czwartek, 22 lutego 2018

Nie-pasta do zębów

Miło pobyć w lesie poza miastem. Smogu nie ma. Dzięcioł stuka. Zimno, cicho. Przynieśliśmy niewielkie, świeżozielone trawki i listki dla chomika, kwiatostany leszczyny na napar i... surowiec do szczotkowania zębów.


Mam tu na myśli gałązki świerka i sosny zebrane z dna lasu, ale jeszcze wciąż żywe i pachnące żywicą.

Najpierw zostały umyte, a potem odcięte nożyczkami od gałązki.



Następnie drobniutko posiekane, prawie na proszek (myślę cichcem, że można by ten stan osiągnąć młynkiem elektrycznym w jedną minutę, ale pozwoliliśmy Ojcu delektować się krojeniem z użyciem narzędzia, które sam był stworzył ze starej piły tarczowej).




Zielony proszek wsypujemy na talerzyk i zanosimy do łazienki.
Moczymy szczotkę do zębów w wodzie, a potem w proszku świerkowym albo proszku sosnowym.

Dla większego wyboru i efektu szorującego powstał jeszcze proszek z suszonego rumianku oraz opcja igliwie+świeży imbir (dla twardzieli, bo piekąca).



Nie wiem jaka jest skuteczność tej "pasty do zębów", ale w ustach pozostaje miły smak (było niewiele żywicy, która jest gorzka). Jakbym zjadła kawałek lasu, w którym spacerowaliśmy.
Obecnie wszystkie proszki wyschły i wymieszane dalej tkwią w łazience używane z doskoku. Płukanie zębów po szorowaniu musi być pilniejsze niż po zwykłej paście, nawet tej bez fluoru:)

P.S. Byłabym zapomniała o źródle, a warto zobaczyć, jak prymitywny technolog na  śniegu majstruje sobie jeszcze do tego szczoteczkę zębową:

 Primitive Technology: Toothbrush and Paste, New primitive technology

2 komentarze: