mieszanie wszystkiego ze wszystkim, tak, jak poprzednio. Ubranko do prania. Stół i podłoga w okolicy do wytarcia.

czwartek, 18 listopada 2010

Gra w kolory

Tę zabawę można uskutecznić, przy okazji produkcji sałatki z czerwonej kapusty. Woda po gotowaniu kapusty, ciemnofioletowa z natury swej, świetnie się do tego nadaje.

Dziecko należy zabezpieczyć fartuszkiem, zaś stół i okolice wyposażyć w ściereczki.

Do szklanych pojemników (my miałyśmy kieliszki...) wlać odrobinę soku z kapusty, dać dziecku do ręki małą łyżeczkę lub patyczek i pozwolić dosypywać do nich różne substancje. Dobrze jest postawić szkło na białej kartce papieru, jeśli stół jest ciemny - wtedy pięknie widać zmiany kolorów.  

Kwasek cytrynowy (lub sok z cytryny) da nam kolor czerwony.  

 
Soda oczyszczona - zabarwi całość na kolor zielonawy.


 Zależnie od tego, ile wsypiemy proszku, intensywność koloru będzie się zmieniała. Można zacząć od szczypty. Zabawa w dosypywanie i mieszanie jest świetna! Barwa roztworów zmienia się na skutek zmian odczynu, podobnie jak w czarnej herbacie - ona też staje się jaśniejsza po wciśnięciu kwaśnej cytryny.

W którymś momencie dziecku przychodzi do głowy, aby wlać czerwony roztwór do zielonego - kolor oczywiście się zmienia, ale najfajniejszą rzeczą jest piana! Zależnie od stężenia roztworu bywa mniejsza lub większa, a pieniąc się syczy... oczywiście następuje tu reakcja chemiczna między kwaskiem cytrynowym a sodą oczyszczoną, zaś wydzielający się w niej dwutlenek węgla powoduje pienienie się roztworu.

Aparat fotograficzny litościwie odmówił nam współpracy - może to i lepiej, gdyż nie uwiecznił WIELKIEGO MIESZANIA wszystkiego ze wszystkim. Hania zabawiała się właściwie sama, ja tylko pilnowałam, żeby nadmiar cieczy nie zalał podłogi kuchennej...

wtorek, 16 listopada 2010

Ptaki nad Odrą

Wiosenna pogoda listopadowej niedzieli zachęciła nas do spaceru. Wybraliśmy się nad Odrę z myślą o dokarmieniu ptaków. Spotkaliśmy wielu wrocławian wiedzionych tym samych natchnieniem. Ptactwo zatem jest nażarte do granic wytrzymałości. Szczęśliwie jest to miejsce, gdzie ptaki są karmione stale - jak rok długi i szeroki. To bardzo ważne, bo szybko przyzwyczajają się do miejsca karmienia i wytrwale poszukują pożywienia tam, gdzie już je wcześniej dostały.
Poniżej fotografie z zeszłorocznego karmienia zimowego (tym razem zapomnieliśmy aparatu...). Przy okazji można się wyszkolić w rozpoznawaniu kilku podstawowych gatunków. Oczywiście dziecko nie od razu łapie nazwy. Nasze bez wątpienia zaczęło odróżniać kaczkę krzyżówkę-chłopca ze względu na piękne upierzenie.






piątek, 12 listopada 2010

Koń i dżdżownica

Przy okazji obchodów Święta Niepodległości byliśmy na Hubertusie.
Nie mamy niestety skali porównawczej ze Służewcem, ale Wrocławski Tor Wyścigów Konnych to miejsce ze wszech miar ciekawe dla przedszkolaka. Można tam np. nakarmić konia marchewką - brawo dla tej Mamy, która przewidująco zabrała ze sobą marchew, a jej grzeczna córka poczęstowała nią Hanię. Dzięki temu i Hania mogła częstować konia...


W oczekiwaniu na zwycięzców tegorocznych zmagań z lisem warto było pooglądać popisy koni i psów, wspaniale wyszkolonych przez ich opiekunów.

Na Partynicach można też przejechać się bryczką, a latem, przy okazji rozmaitych imprez Maluch może też być oprowadzony na koniu, z czego korzystamy za każdym razem.

W drodze powrotnej spotkaliśmy dżdżownicę - rosówkę. Nie każdy przedszkolak weźmie ją do ręki (nasza przedszkolaczka też nie bierze), a jak wiem z praktyki szkolnej - wielu uczniów również się do tego nie kwapi. Dżdżownica wzbudza wręcz sporo negatywnych emocji. Uważam jednak, że warto pokazać dziecku z bliska tego ze wszech miar pożytecznego "robala". Poobserwować, jak się porusza i jak sprawnie wwierca się w ziemię. Bez zaznaczania, że jest to coś brzydkiego czy obrzydliwego. W szkole padają też pytania o zdolność dżdżownicy do regeneracji - "naukowo" nastawieni uczniowie pragnęliby eksponat pokroić na kawałki, aby przekonać się, czy z każdego z nich wyrośnie nowe zwierzę... Brrr... cóż za straszliwy pomysł, a jednak powraca niezmiennie w każdym roczniku, któremu przynoszę dżdżownicę na lekcję. (Gwoli wyjaśnienia: dżdżownica rzeczywiście ma dużą zdolność regeneracji, jest w stanie odtworzyć nawet połowę ciała, ale nie wtedy, gdy jest pokrojona w dzwonka). Warto tu zaznaczyć, że dżdżownica nie ma strun głosowych i nie wytwarza łez, a więc nie może płakać i krzyczeć. Umyślne dręczenie zwierzęcia zasługuje na potępienie, nieważne, czy ma ciało pokryte śluzem, czy futerkiem. Zapewne wędkarze mieliby inny pogląd na tę kwestię. Zakładam jednak, że w ich przypadku nie jest to "umyślne dręczenie", tylko środek do złowienia ryby drapieżnej. No i wybaczam wędkarzom... :)

Rozmawiałyśmy potem z Hanią o tym, czym się różnią koń i dżdżownica. Z tym nie miała problemów. A jakie mają cechy wspólne? Dziecko powiedziało, że oba się ruszają i oba robią kupę. Myślę, że to sporo, jak na czterolatkę.

Ciekawostki z życia dżdżownic znajdziecie też w Przyrodzie na 6.

wtorek, 9 listopada 2010

Lilia wodna - ćwiczenie cierpliwości

Tak naprawdę lilia wodna to nenufar albo grzybień biały (Nymphaea alba L.).



Zrobiłyśmy sobie własną lilię wodną na potrzeby mrocznego popołudnia listopadowego.
Na kartce papieru odrysowałyśmy kółko od kubka na kredki.

 
Następnie dorysowałyśmy mu płatki i pięknie pomalowałyśmy.


 Potem Hania wycięła lilię swoimi nożyczkami z okrągłymi czubkami (można dziecku trochę w tym pomóc, zwłaszcza, gdy ma jeszcze niewielkie umiejętności manualne. Nasze znajome dzieci bardzo jednak lubią ciąć cokolwiek, więc warto dziecku pozwolić na tę czynność, kwestię dokładności odkładając na bok).


 Następnie zagięłyśmy płatki liliowe do środka - powstał płaski "pączek", który Hania umieściła na środku głębokiego talerza z wodą. Teraz nastąpił moment ćwiczenia cierpliwości, trudny dla wielu Maluchów. Należy czekać przez chwilę i obserwować, co będzie się działo z naszym kwiatem. A dzieję się to:

 

Można czas oczekiwania urozmaicić popychaniem lilii palcem - ładnie sobie pływała, co nie przeszkadzało jej rozwijać się systematycznie.
Starszym eksperymentatorom należy się wyjaśnienie, dlaczego tak się dzieje: Otóż papier składa się z malutkich włókienek rozmieszczonych w nim nieregularnie. Owe włókienka pochłaniają wodę i pod jej wpływem pęcznieją, co szczególnie zmienia papier w miejscu zgięcia - dlatego liliowe płatki rozchylają się na boki.
Po takim wstępie Hania nabrała ochoty na inne doświadczenia z wodą, ale o tym innym razem...

niedziela, 7 listopada 2010

Długi deszczowy dzień

Co może robić małoletni przyrodnik mieszkający w bloku, w dużym mieście, gdy przez cały dzień pada deszcz?

1. Nie jesteśmy z cukru. Należy włożyć kaptur i kalosze i mimo wszystko zrobić sobie mały spacer. Cytat z czterolatki: "Jaka fajna kałuża! I jakie fajne błotko! Mój patyk z błotkiem pływa w tej kałuży!" Należy zapomnieć o czystych rękawach w kurtce, a spodnie wpuścić do butów. Obserwowałyśmy, jak rozmaicie może układać się woda w kałuży, kiedy się w nią wskoczy lub wlezie i jak ładnie się rozpryskuje :) Spotkałyśmy też znajomych właścicieli psów na spacerze.

Tu brak zdjęć, bo aparat mógłby tego nie wytrzymać.

2. Po powrocie ze spaceru należy wzmocnić odporność organizmu zaopatrując go w witaminę C i inne, jeśli się trafią. Proponujemy koktajl:
truskawki mrożone (witamina C!) lub inne zamrożone owoce jagodowe, które znajdą sie w zamrażalniku
jogurt naturalny (pożyteczne bakterie, łatwo przyswajalne białko)
zarodki pszenne (fosfor, magnez, żelazo, cynk, witaminy B1, B6, E)
cukier ("biała śmierć") lub miód (o wiele lepszy, skład witamin i soli mineralnych zależny od rodzaju miodu)
Proporcje wedle uznania. Zmiksować i wypić.



3. Następnie przyszło nam do głowy, aby zwalczyć kurz na kolekcji zielonych butelek z ostatniej półki i w ten sposób pozbyć się roztoczy.



4. Potem przypomniałyśmy sobie o sikorach i innych ptakach zza okna i zrobiłyśmy im szyszki-zakąski.



Między łuski szyszki włożyłyśmy smalec, w który wcisnęłyśmy nasiona dyni, słonecznika i pszenicy. Teraz zastanawiamy się, w jaki sposób powiesić je na gałęziach drzewa za oknem. Szkopuł w tym, że to wysokość 2. piętra, a zatem jeśli chcemy obserwować ptaki przez okno nie jesteśmy w stanie dosięgnąć ich z dołu. Planujemy wykorzystać do wieszania wędkę...


Tutaj i tutaj znalazłam krótkie filmy, które pokazują, w jaki sposób można jeszcze przygotować karmę dla ptaków na zimę i dokarmiać je tak, aby im pomóc przerwać zimowe chłody.

środa, 3 listopada 2010

Pomóż zwierzętom przetrwać zimę

Październik był miesiącem dobroci dla zwierząt. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby każdy miesiąc takim był, szczególnie jeśli jest to miesiąc jesienny lub zimowy.
Jak wynika z naszych obserwacji sikory bogatki bardziej lubią łój wołowy od słoniny wieprzowej.


Warto zajrzeć do książki - przewodnika z pospolitymi ptakami Polski i ustalić, jakaż to sikora przylatuje do naszego tłuszczyku na balkonie. Gdyby był to balkon pod lasem można się spodziewać i innych gatunków tych wdzięcznych ptaszków.

Jeśli ktoś ma ogródek działkowy może natomiast spotkać takich oto gości:



Nie zapominajmy o nich, szczególnie zimą. W czasie mrozów pusty żołądek może okazać się przysłowiowym "gwoździem do trumny" dla kotów, które przecież tępią szkodniki i miło mruczą przy głaskaniu. Dzikie koty ogródkowe rzadko pozwalają się głaskać, ale są wdzięczne za każdy kęs.
Zaś mieszkańcy bloków i kamienic powinni zadbać o uchylenie okienka piwnicznego w czasie chłodów. Administracja naszej Spółdzielni Mieszkaniowej zadbała o osiedlowe koty wstawiając dla nich specjalne okienka z klapką.
Ciekawa jestem czy moi Uczniowie i w tym roku postanowią zbierać rzeczy potrzebne zwierzakom ze Schroniska Dla Bezdomnych Zwierząt we Wrocławiu?  Na stronie schroniska znalazłam APEL: 

Potrzebujemy pilnie czarno-białych gazet
do klatek dla kotów. Bardzo nam ich tu brakuje.

No proszę - w jakże pożyteczny sposób można wykorzystać surowce wtórne!